Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 8 из 69

Przygodo! Przygodo! Jeśli zagniesz parol na człowieka, nie rezygnujesz łatwo. W niedzielę koło południa doktor Rode oznajmił mi, że nazajutrz wybiera się do Pretorii i dobrze by było, gdybym mu towarzyszył. Przygotowania związane z naszym wyjazdem do Nowej Zelandii nabierały rozmachu i wypadało mi załatwić parę drobiazgów związanych z pewnymi utrudnieniami stwarzanymi przez mój życiorys. No cóż, pochodziłem z Europy Wschodniej.

Zgodziłem się ochoczo i wyjechaliśmy wczesnym rankiem. Martha odprowadziła nas do bramy. Doskonale ją zapamiętałem. Stała w zwiewnym szlafroczku, spod którego uwydatniał się rosnący brzuszek, cała utkana ze światła, snu i ciepła. Moja. Stryj gderał, żebyśmy nie żegnali się za długo, bo szkoda czasu, a jak dobrze pójdzie wrócimy najdalej jutro. Nasz pies Krakus, wodołaz wielki jak cielak i czarny jak przywódca Frontu Zulusów, szalał wokół nas, ocierał się, targał za nogawki, aż wreszcie zastawił swym cielskiem wyjazd i cofnął się dopiero po dłuższej perswazji. Zupełnie jak gdyby nie chciał mnie puścić.

Potarmosiłem Krakusa, uściskałem Marthę. Pogłaskałem brzuszek z juniorem. Nie brałem pod uwagę, że przyszła latorośl może być córką. Szofer doktora Rode zatrąbił.

I tak to wszystko zakrzepło w mej pamięci. Pawilony wśród kwiatów, dziewczyna w bieli i różu, i wielki pies u jej nóg. Nie wiem dlaczego przypomniał mi się wtedy i

“Jest. Marindafontein. Ziegler".

Te trzy słowa przypomniały mi się nagle, kiedy wałęsając się po stołecznej ulicy stanąłem twarzą w twarz z hotelem Gwiazda Południa. Było wczesne popołudnie. Doktor Rode dał mi trochę czasu i pieniędzy na jakiś prezencik dla Marthy. Swoją drogą ów szorstki w obejściu mężczyzna zaakceptował mnie całkowicie jako członka rodziny. Do umówionego spotkania pozostało mi trochę czasu. Przespacerowałem się dwukrotnie przed fasadą hotelu, nowoczesną, drapowaną rośli

Zastanawiałem się, czy ów Denis Burton ciągle jeszcze czeka na sygnał w apartamencie 333? Niczym ściągany magnesem, albo – lepsze określenie – jak ptak hipnotyzowany przez węża, okrążyłem trawnik i wszedłem do wnętrza.

– Czym mógłbym panu służyć? – obok mnie wyrósł cień w liberii.

– Chciałbym… chciałbym… szukam pewnej damy – wykrztusiłem.

– Nie udzielamy informacji o naszych gościach, proszę pana.

– W takim razie chciałbym zadzwonić – bąknąłem.

– Proszę żeton, automat jest na prawo.

Wykręciłem trzy trójki. Sygnał. Nikt nie odbierał, zapewne lokator wyprowadził się. Podszedłem do lady recepcyjnej zwrócić żeton. W tym momencie wszedł szparkim krokiem czterdziestoletni mężczyzna o białych jak mleko włosach i szczupłej twarzy ozdobionej rogowymi okularami.

– Czy była jakaś wiadomość dla mnie? – rzucił niedbale.

– Nie, mister Burton – powiedział recepcjonista.

Drgnąłem i zawahałem się. Denis Burton omiótł wzrokiem całe pomieszczenie nie omijając mojej postaci, przez moment czułem się jak u Roentgena, po czym skierował się w stronę windy. Miałem ochotę zatrzymać go. Zabrakło mi odwagi.

Zadzwonię z miasta, przekażę te trzy słowa. Po co mam się w to mieszać. Wyszedłem na zewnątrz. Do wyznaczonego spotkania z doktorem Rode pozostało jeszcze pół godziny. Ruszyłem wolno chodnikiem gapiąc się na wystawy. Jako przybysz z i

– Policja. Pan podjedzie z nami…

Zdanie nie zostało dokończone. Funkcjonariusz zwinął się z bólu, a mnie czyjaś ręka gwałtownie pociągnęła w bok. Zawył klakson. Wessało nas jakieś podwórko.

– Szybciej! – wołał mój wybawca.

– Pan Burton?

– Nie ma czasu na prezentacje.

Przeskoczyliśmy przez jakąś barierkę, potem przebiegliśmy dwie uliczki, wreszcie wskoczyliśmy do zaparkowanego wozu.

– Zgubimy durni!

Zdarł siwą perukę. Pozbył się rogowych okularów. Manewrując kierownicą, drugą ręką potargał czuprynę metalicznoczarnych włosów. Potem wyciągnął ze schowka miękki kapelusz i ciemne okulary przeciwsłoneczne.

– Na razie włóż to… Niczego nie rozumiałem.

– W jaki sposób domyślił się pan, że ja właśnie…? – dopytywałem się.

– Wieloletnia praktyka. Poza tym od razu zauważyłem, że jesteś śledzony przez ludzi z sekcji M/t.

– Ja śledzony?

– I to bardzo stara

– Hindus imieniem David… Ale to dłuższa historia – jąkając się, jakbym dopiero wczoraj nauczył się angielskiego, zrelacjonowałem Burtonowi wydarzenia pamiętnej nocy, pomijając tylko parę naprawdę drobnych szczegółów.

– Przykro mi z powodu śmierci pańskiego przyjaciela – zakończyłem.

Mocno zacisnął szczęki.

– Koszty handlowe. Zresztą ja również nie znałem go osobiście – dodał. – Co ci polecił przekazać?

– Trzy słowa: “Jest. Marindafontein. Ziegler".

Oczy Burtona rozbłysły.

– Brawo, chłopcze. Nie masz pojęcia, jak nam pomogłeś. Teraz tylko jak najszybciej do granicy.

– Do granicy? Ależ ja muszę szybko wracać, mój stryj czeka na mnie i pewnie już się niepokoi.

Wesołe iskierki zatańczyły w oczach mego rozmówcy.

– Synku, zapomnij o stryju, już nigdy nie spotkasz się z nim. Przynajmniej tu w RPA. Jesteś spalony. Sekcja M/t wie już, że przekazałeś dalej wiadomości od Davida. Prawdopodobnie jesteśmy teraz najbardziej poszukiwanymi ludźmi w tym ślicznym kraju. Ale to nie szkodzi. Poradzimy sobie.

– A Martha, moja Martha…?

– Nie sądzę, żeby jej coś groziło. I daję słowo, spotkacie się i to niedługo, w nowym, w nowym – powtórzył z naciskiem – lepszym świecie. A na razie zachowaj spokój. Jeszcze dziś przejedziemy do Mozambiku…

– Przez zieloną granicę?

– Nie chłopcze, całkiem normalnie jak przystało na dyplomatów. Oficjalnie jestem tu delegatem Ogólnoamerykańskiego Kongresu Ochrony Środowiska. W moim prawdziwym wcieleniu mam immunitet i nazywam się Burt De