Страница 7 из 86
7. Autor
Walter niechętnie wspominał swego ojca, myślał o nim tylko wtedy, kiedy miał chandrę albo za dużo czasu. W ciągu ostatnich lat zdarzyło mu się to dwukrotnie. Raz, kiedy wielka awaria energetyczna na pół godziny uwięziła go w windzie, drugi raz w dniu własnego ślubu. Obecnie obydwa warunki: czas i chandra, splatały się w niebezpieczny warkoczyk wspomnieniowej nostalgii. Powiedzmy otwarcie, ojciec Waltera był całkowitym przeciwieństwem młodego biznesmena. Wyobraźmy sobie niewielkiego, szarego facecika, pozbawionego jakichkolwiek talentów poza wściekłym szczęściem do pieniędzy. Dajmy temu człowiekowi miły charakter życia i bezmiar sympatii do zwierząt, a uzyskamy portret pana Eddy’ego. Nawiasem mówiąc i sama sprawa oj costwa była dosyć problematyczna – kursowała plotka, że Waltera spłodził w przypływie litości dyrektor zarządzający firmą, niejaki Olivetti – nie bójmy się postawić kropki nad i – makaroniarz. Pan Eddy, czy jak kto woli – Edward, pochodził z kraju herosów i alkoholików, kraju usytuowanego w jednym z tych miejsc świata, które bywają zarazem centrum i marginesem, przedmurzem i zadupiem.
Wśród monumentalnej masy spadkowej Walter znalazł starą walizkę przewiązaną paskiem, a w niej czapkę dziwnego kroju, fotografię dzieci od pierwszej komunii, jakiś pejzaż przedstawiający rządek koślawych wierzb oraz trzy książki pisane w języku równie tajemniczym jak sanskryt.
Walter hodowany w najelitarniejszych szkołach na brojlera kapitalizmu zaledwie z pięć razy rozmawiał ze swym starym; za każdym razem jednak Eddy opowiadał mu tę samą historię, która równie dobrze mogłaby przydarzyć się baronowi Munchhausenowi. Od pokoleń z kraju przodków ojca naszego bohatera wyjeżdżało się przeważnie z dwóch powodów: za chlebem oraz „za wolność własną i cudzą”. Tymczasem w wypadku pana Edwarda motywy były odmie
Atoli i tym razem nie dane mu było zasmakować w woje
Mark, gadatliwy mężczyzna w stylu lewantyńskim, podawał się za pułkownika i choć był zaledwie kapralem, zaprzyjaźnił się z Eddym na zasadzie kontrastu. Godzinami potrafił opowiadać o swym interesie za oceanem, żonie, córce… Ojciec Waltera był znakomitym słuchaczem. Tak dotarliby niechybnie do któregoś z naturalnych, nigdy niezamarzających portów, gdyby nie dezynteria, śmiertelny wróg dzieci dobrobytu, która powaliła Marka. Jak to bywa w złych filmach lub prawdziwych wojnach, skonał on na rękach Eddy’ego, zobowiązawszy go do zaopiekowania się sierotami oraz zostawiając mu listy do żony i córki, a nade wszystko plenipotencje w rozległych interesach.
Słowo dane umierającemu jest rzeczą świętą. Czy więc można było sprzeniewierzyć się i idąc za głosem serca dołączyć do swej jednostki? Jeszcze nie opadły bitewne dymy, a ojciec Waltera już stąpał po ziemi, jak na razie – neutralnego mocarstwa, gotów wypełnić obietnicę do końca albo jeszcze dalej. Był to kraj tak wielkich możliwości, że karierę w nim można było zrobić nawet wbrew sobie. Mark należał do tych Europejczyków, którzy zjawili się tam dostatecznie wcześnie, więc choć przybyli za chlebem, zdążyli się dorobić bułeczki z masełkiem. Już piękny dom w stylu kolonialnym, portier Murzyn i pies brytan zrobiły dobre wrażenie na Edwardzie. Reszty dokonała wdowa i córka jedynaczka. Łzy i kombatanckie wspominki trwały jedynie do kolacji. Już pierwszej nocy przypadło Eddy’emu pocieszanie pani Elizabeth, z czego wywiązał się sumie
Dualizm nie trwał długo. Zresztą nie mógł trwać. Ojciec Waltera należał do nąjmarniejszych kochanków świata – był jednak szczęśliwcem. Już po miesiącu bowiem pani Elizabeth zeszła ze świata na skutek ostrego woreczka żółciowego, zaś Sally, która też swoje w życiu przeżyła, oddała Eddy’emu to, co dać jeszcze mogła – to znaczy rękę.
Ślub odbył się późną jesienią, natomiast miodową podróż na Hawaje trzeba było odłożyć z powodu brzydkiego postępku Japończyków, którzy zbombardowali nie to, co powi
Oczywiście, Walter wychowany w i