Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 21 из 71

Rozdział VII

Cholawicki spędził noc na nieusta

Ale gdy przez pół nocy nic się nie zdarzyło w strasznej komnacie, zwątpił ostatecznie i wściekły, że dał się skusić podobnie dzieci

Około dziewiątej zbudził go stary Grzegorz.

A co tam Grzegorzu? – zapytał sekretarz. – Pan profesor już wstał?

Jeszcze sobie śpi,., w starej kuchni. Kamerdyner spojrzał dziwnie na Cholawickiego.

– Głupstwo! Grzegorz wierzy w te bzdury?! Przeniosłem go na noc do tego pokoju, bo to jest izba dużo przyjemniejsza i – bez szczurów.

– No, ja się nie wtrącam.

Sekretarz ubrał się i poszedł do profesora. – Hm… co się tam stało? – mruknął stukając do drzwi z okropną ciekawością.

– Proszę – rozległ się głos profesora.

Profesor siedział na łóżku w zmiętym ubraniu z włosami rozrzuconymi, z twarzą zmęczoną do cna. Na widok Cholawickiego zamrugał i przesunął ręką po twarzy.

– Jak się spało? – zapytał konwencjonalnie sekretarz.

– Czy już rano?

– Jak to?! Przecież prawie wpół do dziesiątej.

– A, wpół do dziesiątej. A ja nie spałem. Wcale. Aha, to już rano.

– Czy pan niezdrów?

Cholawicki z zainteresowaniem przyglądał się zupełnie zmienionej twarzy Skolińskiego. Można by rzec, iż żywe, nieco jowialne oblicze starego znawcy zniknęło bez śladu, a zamiast niego pojawiła się znużona, apatyczna maska doszczętnie pozbawiona wyrazu.

– Zaraz panu podadzą śniadanie.

– A, śniadanie? Mogę nie jeść. Zresztą wszystko jedno. Wreszcie sekretarz nie wytrzymał.

– Czy panu się co… przytrafiło w nocy, profesorze? – zapytał. – Co panu jest?

– Nie… Nic mi się nie przytrafiło. To jest… Ale wszystko jedno.

– Cóż takiego?

– Nic – zbył go krótko.

– Czy pan będzie teraz oglądał obrazy?

– A, obrazy? Zapomniałem. Może i będę. Ale wszystko jedno… Może wieczorem.

To było zastanawiające. Profesor przestał interesować się obrazami. A zatem coś musiało się zdarzyć. Wprawdzie nie oszalał, ani nie umarł – ale robił wrażenie człowieka zrujnowanego, apatycznego, otępiałego jakimś okropnym przeżyciem.

Sekretarz spod oka spojrzał na ręcznik. Ruszał się nieznacznie, ale w ciągłym niepokoju. Podobny niepokój panował w duszy Cholawickiego.

– Musiał jednak coś zobaczyć – pomyślał.

Nie chciał go wypytywać zanadto. Co więcej, było jasne, że profesor – nie powie. Zachowa dla siebie tajemnicę.

Jeżeli profesorowi niedobrze się tutaj spało, to może damy panu i

– Nie… Zostanę tutaj.

Cholawicki na próżno biedził się nad rozwiązaniem zagadki. Jeżeli profesora rzeczywiście przestraszyło coś w nocy, to przecież powinien był skwapliwie przyjąć propozycję zmiany pokoju. Ale może chciał przez ciekawość sprawdzić jeszcze swoje wrażenia. Przecież tamci także przez ciekawość nocowali tutaj. A może tak był już otumaniony i rozbity, iż rzeczywiście było mu wszystko jedno.

W każdym razie jego pomysł nie okazał się taki głupi. Kto wie, czy po paru nocach profesora nie spotka los tamtych – którzy oszaleli.

Wrócił do siebie niesłychanie poruszony. Nie miał już żadnych wątpliwości, że w starej kuchni „straszy”. Zaszedł do księcia, aby się przekonać, czy stary Holszański nie zauważył czego.

Zastał go w doskonałym humorze, pijącego pora

– A, Henryś… Jak się Henryś miewa? Muszę przystąpić dzisiaj do porządków! Dziś albo nigdy trzeba zaatakować tę górę śmieci! Tylko – jak Henryś myśli, od czego zacząć?

W głosie jego było tyle filuterii, że Cholawicki znowu nie mógł się oprzeć podejrzeniu, iż książę tylko udaje wariata. Zamieniwszy z nim kilka słów odszedł przekonany, że jednak obecność profesora na zamku jak dotąd uszła uwagi księcia.

Tymczasem profesor po wyjściu Cholawickiego zmienił całkowicie wygląd i porzuciwszy wyraz apatii i otępienia gwizdnął przez zęby z satysfakcją. Udało się. Symulacja odniosła pożądany skutek. Cholawicki był zdezorientowany.

Profesor obawiał się, że Cholawicki, widząc go zdrowym i całym, usunie go z zamku. Dlatego usiłował utwierdzić sekretarza w mniemaniu, że trucizna strasznej komnaty działa – choć powolniej niżby należało się spodziewać – a złe moce spowodowały już pewien rozstrój psychiczny. Liczył na to, że uda mu się dzięki tej niewi

Skoliński podejrzewał – nie, miał pewność – że księciu rzeczywiście zagraża poważne niebezpieczeństwo ze strony Cholawickiego, że biedny stary szaleniec gwałtownie potrzebuje pomocy. I cóż to była za tajemnica, która go prześladowała? Co się działo w tej komnacie? Wszystko to wymagało wyjaśnienia i ewentualnej czy

Sekretarz nie domyślał się nawet, jak zawziętego wroga zyskał w poczciwym historyku sztuki, który w normalnych warunkach musze nie wyrządziłby krzywdy. Wtem twarz profesora znowu przybrała wyraz otępienia, oczy zgasły, wargi skurczyły się w przykrym grymasie. Ktoś nadchodził. Jakoż we drzwiach komnaty ukazał się Grzegorz.

Kamerdyner zatrzymał się przezornie na progu.

– Śniadanie podane – zameldował ze wzrokiem skoncentrowanym uparcie na własnych stopach, ustrojonych w jakieś przedpotopowe pantofle.

– Gdzie? – szepnął blado profesor.

– A tam. Podałem w tamtej sali.

Grzegorz, stanąwszy za krzesłem, patrzył na jedzącego profesora z podziwem, jak na kogoś, kto wrócił z i

Przeżegnał się nieznacznie, ale ciekawość wzięła górę. – Jak tam się spało wielmożnemu panu? – grzecznie zapytał. Nie otrzymawszy odpowiedzi, chrząknął a po chwili zapytał jeszcze:

– To pan sekretarz mówił co wielmożnemu panu o tej komnacie?

Skoliński zauważył w jego głosie głęboko utajoną podejrzliwość i niechęć.

Czyżby stary sługa niechętnie odnosił się do sekretarza? W takim razie ten wiekowy kamerdyner i prawdopodobnie przyjaciel księcia nadawałby się na sprzymierzeńca.

Profesor spojrzał na niego martwo i szepnął jakby do siebie:

– Nic, a nic nie mówił.

– A to ci dopiero! – wyjąkał Grzegorz i otarł twarz wielką fularową chustą. – A to niech pan tam nie mieszka! – wybuchnął. – Wielmożny panie, tam złe jest! A pan sekretarz nie ma dobrych zamiarów, oj, nie ma!

– Gdybyście wiedzieli, co ja tej nocy przeżyłem – rzekł profesor – to byście z miejsca osiwieli.

Ten zwrot retoryczny nie był bardzo szczęśliwy, Grzegorz bowiem był siwiuteńki, jak gołąb. Ale na kamerdynera podziałał bezdźwięczny głos Skolińskiego.

– A co? – szepnął. – Widział pan? Co pan zobaczył?

Ciekawość walczyła w nim ze strachem. Żegnał się raz za razem, a jednocześnie wytrzeszczał oczy z ciekawości.

– Co ja widziałem – rzekł uroczyście Skoliński – tego nie powiem nigdy nikomu, aż do grobowej deski.

– Dobrze, że na czym gorszym się nie skończyło – mruknął Grzegorz. – Ale coś powiem. To pan sekretarz tak zarządził. Ja przygotowałem i

Widoczne było, że Grzegorz miota się między dwiema obawami. Z jednej strony strach przed Cholawickim, z drugiej większy jeszcze strach przed duchami. Skoliński postanowił zagrać w otwarte karty.

– Grzegorzu – rzekł – uważajcie dobrze, co wam powiem. Tego co widziałem w nocy, nie wyjawię, bo… bo to jest tajemnica. Ale wiem już, że pan sekretarz ma złe zamiary względem księcia. Musimy ratować księcia przed nim. Tego łotra trzeba stąd wyrzucić, usunąć go z zamku!

– Ja ta się nie wtrącam.

– A ja radzę, żeby Grzegorz się wtrącił, bo to może i dla Grzegorza skończyć się niedobrze. Grzegorz nie rozumie, że jeśli ktoś w pobliżu tego strasznego miejsca złe rzeczy knuje, to tak jakby kto ogień rozniecił koło beczki z prochem.

– A co? To tam naprawdę złe jest?

Profesor spostrzegł, że noc przebyta w strasznej komnacie udzieliła mu prawie absolutnej władzy nad duszą kamerdynera.

– Niech Grzegorz nie będzie zbyt ciekawy. Tylko to powiem: teraz straszy w tej jednej komnacie, ale łatwo „złe” może roznieść się po całym zamku.

– W imię Ojca i Syna i Ducha…

Dotychczas stary kamerdyner nie obawiał się, że duchy zajrzą i do jego pokoiku na parterze. Skoliński stał się w jego oczach ambasadorem zaświatów, któremu powierzono doniosłą i trudną misję.

– Owszem, owszem – zapewniał żarliwie – ja ta nie jestem od tego, żeby pomóc. Pewnie! Pewnie! Złe trzeba tępić ogniem i żelazem! O, dodia… spokój był z tymi duchami przez tyle lat, a teraz znowuż się zaczyna.

– Właśnie. To zły człowiek i on się zwąchał z tymi złymi siłami, on je podburza i podnieca. Jeżeli nie uda się przy Boskiej pomocy mu przeszkodzić w tym, to on jeszcze bardziej podburzy złe duchy i Grzegorz zobaczy, co się tu będzie działo!

– Ja ta wszystko zrobię! Wszystko! Skoliński zastanowił się.

– Grzegorz dawno na zamku przebywa?

– Oj, będzie już z pięćdziesiąt lat. Tylim chłopcem mnie przyjął książę nieboszczyk.

– No to Grzegorz pewnie niejedno wie. Niech Grzegorz mi powie odkąd to w tej komnacie straszy i dlaczego. I dlaczego książę jest niezdrów na umyśle. Bo to pewnie jedno z drugim się łączy, co?