Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 88 из 130

– Więc chyba sama będziesz musiała odpowiedzieć, kobieto!

– Jeśli rozkażecie. Panie – rzekła i znów w jej głosie nie było ni cienia stosownej pokory.

– Dzisiaj wieczorem w gospodzie?

– Nie bywam w gospodach. – Pogardliwie wygięła wargi, a za plecami Bogorii ktoś roześmiał się krótkim, zdumionym śmiechem. – I nie sprzedałam ani ćwierci garnków. Nawet wyłączywszy te potłuczone przez waszych kompanów. Panie.

– Wykłócasz się jak przekupka, kobieto – żachnął się, gdyż rozbawienie sporem zaczęło mijać, a w gospodzie czekała beczułka ciemnego piwa, specjalnie dla niego sprowadzonego od uścieskiego piwowara.

– Jestem przekupką – zauważyła wieśniaczka.

Nie wiedzieć czemu wydało mu się, że drwi z niego przy wszystkich jego ludziach.

– Więc zapłacę ci jak przekupce. – Sięgnął ku sakiewce i sypnął jej pod nogi garścią srebra.

Nie schyliła się. Nie popatrzyła nawet na rozrzucone wśród błota monety.

– To nie będzie uczciwe – powiedziała cicho i niemal przepraszająco. – Nie potrzebujecie garnków, panie.

Zapędzili się jednak już zbyt daleko, a spomiędzy kramów, z najdalszych krańców targowego placu przypatrywała im się cała gromada ludzi. Mógł ją pchnąć na kolana i zmusić, by wyzbierała grosze spomiędzy namokłej glinki i nieczystości aż do ostatniej srebrnej monety. Nie była to wysoka cena – odrobina upokorzenia dla kogoś, kto ośmielił się sprzeciwić Bogorii pomiędzy jego własnymi ziomkami – a zdarzało mu się ćwiczyć nahajką kupieckie córki, jeśli nazbyt głośno skowytały pomiędzy łupionymi wozami. Mógł też po prostu roześmiać się i ruszyć do gospody: pragnienie nagliło, by tak właśnie uczynił. Jednak wówczas jego kamraci zabawią się z córką garncarza na swój własny zbójecki sposób. Skrzywił się. Widywał wiele niewiast po podobnych zalotach, a po prawdzie niejedną zdarzało mu się samemu obłapiać w przydrożnym rowie. Ale teraz było zupełnie inaczej. Może dlatego, że żadna z nich nie spoglądała na niego z równym natężeniem w szarych oczach.

Zrobił więc po prostu jedyną rzecz, która przyszła mu do głowy. Pochwycił ją wpół, posadził przed sobą na koniu i popędził go przez środek targowiska. Tłum wokół krzyczał i śmiał się rozgłośnie. Nie skręcił ku gospodzie, choć sam nie pojmował, czemu. Może przeczuwał, że Jacy

Uśmiechnął się do siebie, patrząc na jasnowłose dziewuszki, które przywlokły ze stajenki trzy małe rude kociaki i przystrajały je czerwonymi wstążkami. Wszystko wydarzyło się tak dawno. Prawie tuzin lat temu.

Jacy

Mówiła o tym bez żalu. Siedzieli z Bogorią na szczycie pagórka, pomiędzy czerwoną koniczyną, a jaskółki krążyły nad nimi wysoko po niebie. Miała w sakiewce u pasa kilka pokruszonych podpłomyków i zjedli je pod wieczór, zapijając chłopskie jadło skalmierskim winem z bukłaka zbójcy. To ją rozśmieszyło. Nieoczekiwanie usłyszał jej śmiech, a śmiech Jacy

Nie uczynił żadnej z tych rzeczy. Zapytał, jak długo pozostanie w tej okolicy. Odparła, że zamierza objechać z ojcem wszystkie jarmarki w Wilczych Jarach – jeśli jego kompani nie wytłukli wszystkich garnków, dodała z cierpką surowością, ale wówczas znał ją już wystarczająco dobrze, by rozpoznać żart – a potem szerokim łukiem ku Dolinie Thornveiin zawróci na południe. Mówili jeszcze o i

Jacy

Powiedziała, że jej ojciec będzie niespokojny, jeżeli nie powróci przed zmierzchem. Zatem Bogoria posadził ją w siodle z troski o starego garncarza, którego nigdy nie oglądał na oczy, i łagodnie sprowadził po krawędzi pagórka aż do wioski.

U wozu Jacy

– Czy chciałabyś mieć chatę? – spytał, obejmując wzrokiem wóz kryty połatanym płótnem i kasztanową szkapinę, która melancholijnie przeżuwała obrok z zawieszonego na szyi worka. – Trzyizbową chatę z sosnowych bierwion, jabłoniowy sad, pola, na których wiosną pszczoły będą zbierać miód z grykowych kwiatów?

– Czy teraz próbujecie mnie kupić, panie? – odparła bez fałszywej skromności, niemal rzeczowo.

– Wiele musiałbym zapłacić? – rzekł lekko, aby nie poznała niecierpliwości, z jaką czekał na odpowiedź.

– Wiele. – Było już ciemno i nie widział jej twarzy. – I nie tylko srebrem.

– Mam również wiele złota, kobieto. – Uśmiechnął się z kpiną, której nie czuł. – A także i

Podrzuciła głową.

– Mój mąż dawał mi rzeczy – powiedziała ostro, sprawiając, że poczuł przemożną nienawiść do tego nieznanego człowieka. – Kiedy fortuna mu sprzyjała, obdarowywał mnie wielką mnogością rzeczy. Czasami grał z kupcami przy trakcie. O duże stawki. Potem kazał mi wdziewać suknie z błękitnej kitajki i podawać bób na talerzu z litego srebra. Ale to nigdy nie trwało zbyt długo. Karta odwracała się i rzeczy zaczynały znikać, jedna po drugiej, aż nie pozostawało nic, prócz stołu zbyt ciężkiego, by wyniósł go na grzbiecie, i garści szmat. A kiedyś… – usłyszał coś jak płytkie westchnienie, ale była odważną kobietą, więc zaraz podjęła na nowo: – Kiedyś zagrał o mnie z kapitanem skalmierskich najemników, który uznał, że nie opuściłam oczu wystarczająco szybko. I przegrał. Tamtej nocy poprzysięgłam sobie, że już żaden mężczyzna nie będzie mi dawał rzeczy. Niczego, za co potem musiałabym zapłacić równie dotkliwie.

W tym miejscu należało się roześmiać i zapewne uczyniłby to, gdyby usłyszał podobne wyznanie z ust każdej i

– A gdybym obiecał – zaczął powoli i z wahaniem, gdyż wiedział, że naprawdę może odmówić – że nie podaruję ci niczego prócz chaty i sadu, w którym każdą jabłoń zasadziłem dawno temu, a ziemia jest moim dziedzictwem po matce i należała wcześniej do jej ojców. Czy wówczas ją przyjmiesz?

– Dlaczego? – Nie umiałaby udać podobnego zdumienia i musiał się uśmiechnąć. – Dlaczego miałbyś mnie pragnąć, panie?

– Ponieważ jesteś ukojeniem dla mojego serca – odpowiedział po prostu Bogoria, zbój, warchoł i opój, który nigdy nie dbał o pieśni minstrelów i nie przysłuchiwał się z nabożeństwem opowieściom o gorzkiej miłości Thornveiin.

Niemal tuzin lat temu, prawie całe życie wstecz, Jacy

Bogoria był z niej tak dojmująco, boleśnie dumny. Z tej chłopki o grubych, czerwonych rękach, która pośrodku nocy dotykała go z taką powagą, jakby miała go na nowo ukształtować z własnych pragnień i ciemności. Nosiła pod sercem ich pierwsze dziecko, kiedy włożył jej na czoło wianek z ruty i chabrów, i przed kapłanem Bad Bidmone przyjął za własną. Tajemne zaślubiny sprawowano z dala od dworu jego ojca na leśnej polanie. Nie, Bogoria nie wstydził się swego wyboru. Miał dość siły, by wepchnąć drwinę w gardło każdemu, kto zechce sobie dworować z Jacy

– Nigdy nie będzie ich dość – powiedziała Jacy

Nie przyprowadzał więc kamratów do chaty z belek, które ociosał własnymi rękoma podczas pewnego upalnego lata. Nie dlatego, że Jacy

Jacy