Страница 25 из 69
Wiało. Kłęby kurzu unosiły się nad buszem wciskając się w każdą szczelinę i ograniczając widoczność do zaledwie kilkunastu metrów. Przygięty podoficer i szeregowiec posuwali się z wolna w kierunku drutów. Od kwadransa pulsujące światełko w centrali anonsowało uszkodzenie płotu. Przy takiej wichurze rzecz normalna, należało jednak sprawdzić i zreperować.
Żołnierze minęli otoczoną płotkiem stację pomiarową i naraz ujrzeli tuż obok linii zasieków podłużny kształt wyciągnięty na ziemi. Żołnierz odbezpieczył broń, a podoficer podbiegł do owego kształtu. Nie ulegało wątpliwości, o metr od uszkodzonego płotu leżał człowiek. Rozejrzeli się dookoła. Mimo kurzawy wyglądało na to, że leżące ciało jest jedynym podobnym obiektem w okolicy. Podoficer odwrócił je na plecy. Rozsypały się bujne jasne włosy, ukazała się sinawa twarz o spierzchniętych ustach i przymkniętych oczach! Dziewczyna! Samotna, piękna dziewczyna w głębi kalaharyjskiego interioru.
– Żyje! – zawołał podniecony szeregowiec.
– Trzeba coś z nią zrobić, jest kompletnie wycieńczona i nieprzytomna – zauważył dowódca. Wydobył manierkę i wodą próbował zwilżyć usta dziewczyny. Szło mu nieporadnie.
– Może zaniesiemy ją na wartownię? – zaofiarował się podkomendny.
– To wbrew regulaminowi – obruszył się podoficer. Wargi dziewczyny drgnęły.
– Wypadek, samochód – wymamrotała i znów głowa zwisła bezwładnie.
– Dobrze, zaniesiemy ją przynajmniej pod wartownię, szef zdecyduje co dalej… Chyba nie ma niczego złamanego.
– Chyba nie, skoro doszła aż tu.
Dowódca wartowni podzielał ich zdanie. Ostrożność przede wszystkim. Obawy rozproszyło stara
W chwilę później rozebrana i przebrana znalazła się w lazarecie zewnętrznego kręgu.
– Powinienem zawiadomić centralę – wahał się dowódca.
– Poczekajmy, aż zostanie zbadana – powiedział podoficer. – Niech wypowie się lekarz.
Wzmacniający zastrzyk dobrze zrobił nieznajomej. Otworzyła oczy.
– Wody, wody – jęknęła.
Podano jej szklankę, a doktor nalał płynu ze stojącego dzbanka.
Wypiła, a następnie gestem poprosiła o dzbanek, zdaje się, że chciała obmyć twarz. A potem zdarzyło się parę rzeczy dziwnych. Kiedy dzbanek znalazł się w jej rękach, krzyknęła głośno i szarpnęła pozostawiony jej naszyjnik. Kamyki chlupnęły w wodę. Z sąsiedniego pomieszczenia wpadła czwórka żołnierzy. I o to chodziło. W zetknięciu z wodą nastąpiła błyskawiczna reakcja, kamienie roztopiły się z sykiem, a całe pomieszczenie wypełniły opary paraliżującego gazu. Przygotowana na tę sytuację Barbara, oddychając przez umieszczony w nosie filtr, wybiegła z pomieszczenia. Sześciu zaskoczonych mężczyzn osunęło się na podłogę. Dowódca usiłował sięgnąć po broń. Nie zdążył…
Wybory uzupełniające do Rady Trzech rozpoczęły się punktualnie o piętnastej. Pięćdziesięciu czterech naukowców opuściło laboratoria i porzuciło wszystkie i
– Kandydujesz? – spytał Silvestriego.
– Nie urzeka mnie czar władzy – odparł cybernetyk.
Z wolna szepty cichły, a po salonie rozlała się atmosfera powagi, niczym podczas konklawe. Kobietki i personel pomocniczy nie mieli tu wstępu. Zagaił Owsiejenko. Przedwcześnie wyłysiały dryblas w wielkich, rogowych okularach. Dziękował za owocną współpracę podczas kadencji, chwalił swych partnerów, wspominał ważniejsze wyniki naukowe i wydarzenia rozrywkowe, znalazła się tam też wzmianka o pokerowym sukcesie Silvestriego. Jednym słowem – mędził. Podkreślił również wielką odpowiedzialność gremium związaną z uzupełniającym wyborem.
Kompetencje Rady były rozległe. Miała absolutną kontrolę nad wypłatą “rozkoszy", przydzielała własne stopnie naukowe, koordynowała rozrywki, rozgraniczała kompetencje w sporach naukowych i personalnych. Kadencja upływała po trzech miesiącach, przy czym każdego nowego członka najwyższego ciała dokooptowywano co miesiąc.
Po Owsiejence przewodnictwo objął Pak Dang, pięćdziesięcioletni Tajwańczyk, któremu pozostawał jeszcze miesiąc do zakończenia kadencji. Podziękował prezesowi, po czym zachęcił zebranych do sprawnego głosowania.
– Niech i tym razem wygra zbiorowa mądrość, która jak zwykle opowie się za doświadczeniem i kompetencją!
Była to oczywista agitacja na rzecz Van Burrena, jednego z nestorów Ogrodu, wielokrotnie już piastującego tę funkcję. Niektórzy z naukowców poczęli nawet sykać na zbyt nachalne sugestie Pak Danga, a sam Afrykaner pomyślał z goryczą, że wskutek tej niedźwiedziej przysługi traci parę głosów.
Pierwsza tura jak zwykle przebiegła rozpoznawczo. Każdy miał prawo wystukać na swym kalkulatorku dowolne nazwisko. Na dużym ekranie prawie natychmiast zapłonął wynik: Van Buren – dwadzieścia trzy głosy, Lamais, – jedenaście, Kornacki – osiem, Owsiejenko – pięć, Landley – trzy. Czterej pozostali, w tym ku własnemu zdumieniu Ziegler, otrzymali po jednym głosie. Roy rozejrzał się po sali. Któż to głosował na niego? Panowało ogólne skupienie, ale daleko było jeszcze do największych emocji. Silvestri uśmiechał się chytrze, Landley rozkoszował fajką. Owsiejenko głaskał łysinę, Lamais bębnił palcami po stole, a Van Buren siedział nieruchomo, zapatrzony wodnistymi oczami gdzieś w lewy górny róg salonu, wysoko ponad głową Zieglera.
– Przerwa skończona, druga tura – powiedział Pak. – Oznaczało to, że każdy ze znajdujących się na sali miał teraz prawo, obok własnego głosu, przekazać cały zasób punktów otrzymanych w pierwszej turze na wybranego kandydata, ergo Ziegler miał obecnie do dyspozycji dwa głosy, podczas gdy Van Buren dwadzieścia cztery.
– Druga tura – powtórzył Pak Dang.
Już po chwili pojawiły się wyniki: – Van Buren – czterdzieści sześć, Lamais – dwadzieścia dwa, Kornacki – dwadzieścia jeden, Landley – trzynaście, Owsiejenko – sześć.
Umiarkowane zaskoczenie – najwyraźniej Owsiejenko, wiedziony słowiańską solidarnością, przerzucił otrzymane głosy na Kornackiego. Natomiast odpadający z dołu listy zrzucili posiadany drobiazg na Landleya. Ziegler rozglądał się po kandydatach, Van Buren pozostawał nieprzenikniony, na twarzy Lamaisa igrał uśmiech rozbawienia – jak wtedy podczas pokera, Landley wydawał się być zaskoczony.
– Trzecia tura!
Najwyższy czas aby wygrał Afrykaner, zdecydowany faworyt elekcji. Chociaż, powiedzmy otwarcie, wielu naukowców miało już dość tego niedostępnego, nieprzekupnego starca. Toteż wyniki mogły zastanawiać:
– Van Buren – sześćdziesiąt pięć, o cztery głosy mniej, niż można by przewidywać, Kornacki – czterdzieści dziewięć, Landley – trzydzieści dwa, Lamais – osiemnaście.
Po sali poszedł szum. Bilans się zgadzał i wszystko wskazywało na to, że Lamais ustąpił pola przekazując swój dorobek dotychczasowemu outsiderowi. Silvestri niedbale spojrzał na zegarek. Piętnasta dwadzieścia siedem; siedzący obok Ziegler popatrzył zaniepokojony na cybernetyka. Na jego ustach wprawdzie igrał uśmiech, ale na czoło wystąpiły kropelki potu. Aż tak pasjonowała go rozgrywka? A może wiedział coś, czego i
Burza sprzyjała atakującym. Wiatr wzmógł się jeszcze bardziej, oscylując już na pograniczu huraganu. Pięć minut po gazowym eksperymencie, gdy Barbara zablokowała system alarmowy wartowni, De
– Co teraz? – Barbara spojrzała na De
Była to okoliczność sprzyjająca. Wśród pięciu najsposobniejszych dni i pór ataku na Ośrodek, które Silvestri zaproponował przed ucieczką Hindusowi, ta – stanowiła termin najdogodniejszy. Jak jednak miano dać znać konspiratorom, że sojusznik jest już w twierdzy?
Le
– Ile metrów ma ten mur? – zapytał De
– Nie wiem – padła odpowiedź. – Ja go nie budowałem.