Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 4 из 69

Przez moment panowała cisza, wszystkie oczy wpatrywały się w De

– Czy moglibyśmy dowiedzieć się czegoś konkretniejszego? – zapytał w końcu Tardi.

– Jutro dokonamy małego eksperymentu na potwierdzenie prawdziwości mych słów, dzisiaj chciałbym jedynie prosić was o wybaczenie.

Lekki szmerek.

– Działałem samowolnie, bez waszych upoważnień. Gdybym przegrał – sam oddałbym się do dyspozycji sądu organizacji. Ale nie przegrałem. Otóż ponad rok temu pewien mój przyjaciel z dawnych lat, więcej niż przyjaciel, prawie brat z brudnego zaułka w San Francisco, przekazał mi informacje o pewnym wynalazku. Dopiero we wrześniu zeszłego roku udało mi się wysłać na miejsce mojego człowieka. W październiku mogłem przystąpić do konkretnych działań.

– Mówisz okropnymi zagadkami, Burt – niezadowolenie przebijało z głosu pa

– Zobaczycie jutro. I ręczę wam, że od piątego marca zacznie się liczyć nową epokę.

– W takim razie – przerwał emfatyczne zapewnienia nie tający zniecierpliwienia Gardiner – po co nas tu dzisiaj ściągnąłeś?

– Żeby ustalić linie postępowania na posiedzenie Konwentu oraz przygotować jutrzejsze spotkanie.

– Przeholowałeś profesorku – mówi Admirał gryząc cybuch fajki, bez zmieniania swego stałego tonu łagodnej perswazji – ofiary, zniszczenia… Tego nie przewidzieliśmy.

Levecque nerwowo kręci się na fotelu. Nie znosi dymu, który szkodzi przecież zdrowiu, podrażnia śluzówki, a u niego osobiście powoduje zaparcie stolca. Ekspert jest hipochondrykiem i nerwusem. Nie lubi też, jak przekwalifikowani, z grubsza ociosani sierżanci, bo do takiej kategorii zalicza Admirała, pouczają jego, arcymózgowca.

– Wszystko rozegrało się zgodnie ze scenariuszem. Upiekliśmy równocześnie dwie pieczenie. Opinia publiczna zaaprobuje wypalenie ekstremistycznej zarazy do końca, a akcje Gronera w Zielonej Międzynarodówce wzrosną jak temperatura na termometrze wrzuconym do herbaty.

– Jesteś pewny Gronera, to przecież wariat?

– Pracuje dla mnie od lat. Mamy go w ręku. A teraz ma szansę wejść do kierowniczych gremiów Konwentu. A tam nie mieliśmy dotąd swoich ludzi. Ciągle brakowało nam informacji.

– Czy pan nie przecenia zagrożenia ze strony tych jaroszy?

– Obawiam się, że coś knują. Groner ma to wyjaśnić.

– Cóż mogą knuć? Według najbardziej zawyżonych danych stanowią znikomy odsetek wyborców, a tam gdzie dostali się do rządów – mieszczanieją i odchodzą od skrajności. Prawdziwych ekstremistów jest niewielu. Cóż mogliby nam zrobić?

Levecque macha rękami, odpędzając od siebie kłęby dymu.

– Chcę zachować ostrożność. Jutro, pojutrze, będę wiedział, co chowają w zanadrzu.

– Jeszcze jedna sprawa – mówi Admirał. – Komisarz Bo

– Bo

– To idealny policjant.

– Idealni policjanci mogą funkcjonować w idealnym społeczeństwie, a tu idzie o wielką stawkę.

– Przesadzasz, Levecque. Owszem, załatwimy mu teraz urlop, Gelder przejmie jego sprawy, ale czy emerytura?

Profesor zastanawia się nad argumentem, który wstrząsnąłby kanciastym mężczyzną w mundurze, ale rezygnuje, żal mu nerwów. Mówi więc tylko:

– Jutro lecę do Sztokholmu. Jeśli się omyliłem w moich podejrzeniach, złożę dymisję.

– Dobra, dobra – mówi pojednawczo zwierzchnik. Mamy do ciebie pełne zaufanie. Tylko nie przesadzaj. A Bo

Levecque nie lubił głównych wejść. Nie leżało to w jego naturze. Od czasu kiedy w college'u został osobistym informatorem rektora, co zresztą nie przeszkodziło mu być aktywistą studenckiej rewolty, starał się zawsze wchodzić od tyłu. Nie lubił szerokich oświetlonych przestrzeni, przedkładając nad nie kuche

W ciemnawym zaułku na zapleczu teatrzyku Fotele cicho otworzyły się drzwi ciemnogranatowej limuzyny. Levecque wsiadł. Wóz ruszył prawie bezszelestnie. Na oświetlonej tablicy można było zauważyć numery i litery wskazujące, że jest to samochód należący do korpusu konsularnego. Ktoś obserwujący to wszystko zza węgła, nie miał wątpliwości do biura jakiego radcy handlowego należy limuzyna.

– Ładnie Levecque, bardzo ładnie – powiedział do siebie stojący w mroku mężczyzna zamykając notes, po czym skierował się do pobliskiego baru. Tam wykręcił znajomy numer telefonu.

– Nie pomyliłeś się, Marcel, był w Direction du Surveillance, a teraz informuje pana radcę z ambasady naszych przeciwników. Nie ma co, obrotny kurdupel.

– Czy to wszystko, Loulou?

– Sprawdziłem w SAS-ie, ma wykupiony bilet do Sztokholmu. Aha, odwołał swoje spotkanie z małą Madeleine. Nawał pracy.

– Brawo mój drogi, dziękuję.

Bo

Obsesja, nie, to coś więcej niż obsesja. To już nie pierwszy raz spotkał się z dwuznaczną rolą profesorka. Krach operacji wiedeńskiej, afera w Instytucie Lotniczym. Bo

– Jest pan przemęczony, drogi komisarzu. Przemęczony i przewrażliwiony. – Człowiek-Cytryna najwyraźniej nie jest zachwycony rozmową. Dochodzi szósta rano, siedzą w małym bistro i piją kawę. – Wnioskuje pan znając detale, kamyczki mozaiki, a ja nie jestem upoważniony, aby wtajemniczać pana w całość subtelnego ornamentu. Kontakt z radcą handlowym i już zdrada…? A może tylko posunięcie z zakresu obowiązków. Do nas, szaraków, należy wypełnianie obowiązków, politykę robi się gdzie indziej.

– Ależ majorze…

– Bardzo proszę bez tytułów. Pojedzie pan teraz na urlop. Wypocznie, a potem się zobaczy… Nie myślał pan o dłuższym wypoczynku?

– Czy to propozycja emerytury?

– Skądże… zresztą przecież ja nie jestem pańskim zwierzchnikiem. Pracujemy jedynie w zaprzyjaźnionych instytucjach. To znaczy, mam nadzieję, że zaprzyjaźnionych. No, czas na mnie. Może gdzieś pana podrzucić, komisarzu?

– Dziękuję, przespaceruję się.

– I proszę nie myśleć więcej o Levecque'u. To człowiek trudny, ale nasz. I jeszcze raz moje najszczersze wyrazy współczucia.

Bo