Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 35 из 45

17 Życie za spirytus

Byłem sam. Nie na terenie domu czy nawet dzielnicy, lecz sam w całym mieście, które jeszcze niedawno liczyło półtora miliona ludzi i było jednym z bogatszych i piękniejszych miast Europy, dziś zaś legło w gruzach, pełne spalonych i zburzonych domów, pod którymi pogrzebane były zbierane od wieków zabytki kultury całego narodu i rozkładające się w cieple ostatnich dni tej jesieni ciała tysięcy pomordowanych ludzi.

Ruiny miasta nawiedzane były w dzień przez grupki ludzi z zewnątrz – przez podstołecznych złodziejaszków. Przemykali się chyłkiem, z łopatami na ramionach i plądrowali piwnice domów. Któryś z nich przyszedł w ruiny domu, w którym przebywałem. Nie powinien mnie tu znaleźć. Nikt nie może się dowiedzieć, że tu jestem. Gdy szedł schodami na górę i był już blisko mojego piętra, ryknąłem grubo i groźnie:

– Was ist los?! Rrraus.

Uciekł jak przepłoszony szczur – ostatni z nędzników, który mógł przestraszyć się mojego głosu, głosu ostatniego z nędzarzy.

W końcu października widziałem z mojego strychu, jak jedną z tych grup hien przyłapali Niemcy.

Szabrownicy starali się tłumaczyć. Powtarzali ciągle: „Z Pruszkowa, z Pruszkowa…”, wskazując przy tym na zachód. SS-mani ustawili czterech z tych mężczyzn pod najbliższym murem i pomimo skomlenia o życie zastrzelili ich na miejscu. Pozostałym kazano wykopać dół w ogrodzie jednej z willi, pogrzebać ciała i uciekać. Od tego czasu nawet szabrownicy przestali nawiedzać dzielnicę, której byłem teraz jedynym mieszkańcem.

Zbliżał się 1 listopada, zrobiło się chłodno, szczególnie nocami. By nie oszaleć z samotności, postanowiłem zorganizować sobie jak najbardziej uregulowany tryb życia. Miałem nadal zegarek, moją przedwoje

O zmierzchu zasypiałem i do około pierwszej w nocy spałem, po czym, przyświecając sobie zapałkami, których zapas znalazłem w jednym z niedopalonych mieszkań, wyruszałem na poszukiwanie żywności. Szperałem w piwnicach i zgliszczach mieszkań, znajdując niedojedzone resztki kaszy, spleśniałe kawałki chleba, stęchłą mąkę oraz wodę w wa

Nadszedł 15 listopada. Spadł pierwszy śnieg. Zimno dokuczało mi coraz dotkliwiej, mimo że leżałem przykryty stosem łachmanów, które znajdowałem przy okazji moich poszukiwań. Teraz, gdy się rano budziłem, pokryte były one białą, puszystą warstwą śniegu. Legowisko usłałem sobie w narożniku strychu pod ocalałym fragmentem dachu, lecz większa jego część była zerwana i śnieg przedostawał się tu ze wszystkich stron.

Któregoś dnia podłożyłem kawałek sukna pod znaleziony odłamek szyby i w tym zaimprowizowanym lustrze przejrzałem się. W pierwszej chwili nie mogłem wprost uwierzyć, że ta potworna maska, która ukazała się moim oczom, to ja. Od miesięcy nie strzygłem się, nie goliłem i nie myłem. Na głowie miałem wysoki, zmierzwiony kołtun włosów. Moja twarz porośnięta była czarnym zarostem, tworzącym już całkiem okazałą brodę. Skóra twarzy w miejscach nie zarośniętych była czarna, powieki zaczerwienione, a czoło pokryło się strupami liszajów.

Najbardziej jednak dręczył mnie brak informacji o tym, co działo się na polach walk: frontowych i powstańczych. Powstanie w Warszawie zakończyło się klęską. Trudno było się łudzić. Ale może walczono jeszcze gdzieś na peryferiach miasta? Może za Wisłą, na Pradze, skąd słychać było odgłosy pojedynczych strzałów artylerii? Jak przebiegało powstanie poza Warszawą? Gdzie znajdowały się wojska sowieckie? Jakie były postępy aliantów na zachodzie? Odpowiedzi na te pytania decydowały o moim życiu lub śmierci, która musiała wkrótce nadejść, jeśli nie z głodu, to z zimna, nawet gdyby mnie nie odkryli przedtem w mojej kryjówce Niemcy.

Następnego dnia postanowiłem poświęcić część skromnego zapasu wody, jaki miałem, na umycie się. Równocześnie postanowiłem rozpalić pod którąś z ocalałych kuchni ogień i ugotować sobie resztkę posiadanej jeszcze kaszy. Od ponad czterech miesięcy nie miałem w ustach ciepłej strawy, co wraz z nastaniem silniejszych mrozów dawało mi się coraz bardziej we znaki. By zrealizować oba moje postanowienia: umycia się i gotowania, musiałem wyjść z ukrycia w czasie dnia. Gdy byłem już na schodach, zauważyłem, że naprzeciwko, przed szpitalem wojskowym, zatrzymał się oddział Niemców i zajął się rozbiórką drewnianego ogrodzenia. Byłem jednak tak bardzo spragniony gorącej kaszy, że postanowiłem nie zmieniać mojego planu. Miałem uczucie, że jeśli natychmiast tą kaszą nie rozgrzeję sobie żołądka, to się rozchoruję.

Kręciłem się już przy kuche

Był nie mniej niż ja przestraszony tym nagłym spotkaniem w ruinach, lecz usiłował sprawiać wrażenie groźnego. Łamaną polszczyzną zapytał mnie, co tu robię. Odpowiedziałem, że wróciłem spod Warszawy, gdzie teraz mieszkam, by wziąć trochę swoich rzeczy. Wyjaśnienie to, zważywszy mój wygląd, było absurdalne. Niemiec wycelował we mnie lufę karabinu i kazał iść ze sobą. Oświadczyłem, że pójdę, ale że będzie miał na sumieniu moją śmierć, jeśli zaś pozwoli mi tu zostać, dam mu pół litra spirytusu. Zgodził się chętnie na taką formę okupu, zastrzegł tylko, że przyjdzie jeszcze raz i że będę musiał mu dać tego spirytusu więcej. Gdy tylko zostałem sam, wdrapałem się jak najprędzej na strych, wciągnąłem drabinę i zatrzasnąłem za sobą klapę włazu. Po kwadransie powrócił rzeczywiście, tym razem w towarzystwie kilku i