Страница 76 из 130
– Tak dobrze go znacie? – kąśliwie spytał Suchywilk.
– Tak dobrze – odparł spokojnie książę. – Jeśli chcecie mojej rady, trzeba Warka zabić, choćby wiedźmim szałem. Zwłaszcza wiedźmim szałem. – Popatrzył uważnie na błękitnooką niewiastkę. – Rankiem nikt nie dojdzie, co się dokładnie wydarzyło. Dość będzie słowo rzec, że kapłanki opętały kniazia, aby próbował otruć swego brata. I Iskrę.
– Nie zrobił tego – wtrąciła wiedźma. Przyklękła na posadzce, gładząc włosy Szarki. Kiedy przesuwała dłonią po rudych włosach Iskry, kolejne zagadki otwierały się z trzaskiem w jej głowie jak małe srebrne puzderka. – Wark nie chciał jej zabić. Was też nie rozkazał otruć. Pragnął waszej sławy, miecza wykutego w ogniach Kii Krindara i kobiety, która was pokochała. Ale nie życia. Nie jest łatwo – dodała przez zaciśnięte gardło, gdy w oczach księcia na nowo pojawił się ów ledwie uchwytny cień bólu – być bratem dziecka, które jeździło w kohorcie Org Ondrelssena pomiędzy martwymi królami. Wark wierzył, że woda Ilv osłabi was i odmieni w zwyczajnego śmiertelnika. Ale nie znał jej prawdziwej natury. I w istocie nie szło o was, tylko o legendę. Legendę dziecka, które przyszło z morza i miało na plecach miecz bogów przywiązany konopnym sznurkiem. Tyle że Lelka nie dbała o baśnie północy. Ani nawet o sinoborskiego kniazia. Jedynie o Szarkę. Obiecała ją zabić.
– Komu?
Nie była pewna, który z nich spytał pierwszy, Koźlarz czy Suchywilk. A może odezwali się jednocześnie.
– Córce skalmierskiego doży. – Zwróciła się nieznacznie ku Suchywilkowi. – Lelka obiecała jej zabić waszą córkę. Powolną, bolesną śmiercią. Tak, abyście musieli patrzeć i nie mogli nic zrobić.
Zwajecki kniaź zmienił się na twarzy.
– Więc to tak – rzekł wreszcie martwym, spokojnym głosem.
– Stare grzechy zawsze powrócą upomnieć się o zapłatę. Trzech synów potopionych pomiędzy Żebrami Morza, czwarty na wygnaniu pomiędzy piracką Skwarną. A teraz dziewczyna. Z powodu kobiety, która była matką moich dzieci.
I utraciła je w sposób jeszcze bardziej ostateczny niż wy, pomyślała wiedźma, gdyż wychowano je na północnych wyspach i umierali jako synowie zwajeckiego kniazia, z daleka od niej. Nie ośmieliła się jednak powiedzieć tego głośno. Tej nocy i tak wypowiedziano zbyt wiele słów, które wi
– Czy ona będzie żyła? – spytał cicho żalnicki książę.
Stał u wezgłowia łoża.
– Nie wiem. Wyrwała się jadziołkowi i też nie umiem jej sięgnąć. Ale być może wy zdołacie ją przywołać. To… – zawahała się – zdarzyło się już kiedyś. Umierała, lecz Eweinren przywołał ją na nowo. Z powodu długu, pamięci i obietnicy. A także miłości.
– Nie jestem nim. Ona się myli. – Słowa przychodziły mu z trudem. – Nie wiem, kim był ten człowiek ani dlaczego ją opuścił. Ale na wszystkich bogów przysięgam, że nim nie jestem – obrócił się ku kniaziowi – choć ona przemawia głosem z moich snów. Głosem Iskry, którą przywołałem kiedyś u martwego źródła Ilv i która obiecała, że powróci po mnie w godzinie śmierci. Jest iskrą na dnie mojego serca, iskrą, której nigdy nie spodziewałem się odnaleźć. Gdyby te czasy sprzyjały miłości, to pokłoniłbym się wam aż do kolan i prosił o nią. To wszystko, kniaziu. Cała prawda.
– „…na nowo i miłowali jako wcześniej” – wiedźma usłyszała niewyraźne słowa.
A potem zobaczyła, że zwajecki kniaź płacze i spogląda na Koźlarza z jakimś dziwnym rodzajem zrozumienia i litości.
– Ty głupcze – powiedział cicho. – Ona jest Iskrą. Będzie czekać i milczeć z uporem, który w końcu pochłonie was oboje, bo duma płonie jasnym płomieniem, lecz trudno się przy nim ogrzać. Teraz musisz ją przywołać. I naprawdę nie ma znaczenia, pod jakim imieniem to uczynisz.
– A wy dokąd pójdziecie? – spytała wiedźma.
Jednak już bardzo dobrze znała odpowiedź. Poprzez nieskończone zimowe noce oglądała tę wyspę, wieżę i twarze wojowników na schodach. Tyle że po przebudzeniu nie umiała sobie przypomnieć snu.
– Pokłonić się naszemu dobremu gospodarzowi. – Kniaź skrzywił się w dziwnym grymasie. – Czas go objaśnić, że nie będzie dwóch północnych panów, coby rzec mogli, iż popalili zwajeckie okręty i żyją. Nie za mojego pokolenia.
Wiedźma miała oczy pełne łez i nie widziała wyraźnie twarzy Suchywilka, kiedy podjął spod ściany potężny zwajecki topór o podwójnym ostrzu i bardzo cicho, jakby na przekór wrzaskom i dudnieniu, które coraz donośniej rozlegało się w dole schodów, zamknął za sobą drzwi nabijane przerdzewiałymi ćwiekami.
Za okie
Żalnicki książę poruszył się nieznacznie. W słabym świetle, gdyż tylko ostatnie węgle żarzyły się na palenisku, wiedźma dojrzała, jak z wolna robi pierwszy krok ku łożu, gdzie rudowłosa dziewczyna spoczywała nieruchomo i bez życia. Przykląkł na chłodnych kamieniach, ujął jej dłoń, która wydawała się utoczona z półprzejrzystego marmuru. A potem powoli, mozolnie zaczął odnajdować te wszystkie słowa, które należało wypowiedzieć.