Страница 22 из 51
– Prawda li to? – wychrypiałem mu w twarz. – Prawda?!
– Z drogi! – odburknął. – Zwady szukasz?!
– Człowieku! Prawda, pytam, że Strzałkowskiego ludzi Austriaki w Genui pobrali, że ich Massena, jak podlec Foissac, Ottowi przy kapitulacji sprzedał?!
Widać rozpacz moja i jemu struny jakoweś ruszyła, bo mnie już nie beształ i cicho odrzekł:
– Czy Massena ich sprzedał, nie wiemy. A że w dyby poszli, prawda. Szkoda braci. Ale może wyjdą. Konsul rozbił Austriaków pod Marengo i paktuje o pokój. Koniec wojny, wymiana jeńców, może…
Szał mi oczy przesłonił. Koniec wojny, pokój? Nie panowałem nad językiem.
– A co z legiami?! Jak długo francuscy generałowie będą nas sprzedawać jak bydło?! Pluję na taką służbę!
– Milcz waść, byś przed lufami nie stanął!
– To mnie rozstrzelaj, polskim ładunkiem… masz!
– Pijanyś chyba i dlatego od rzeczy prawisz. Ruszaj precz!
Zakołowało mnie po stopniach w dół. Dowlokłem się do knajpy, gdzie Andre czekał przy tym samym stoliku. Usiadłem półprzytomny. Pod kije poszli, jak w Mantui… Boże! Taka sromota! Bożeee! I Ty patrzysz na to? A cóż Konsul?! Gdy Foissac naszych oddawał, Bonapartego nie było, pod piramidami wojował, ale teraz jest! Kości chyba połamie bydlakowi! Massena! Przeklęte ścierwo, któremu służyłem.
– Nalej!
Palcem pokazał mi pod nos. Szklanica pełna dawno już czekała, tylkom jej w szale nie dostrzegł. Podniosłem do ust. Tego dnia po raz pierwszy w życiu upiłem się do nieprzytomności.
Rano miast do Karwowskiego iść i zapisać się do legii, jak dawniej zamiarowałem, powiedziałem Torresowi, że się zgadzam na to, o co od dawna suplikował. Nie posiadał się z radości.
W trzy dni później “L’homme libre” minął Chateau d’If i wyszedł na pełne morze. Płynęliśmy ku Antylom.
Andre nie kłamał. Słońce zdawało się tu być kulą piekielną, wypalającą człowieka do wnętrza bebechów. Pókiś nie przywykł, póki skóra nie zbrązowiała do koloru jasnej czekolady, trzeba było chronić się nieusta
Dopiero gdy skóra okrzepła mi i dawała się dotykać, przyszło pożądanie, karmione widokiem nagich piersi. Murzynki, Mulatki, Karaibki, Metyski, wszystkie te kolorowe kobiety o nagich torsach drażniły moje powonienie, wciągały, przyzwyczajały do powszechnej nagości, oswajały ze sobą i niewoliły. Z początku kobiety nagie do pasa budziły we mnie sprzeciw. Potem budziły już tylko żądzę. Nie jak tam, w domu, co kilka wieczorów, od święta, gdy wymykałem się nocą na bezwstydne majówki. Te kobiety umiały kochać tak, że nasze batalionowe gamratki mogłyby przy nich uchodzić za siostry miłosierdzia.
Dla Torresa Gwadelupa była bazą, z której ruszaliśmy na rajdy po całych Antylach, od Zatoki Meksykańskiej do Wysp Bahama, a nawet do ujścia Amazonki. “L’homme libre” wymykał się fregatom brytyjskim i hiszpańskim, a później, gdy zaczepiliśmy kilku nowojorskich marszandów, także amerykańskim. Mając pełne ożaglowanie szkunera goleta w pełni zasługiwała na miano “jaskółki oceanu”, nadane jej przez armatorów z Tampico. Złupieni handlarze z Vera Cruz, z Jamajki, z Caracas i z Puerto Rico zaciskali pięści, miliony razy posyłając do piekła “krwawą murenę” – tak nazywali Torresa.
A ja? Chciałem wyzwalać Polskę i zostałem złodziejem, bo czymże i
Pomogła mi jedna, potem druga i trzecia krwawa rysa na gładkiej powierzchni tej bajki.
W drodze z Nowego Orleanu na Kubę zatrzymaliśmy mały bryg hiszpański, naładowany kawą. Przyciśnięta przez Torresa załoga wyznała, że wracają z Jeremie, dokąd zawieźli proch dla murzyńskiego powstania przeciw Francji. Andre nie namyślał się długo. Kapitana, bezrękiego łysielca, Hawańczyka jak i on, przywiązał do masztu i kazał wysmagać. Żonę nieszczęśnika, drobną, niemłodą już blondynkę, wywleczono spod pokładu i rzucono na zwoje lin i mokrego płótna żaglowego. Nim zdążyłem zeskoczyć, drugi już kładł się na nią. Ześlizgiwałem się z masztu “L’homme libre” szybciej niż kiedykolwiek przedtem, nie bacząc, że liny tną mi dłonie jak noże. Skoczyłem przez burtę Hiszpana, rwałem ku rechoczącej gromadzie, byłem tuż, gdy dłoń Torresa pchnęła mnie w bok.
– Andre!
– Nie twój zasrany interes!
– Andre!!!
Już nie słuchał, odwrócony tyłem, oparty o maszt, grodzący drogę. Zatkałem uszy rękami, by nie słyszeć zawodzeń gwałconej, przerywanych co chwila głośniejszym jęknięciem, widać serce nie stwardniało mi do ostatka na krzywdę ludzką. Z rozdartych dłoni krew kapała mi na barki i plamiła chustę owiniętą wokół karku. Moja pierwsza krew na Antylach.
Trzeba było tej kobiety, bym zobaczył Torresa. I
Owego dnia Torres zaciągnął mnie do swojej kajuty i spił. Nie oponowałem, nie robiłem mu wyrzutów, znałem Torresa. Tafia, którą polubiłem wreszcie, uspokajała najskuteczniej. Ale nawet pijany, nie pozbyłem się przekonania, że rozlewa ją nie ten Torres, którego kiedyś kochałem.
Wtedy był moment. Rzucić wszystko w diabły i próbować zabrać się z kimś do Europy. I zrobiłbym to, gdyby nie Flora.
To było w Pointe-a-Pitre. Poprzedni, wylany przez obecnego, komisarz Dyrektoriatu, Hugues, przemianował miasto na Port de la Liberte, ale nikt nie szanował nazwy urzędowej, wszyscy mówili: Pointe-a-Pitre. Torres ochotnie cumował tu, a nie w Basse-Terre, które było stolicą wyspy, może dlatego, że tutejsze składy wokół bulwarów mieściły więcej towarów, a może dla dziewczyn, lepkich i chętnych do wszystkiego.
Kafehauz Morne-a-Cail. Siedzieliśmy razem z Torresem nad słodkim ciastem, cudownym po tygodniach solonej wołowiny i nad ponczem, a może rumem, nie pamiętam, który roznosiły kelnerki, piękne Mulatki o posągowych kształtach, stara
Chciałem powiedzieć Torresowi, że odchodzę, wyklarować mu, że wszystko, co tu czynię, jest beznadziejnie głupie, bezsensowne, niepotrzebne. Sączyłem poncz i czekałem na chwilę, na przypływ odwagi.
I wówczas ukazała się dziewka. Była podobna do kelnerek, Mulatka, tylko trochę ciemniejsza. Gdyby nie długie, proste włosy, można by było wziąć ją za Murzynkę.
– Flora! Flora! Flora! – skandowało kawiarniane bractwo, złożone z oficerów, żołnierzy, kupców, marynarzy, plantatorów, Metysów i czarnych eks-niewolników, wyzwolonych przez Robespierre’a dekretem z 16 pluviose roku II. Ci ostatni, pogardzani i potrącani, ale przecież wolni i mający prawo rozpierać się po knajpach, jeśli tylko nie brakło im pieniędzy, ci przeważali. Porzucili swoich panów i ich plantacje i zachłystywali się podarkiem, który Rewolucja włożyła im do rąk, przepijali codzie
Dziewczyna, stojąca na niewielkiej estradzie, podniosła w górę nagie ramiona, szarpnęła biodrami i wpadła w spazm przedziwnego tańca, którego muzyką był stukot twardych, czernionych obcasów, rytm uderzeń dłoni o dłonie i dźwięk nie znanego mi instrumentu strunowego miękki i ostry na przemian, śpiewny jak harfa.
“Hrajte meni!” – przez chwilę tak krótką, żem ledwie sobie uzmysłowić zdołał, przypomniały mi się tamte oczy i taniec zupełnie i
Potem był pijany Metys sadzający ją przemocą na kolanach, moja pięść na twarzy mieszańca, Torres masakrujący drewnianym stołkiem wyciągające się łapy, tumult okrutny i nasz bieg ku plaży i plażą wzdłuż morza, dalej i dalej.
Stopy parzone ogniem piasku i obmywane przez łagodną falę odpływu, kaleczone ostrymi strzępami korali i dywanem muszelek, bryzgi białej piany wyrzucane gwałtownie w górę, wodorosty owijające kostki naszych nóg i ciężkie oddechy, aż stanęliśmy w miejscu, bez tchu, bez sił. Osuwałem się, nie puszczając jej ręki, na kolana, powoli, se