Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 43 из 51

Płynie Mogueime przez zatokę z dwoma celami wszystkim wiadomymi i jednym sekretnym. O wiadomych mówiono już wystarczająco dużo, mamy otwarte doły czekające na przyjęcie zmarłych i kobiety otwarte na przyjęcie żywych. Z rękoma jeszcze brudnymi od czarnej i świeżej ziemi Mogueime spuści spodnie i, jedynie zakasawszy koszulę, podejdzie do wybranej przez siebie kobiety, ona też tylko podciągnie spódnicę, trzeba dopiero wymyślić sztukę kochania na ziemiach zdobytych tak niedawno, Maurowie zabrali ze sobą całą swą wielką wiedzę na ten temat, tak się mówi, a jeśli któraś z tych prostytutek pochodzi z Maurów i za sprawą pechowego zrządzenia losu została zagnana do międzynarodowego obiegu, zachowa na razie w tajemnicy sztuki swojej nacji, aż w którymś momencie będzie mogła zacząć sprzedawać nowości po wyższych cenach. Oczywiście Portugalczycy nie są tak całkowicie nieokrzesani w tych sprawach, w końcu możliwości zależą od środków dostępnych wszystkim ludziom mniej więcej w tym samym stopniu, lecz brak im rzecz jasna finezji i wyobraźni, talentu do subtelnej gry, wprawy w mądrym powstrzymywaniu, oględnie rzecz biorąc, cywilizacji i kultury. Nie wyobrażajmy sobie, że przez to, iż Mogueime jest bohaterem tej historii, będzie bardziej kompetentny i wyrobiony niż którykolwiek z jego kompanów. Jeśli obok charczał z rozkoszy Lourenco i ryczała Elvira, jednako gwałtownie odpowiedziało im tych dwoje, Doroteia uważa, aby nigdy nie zostać w tyle za tą pierwszą w kwestii efektów wokalnych, a Mogueime, skoro tak mu się podoba, nie ma powodu, żeby milczeć. Póki nie pojawi się Dom Dinis, król poeta, zadowólmy się tym, co mamy.

Kiedy łodzie powrócą na drugi brzeg zdecydowanie lżejsze, Mogueime na nich nie będzie. Nie dlatego, że zdecydował się zdezerterować, taka myśl nie przeszła mu przez głowę, zwłaszcza przy jego reputacji, wszak ma już miejsce zapewnione w Wielkiej historii Portugalii, nie są to rzeczy, które się traci przez lekkomyślność, przez głupotę, on jest tym Mogueime, który był przy zdobyciu Santarem, i basta. Jego sekretnym celem, którego nie podejrzewał nawet Galindo, było udanie się stąd drogami, które zostały opisane przy przemieszczaniu się wojsk ze wzgórza Świętego Franciszka na Wzgórze Dziękczynienia, do obozu królewskiego, gdzie zgodnie z posiadanymi przez niego informacjami oddzielnie ustawiono namioty krzyżowców, chce sprawdzić, czy przez szczęśliwy zbieg okoliczności w jakimś zaułku nie spotka kochanki Niemca o imieniu Ouroana, o której nie przestaje myśleć, choć nie ma wątpliwości, iż nie jest ona kąskiem na jego ząb, wszak zwykły żołnierz może aspirować tylko do korzystania z powszechnie dostępnych dziwek, prywatne nałożnice są przyjemnością i przywilejem panów, co najwyżej można się nimi wymienić, ale tylko między równymi sobie. Tak naprawdę nie wierzy w to, iż będzie miał szczęście ją zobaczyć, ale bardzo chciałby ponownie odczuć to ściśnięcie żołądka, którego doświadczył już po dwakroć, pomimo wszystko nie może się uskarżać, bo pomiędzy tyloma udręczonymi pożądaniem samcami samice są dobrze strzeżone, szczególnie gdy wychodzą zaczerpnąć świeżego powietrza, dowodem na to jest fakt, że Ouroanie towarzyszył służący rycerza Henryka uzbrojony jak do bitwy, choć należy do służby wewnętrznej.

Wielkie są różnice pomiędzy pokojem i wojną. Kiedy wojsko stało tu obozem, podczas gdy krzyżowcy decydowali, czy zostają, czy odpływają, a starcia nie wykraczały poza pojedyncze potyczki, wymiany strzał w powietrzu i fajerwerki wyzwisk, Lizbona wydawała się klejnotem, by tak rzec, spoczywającym na zboczu wzgórza, wystawionym na pożądliwość słońca, cała pokryta refleksami, zwieńczona na szczycie zamkowym meczetem rozbłyskującym zielono-niebieskimi mozaikami, z przedmieściem zwróconym w tym kierunku, z którego ludność jeszcze się nie wycofała, jeśli można ją było z czymś porównać, to jedynie z przedsionkiem raju. Teraz poza murami widać tylko spalone domy i zwalone ściany i nawet z tak dużej odległości dostrzec można wyraźnie oznaki zniszczenia, jakby portugalskie wojsko było rojem białych mrówek zdolnych do pożarcia zarówno drewna, jak i kamieni, nawet jeśli miałyby im się połamać zęby i mieliby utracić życie przy tej wycieńczającej pracy, co już mieliśmy okazję zobaczyć, a to jeszcze przecież nie koniec. Mogueime nie wie, czy boi się śmierci. Wydaje mu się naturalne, że i

Słońce stoi wysoko, niebawem wybije południe, bez wątpienia Maurowie obserwują obozowisko, żeby sprawdzić, czy tak jak poprzedniego dnia Galisyjczycy zaatakują w chwili, gdy almuademowie będą wzywać wiernych na modlitwę, bo tutaj widać, jak bardzo niegodziwcy nie szanują wiary swych adwersarzy. Mogueime, aby skrócić sobie drogę, wykorzystuje odpływ i przechodzi zatoczkę w bród na wysokości placu Restauradores. Kręcą się tu, rozluźniając napięte ze strachu nerwy i usiłując złapać niewielkie rybki, żołnierze oblegający bramę Alfofa, zaszli daleko, nie ma co mówić, już wtedy mawiano, Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, w tym przypadku nie chodzi o przerwy w namiętności, ale o poszukiwanie odprężenia z dala od teatru działań woje

Była prawie siódma wieczorem, kiedy przyszła Maria Sara. Raimundo Silva pisał do piątej, rozkojarzony, z trudem mógł sklecić dwie-trzy linijki, po czym wpatrywał się w okno, chmury, gołębia, który wrócił i odpoczywał na balkonie, przyglądając mu się przez szybę czerwonym, szklanym okiem, potrząsał głową ruchem, który był jednocześnie gwałtowny i pły