Страница 5 из 71
Mając lat szesnaście, Walczak umiał już prawidłowo podawać piłki początkującym adeptom białego sportu i godzinami ćwiczył uczniów i pensjonarki. Nauczył się też naciągać rakiety oraz – w wyższym jeszcze stopniu – naciągać gości, którym wmawiał niezwykły talent.
W tym czasie zaszedł jeszcze jeden szczęśliwy wypadek: ojciec jego wyjechał na prowincję za zarobkiem i chłopiec na dobre osiedlił się u Mieczkowskiego. Poza tym dorabiał jeszcze w restauracji klubowej, a właściwie – jadłodajni, którą Mieczkowski stopniowo i nieznacznie przekształcał na „restaurację” obliczoną także na gości z ulicy.
Ale Walczak rozwałkonił się i na korcie i w restauracji. Nudziło go trenowanie partaczy, chciał grać – zaczynał bardziej dbać o własną grę niż o grę partnera, „kończył” piłki zabójczymi drajfami, zamiast delikatnie podawać partnerowi na rakietę, a poza tym stał się trudny, krnąbrny, nieposłuszny, ponury, niezadowolony, zbuntowany. Nudził się. Nie umiałby powiedzieć, dlaczego. Chodził do kina, czytywał tanie, sensacyjne powieści i wzdychał do i
Wieczorami napadała go czasem taka rozpacz, że chciał skończyć z sobą raz na zawsze. Marnował się. Miał to uczucie, że marnuje się i przepada ze szczętem. Czytywał Przegląd Sportowy, znał na pamięć nazwiska wszystkich wybitniejszych graczy i wyobrażał sobie ich podróże za granicę, mecze, sukcesy, owacje… Dlaczego, do diabła, on musi siedzieć w prowincjonalnym miasteczku, w marnym klubie, zamiast podróżować i wygrywać, jak tamci. Ba, oni mieli talent – to byli prawdziwi gracze… On zaś bił wprawdzie, jak chciał, wszystkich tutejszych patałachów, ale dobrej gry w ogóle na oczy jeszcze nie widział.
Tak był znudzony tym wszystkim, że kiedy znajomy inżynier zapytał go, czy nie mógłby pojechać na parę tygodni do Połyki, zgodził się od razu i błagał Mieczkowskiego, żeby go puścił. O pa
– Pojadę! – błagał Mieczkowskiego. – Ona musi siedzieć na wsi, a tam blisko nie ma żadnych graczy – nie ma z kim grać! Będę z nią ćwiczył i wyrestauruję rakiety, a za to dostanę utrzymanie. Pan Mieczkowski da sobie radę beze mnie przez te głupie dwa tygodnie! Wyrwę, się na momencik!
I wyrwał się… A teraz spoglądając przez okno na wiejskie, nieruchome lipy zaczynał żałować, że się wyrwał. Może ten dwór stary, może smutek wiejący z tych stron zapadłych był przyczyną jego zaniepokojenia i dziwnej jakiejś żałości. Przypomniał sobie wszystko, co go spotkało w czasie drogi – zagadkowy wykrzyknik księcia, Ust, który przeczytał, sen pa
Przeciągnął się z rozkoszą, aż kości trzasnęły w stawach. Aaaach! – i roześmiał się cicho, lekkomyślnie, na myśl o tylu nieoczekiwanych zdarzeniach Jakie go jeszcze czekały w życiu.
A w tej samej chwili w swoim pokoju pa
Nazajutrz rano Walczak i pa
I on, i ona mieli pod pachą po dwie rakiety.
Walczak, który doskonale orientował się w kulisach białego sportu wiedział, że pa
– Vorhand! - zawołała.
Uderzył piłkę i poszła w siatkę. Druga poszła na out. Trzecia wreszcie udała mu się, ale pa
– Ależ pan nie ma pojęcia!
Odparł bez namysłu:
– Każdy tak robi, jak umie.
Zatrzymała się. – Szkoda, że pan nie umie lepiej – rzekła wzruszając ramionami. Posłał jej nową serię piłek które odsyłała pięknym wystudiowanym ruchem.
Przysiągł sobie, że nie odbije ani jednej piłki, lekceważenie jakie mu okazywała w gruncie rzeczy zadrasnęło mocno jego ambicję.
Pa
Rzucił się do piłki prawie jeszcze zanim została odbita i temu tylko zawdzięczał, że w ogóle ją dopadł.
Odbił.
– Co?! – zawołała już w biegu, pochylona.
Nastąpiła między nimi seria bardzo ostrych crossów z backhandu - rakiety zaczęły dźwięczeć rytmicznie i szybko. Pa
– Gramy seta! – krzyknęła.
Walczak sam był zaskoczony swoim sukcesem. Zdawał sobie sprawę, że rozegrał tę piłkę wyjątkowo dobrze, ale chyba – o dziwo! – nie było między nimi większej różnicy w grze? Skupił się i przyjął prawidłowo ostry i plasowany jej serwis. Znów zadźwięczały rakiety. Pierwsze piętnaście punktów były jego!
– Albo ona gra gorzej niż myślałem – przemknęło mu przez głowę – albo ja gram lepiej…
I nagle poczuł gdzieś w najgłębszej swojej istocie to jakieś mistyczne nieomal porozumienie z naturą, tę pewność i nieomylność, jaka czasem nawiedza gracza w sporcie lub przy kartach. Zrozumiał, że naprawdę jest w doskonałej formie. Zmrużył oczy i „zabił” jej serwis nieomylnym drajfem bitym w sam róg, rozstrzygając dla siebie pierwszego gema.
W następnym gemie pa
Obecność widzów jeszcze bardziej ich podnieciła i partia niepostrzeżenie przeobraziła się w jedno z tych wyjątkowych, żywiołowych spotkań, upajających w równej mierze graczy i galerię. Po stronie Walczaka zapamiętaniu, zatraceniu się w grze towarzyszyła szalona radość odkrycia, ujawnienia talentu – już teraz nie miał wątpliwości, każde uderzenie potwierdzało tę prawdę, że jest lepszy od tej mistrzyni, że jest „klasą”, że jest na drodze do mistrzostwa! A do tego dołączało się jakieś zadowolenie, że to ją właśnie bije, jak chce”.
Nie wiadomo czemu poczuł okropną zawziętość przeciw partnerce – z zaciśniętymi zębami uderzał w piłkę, jakby w nią uderzał, natężonym wzrokiem chwytał, wszystkie jej ruchy, przewidywał jej poruszenia z czujnością zwierzęcą.
Ale i w pa
Walczyli w zupełnym milczeniu, a siedzące na ławce osoby,, acz niezdolne zrozumieć technicznych szczegółów gry, były jednak na tyle przejęte jej furią, że zaprzestały klaskać.
W ciszy decydującej rozgrywki słychać było wyraźnie półgłośną uwagę jednej z przyglądających się pań.
– Jacy oni do siebie podobni!
– A rzeczywiście – odparła druga. – A toż to zdumiewające!
W tej chwili pa
– Dziękuję – powiedziała. – Dosyć.
– Jak to? – spytał zdumiony. – Nie kończymy seta?
Oboje dyszeli ciężko. Spojrzała na niego.
– Nie.
Była blada. Walczak także pobladł i musiał się opanować, żeby nie zakląć. Co jej się stało? Nic nie odpowiedział. Towarzystwo przyjęło ich okrzykami:
– Dlaczego państwo przerwali, przecież to było niesłychanie emocjonujące! – Pan świetnie gra! – zawołała pani Ochołowska. – Znam się trochę… Gdzie pan się uchował? Kto pana uczył? Popełnia pan elementarne błędy, ale talent fenomenalny! Pan nie jest trenerem, ale graczem – panu samemu przydałby się trener!
– Fenomenalnie podbija pan! – zawołała jedna z pań, otyła blondyna z wyłupiastymi oczyma. – Zwłaszcza te rzuty ukośne… Wyjątkowe!
– Niezrównane! – rzekła druga z pań, cienka, koścista. – Chociaż jak na mój gust trochę za mocno. Moja córeczka z koleżanką potrafią przerzucać jedną piłkę o wiele dłużej. Naturalnie, to nie jest argument – pan gra wyśmienicie, a córeczka – zwróciła się do pani Ochołowskiej – anielsko, anielsko gra!
– Diabolicznie chyba! – odparła tłusta. – Co za temperament.
– No, no – rzekł radca Szymczyk – nie przesadzajmy. Nie należy przesadzać w pochwałach. Gdybyśmy wiedzieli, jak dalece pochwały przewracają w głowach, bylibyśmy bardziej oględni w udzielaniu ich. Atmosfera zdrowego krytycyzmu jest o wiele lepsza – dodał, przecierając binokle. – I nie trzeba przeceniać roli sportów!