Страница 39 из 69
Jak się wkrótce miałem przekonać, grupka, która nas znalazła, stanowiła patrol wywiadowczy ZFWsWD, czyli Zjednoczonego Frontu Wyzwolenia spod Wrogiej Dominacji, przy czym ową wrogą dominacją byli również Czarni. ZFWsWD operował na pograniczach szumnie głosząc plany Wielkiej Republiki Kalaharii.
Trudno dociec, jakie zamiary żywiono wobec nas. Drugiego dnia rozklekotanym dżipem zjawiło się dwóch oficerów, na pierwszy rzut oka braci bliźniaków. Rozróżniłem ich jedynie po uniformach. Jeden był schludniejszy, drugi miał brudną bluzę pełną najrozmaitszych ozdóbek i naszywek. Odbył się krótki dialog między przybyłymi a dowódcą patrolu. Przy czym schludny zdawał się zajmować, pozycję Katona. Z jego gestów wynikało niezbicie, że uważa nas za szpiegów, których należy bez patyczkowania się rozstrzelać. Oberwaniec zdawał się zgadzać z przedmówcą co się tyczy ogólnej strategii, dawał jednak do zrozumienia, że przed egzekucją wypadałoby nas przesłuchać. Skończyło się chyba na odroczeniu. Nikt w oddziale nie władał na tyle jakimkolwiek cywilizowanym językiem, by się z nami precyzyjnie dogadać.
Obserwowałem wysiłki Barbary przekonywającej, że jesteśmy naukowcami, których samolot rozbił się – kochamy Afrykę i jej prawowitych gospodarzy oraz w pełnej rozciągłości popieramy ideały ZFWsWD. Nie wiem, na ile błyskotliwa pantomima przekonała partyzantów, ale najwyraźniej postanowiono wstrzymać się z wykonaniem wyroku. Poczęstowano nas nawet papierosami. Oberwaniec siadł przy mnie z miną życzliwego kanibala, po czym wskazując na mnie i na ogromny nóż wiszący u pasa, dał do zrozumienia, że pięciu takich jak ja, to on już – ciaaach! Zastanawiałem się, ilu w takim razie ma na sumieniu jego mniej przyjacielski kompan, ale było to rozmyślanie czysto akademickie.
Trzeciego dnia znaleźliśmy się w jaskiniach. Musiał to być jeden z głównych obozów afrykańskich Robin Hoodów. Całkiem nieźle wyposażony, dostrzegłem bowiem i działko przeciwlotnicze i rusznicę przeciwpancerną.
Do luksusów, które nam zademonstrowano w wielkiej pieczarze, należała latryna i zbiornik z wodą, w której nareszcie mogliśmy się umyć. Widziałem jak Barbara bez najmniejszego wstydu obnaża się przy cysternie i kąpie pod polowym kranem. Ów wodny striptiz ściągnął chyba połowę obozowiska, ale to wcale nie żenowało pa
Sen, może właściwszym określeniem byłby letarg, trwał dwa dni. Nie wiem, czy przez ten czas dokonywano na mnie jakichś zabiegów medycznych, jest faktem, że obudziłem się głodny. Głodny, a więc wracający do zdrowia. Pierwszą rzeczą, którą ujrzałem, był koszyk pełen dorodnych owoców leżących obok mego posłania. Sięgnąłem po pomarańcze.
– Śmiało, śmiało, doktorze – zachęcił mnie dźwięczny głos. Uniosłem głowę. Na tle kamie
– Proszę jeść i nie przejmować się moją obecnością – mówił elegant – baliśmy się o pana ce
Sok pomarańczowy zalał mi przełyk. Cudowne!
– Jestem więc wolny? – spytałem po chwili.
Bongote, który właśnie skończył ściskanie mi dłoni, uśmiechnął się i cofnął o krok.
– Do pewnego stopnia – powiedział. – No cóż, dalszą podróż chwilowo trzeba będzie odłożyć. Toczy się wojna. A na wojnie – jak na wojnie. W tych jaskiniach jest akurat najbezpieczniej. Poza tym jest pan lekarzem…
– Dopiero się uczę – sprostowałem.
– Nie należę do rygorystów pytających o dyplomy – uśmiechnął się jeszcze raz kapitan – ale muszę dbać o moich ludzi. Na całych obszarach wyzwolonych jest tylko jeden felczer i trzy zako
Na końcu języka miałem pytanie, jak wielki jest obszar wyzwolony, ale powstrzymałem się.
– Widzi pan – ciągnął dowódca – budujemy tu nowe społeczeństwo. I nie wszyscy mogą zrozumieć surowe prawa okresu przejściowego. Mieliśmy tu lekarza, Belga, podobno anestezjologa, choć znieczulał głównie siebie stale zaglądając do kieliszka. Niestety, nie podzielał naszych ideałów, usiłował szkodzić. Inteligencja ma wrodzone tendencje do szkodnictwa. Lubi dzielić włos na czworo, rozważać zawsze plusy i minusy, brać pod uwagę opinię mniejszości. Sam wiem, bo długo musiałem się z tego leczyć. Wątpliwości nie sprzyjają zwycięstwu! Dowódca, przywódca, szef, musi być jak chirurg – rozpoczynając cięcie nie może w połowie zatrzymać skalpela. Co chore, wi
Nadal mówił to wszystko niesłychanie spokojnym tonem człowieka doskonale wychowanego, może w ostatnim zdaniu uniósł minimalnie głos. Dopiero teraz w twarzy tchnącej spokojem i uprzejmością dostrzegłem płonące oczy pantery. Rozszerzone źrenice szaleńca. A może narkomana?
– Ale po co ja pana zanudzam ideologią? Pożyje pan z nami, pozna przyjemność jaką daje dzieło tworzenia, oczywiście po dokładnym zniwelowaniu starego. I, słowo honoru, nie będę pana do niczego przekonywał! Sam pan dojrzeje. Zresztą potrzebujemy lekarza, nie bojowca.
– A ten anestezjolog, opuścił was? – zapytałem.
Bongote chyba w pierwszej chwili nie zrozumiał pytania. Popatrzył na mnie jak entomolog na egzotycznego motyla, a potem wybuchnął cichym, równym śmieszkiem.
– Nas się nie opuszcza, doktorze – mówił wśród rechotu – nas można najwyżej zdradzić, a doktor Macon miał nieszczęśliwy wypadek. Bardzo nieszczęśliwy… – nie przestając się śmiać podszedł do szafki stojącej pod ścianą. Już wcześniej zauważyłem na górnej półce duży, rudawy orzech kokosowy. Kapitan odwrócił go. Zdrętwiałem. To co brałem za łupinę, było krótko ostrzyżonymi włosami, całość zaś stanowiła wyblakłą, odrąbaną głowę ludzką.
– No, nie przeszkadzam w śniadaniu doktorze – powiedział ucinając śmieszek Bongote – sądzę, że od jutra przejmie pan obowiązki naszego “głównego ordynatora".
Ukłonił się po wojskowemu i wyszedł. A ja zwymiotowałem.
Pracy rzeczywiście było moc. W pierwszej chwili liczyłem, że otrzymam do pomocy Barbarę, która dotąd znakomicie wywiązywała się z roli pielęgniarki, ale widocznie przeznaczono ją do i
– W Stanach? – dopytywałem się.
– Nie, na Podhalu.
Oczywiście chodziło o Nowy Targ. A więc w środku interioru trafiłem na rodaczkę. Nie muszę dodawać, jak niebywałą frajdą był dla mnie, po przeszło roku cudzoziemszczyzny, powrót do rodzi
Tego wieczora rozmawialibyśmy dłużej, gdybym nie zauważył brzydkich spojrzeń Pereza i jego pomagiera, wściekłych, że nie rozumieją ni w ząb naszej konwersacji.
Nazajutrz rano wezwał mnie Bongote. Po raz pierwszy zaprowadzono mnie do jego apartamentu. Po drodze, idąc długim korytarzem, minąłem silnie uzbrojony posterunek. Mieszkanie wodza urządzone było ze smakiem, choć dobór mebli z konieczności cechowała przypadkowość. Tym razem kapitan powitał mnie w kwiecistym szlafroku. Poczęstował cygarem i zaproponował filiżankę mocnej kawy. Nie odmówiłem, rozglądając się ciekawie. Kawę podała Barbara. Grzeczna, posłuszna pani domu. Ominęła mój wzrok. Ale nie musiałem długo myśleć nad jej obecnym statusem. Funkcja kochanki szefa rzucała się aż nadto w oczy.