Страница 71 из 130
Nie sądziła, aby Wark to zauważył. Nie dbał o tajemnice swojej nałożnicy. Właściwie nie dbał o nic, prócz szklanej fiolki, w której zamknięto kilka łyków zmętniałej wody źródła Ilv. Dzisiaj o poranku rozkazał Irys, aby dolała kilka kropli do trunku żalnickiego księcia – zamierzał choć na chwilę odebrać mu moc żalnickich kniaziów i wszelkie cuda, zaklęte w kształt Sorgo. Nie rozumiał nawet, o co prosi. Cała północ od lat śpiewała pieśni o cudownej wodzie, która wszelki czar tłumi i obraca wniwecz. Ale tak było dawno temu, zanim Wężymord wymordował żmijów i rzucił ich martwe ciała w źródło jasnej wody. Teraz sok Ilv był tylko śmiercią i przenikała go moc Zird Zekruna.
W istocie oboje – Lelka i Wark – poprosili ją o śmierć. Trzymała ją teraz w dłoni, w małej szklanej fiolce z półprzezroczystego szkła. Mogła zabić tylko raz. Nie umiała rozstrzygnąć, kogo.
Wydało się jej, że rudowłosa córka Suchywilka dostrzegła jej wahanie.
– Proszę – powiedziała bardzo cicho Szarka i wyciągnęła rękę po kielich. – Proszę.
Wiedźma poczuła, jak wargi Iskry zanurzają się w napitku. Wojownicy wiwatowali, kolejno spełniając toasty na chwałę bogów. Ktoś wychylił wino do dna i roztrzaskał kryształowy roztruchan na własnym czole, i
Służka kniazia płakała. Łzy zdawały się rzeźbić koleiny w złotej masce.
– Teraz dla was zaśpiewam, kniaziu. – Ręka Szarki drżała, kiedy odgarnęła włosy z twarzy. – Jeśli pozwolicie.
Pierwsze dźwięki harfy były słabe jak szmer deszczu. Wiedźmie przypomniała się delikatna wodna mgiełka, spowijająca brzeg, gdy z jesie
Szarka mocniej szarpnęła struny harfy. Melodia stawała się pełna śmierci i snów, które przychodzą tuż po zmroku, duszna od torfowego dymu, cierpka smakiem dzikich jabłek wędzonych nad kominem.
Spomiędzy wież przychytrzyńskiego klasztoru rozległ się wściekły krzyk jadziołka. Uderzył w wiedźmę jak sztylet. Pierwszy raz usłyszała w głosie plugastwa prawdziwy strach. Było przerażone. Wiedźma otworzyła się przed nim, pozwoliła wciągnąć w nieludzki, obłędny lęk i wreszcie rozpoznała tę truciznę, niepodobną do żadnej i
Śnieg i wicher wymiotły popiół, wilki obrały ich ciała z mięsa, lecz potrzaskane szkielety wciąż broniły przystępu do źródła Ilu Śnieg chrzęścił głucho, kiedy wysła
Śpiew urwał się nagle, choć dźwięk harfy zdawał się wciąż wibrować w powietrzu niczym odległe echo deszczu. Wiedźma ocknęła się, czując na języku słony smak krwi z przegryzionej wargi. Wielki blady księżyc wisiał tuż nad połamanymi kolumnami, a twarz Szarki była srebrna od miesięcznego światła. Biesiadnicy wpatrywali się w Iskrę w nabożnym zdumieniu. Wojowie zamarli po obu stronach stołów, jakby pieśń obróciła ich w kamień.
Ale naprawdę było to tylko pożegnanie, pomyślała wiedźma. Nic więcej. Nawet nie przymus, bo Szarka dobrze wiedziała, co przyjmuje wraz z kielichem. Po prostu wybór. I pomyłka.
Jadziołek krzyknął ochryple znad otwartego morza.
Iskra niezdarnie podniosła się pod uważnym spojrzeniem żalnickiego księcia. Potknęła się o rąbek własnej sukni. Wiedźma widziała ból w jej niewidzących, rozwartych oczach.
Kapłanka wydała cichy, zduszony dźwięk. Chyba szloch.
Nikt ku niej nie patrzył.
– Ona nie umrze. – Wiedźma lekko dotknęła ramienia sinoborskiej niewiasty. – Nie umrze dla obietnicy złożonej córce skalmierskiego doży. Omyliłyście się, kapłanko.
Wark poderwał się ze swojego stołka, aby podtrzymać Iskrę. Suchywilk odepchnął go potężnie.
Szarka chyba tego nawet nie dostrzegła.
– Jestem zmęczona. – Rudowłosa skłoniła głowę przed sinoborskim kniaziem, lecz słowa były tak ciche, że ledwie dawały się wyczytać z ruchu jej ust. – Wybaczcie.
W wyciągniętych ramionach wciąż trzymała żmijową harfę, znak Org Ondrelssena od Lodu. Powoli, jak gdyby poruszała się po omacku, obróciła się ku kapłance.
– Sądziłam, że przypłynęłam na Przychytrze, aby przekonać się, co jest prawdą – powiedziała, nie dbając zupełnie o wojowników, którzy przysłuchiwali się jej ze zdumieniem w twarzach. – Aby się przekonać, czy jestem prawdziwa. I czym jestem naprawdę. Ale pomyliłam się, czyż nie? Bo nie ma dowodu prawdy i nigdy nie będzie. Są tylko kolejne sny, które opadają z nas jak płatki róży. A ten już dobiega końca. I być może przybyłam tu jedynie po to, aby przekazać ci podarunek. Harfę wykutą w ogniach Kii Krindara.
Ponad stołami przebiegł cichy szmer. Suchywilk poruszył się niespokojnie, ale córka powstrzymała go krótkim gestem.
– Przyjmij ją z mojej własnej woli – dodała cicho. Jej oczy wydawały się zupełnie białe. – Jako dar. Bo nie zdołałabyś mi jej odebrać. Nie sądzę, aby wystarczyła cała woda ze źródła Ilv. A teraz chcę spać – dokończyła, odwracając się ku niebieskookiej niewiastce. – Pomóż mi ułożyć się do snu.
Wiedźma powoli podeszła do niej, ujęła pod łokieć. Zupełnie jakby prowadziła ślepca.
Szarka zachwiała się i wsparła na niej całym ciężarem. Kiedy szły przez dziedziniec, ruchy Iskry były niezdarne i pozbawione wdzięku.
Ale przewróciła się dopiero za kręgiem pochodni, za pękniętym łukiem bramy kaplicy Kii Krindara.
Iskra wypiła pierwszy łyk zatrutego wina i Mroczek poczuł, jakby w żyły wlano mu pły
Czuł ją na wargach, na opuszkach palców. Wciągnął w nozdrza delikatną woń jaśminu. Wiedźmę również zamierzał zatrzymać dla siebie, choć przy Iskrze była jak garść popiołu przy ognistej pochodni.
Poruszył się w niej ostrożnie. Wiedział, jak jest krucha, i nie mógł sobie na razie pozwolić na więcej. Jego pan był łaskawy i kapłani czasami przyprowadzali mu kobiety. Nie trwały jednak długo w ciemnym wnętrzu góry. Okazywały się zbyt słabe, aby znieść napór skały.
A Iskra zdołała go zaskoczyć. Nie, nie szarpała się z nim – na to był przygotowany. Po prostu zanurzyła się w truciznę jak w największą głębię morza. Zbyt gwałtownie. Krew rzuciła się Mroczkowi do ust, ból sprawił, że popłynęła z nosa wilgotną, gorącą strużką. Ale rozkoszował się każdą kroplą udręki. Ostatecznie to cierpienie miało przygnać do niego Iskrę. Później, kiedy już znuży się walką.
Na razie pozwolił, aby osunęła się w sen, i cicho zanucił jej kołysankę. Teraz śniła tylko dla niego.
Kiedy Szarka upadła, Suchywilk runął ku niej z rykiem, przewracając stół i roztrącając współbiesiadników. Jednak Wark nie spojrzał ku niemu. Z niedowierzaniem wpatrywał się w kapłankę.
– Coś ty zrobiła? – wyszeptał ze zgrozą. – Coś ty jej zrobiła?
Irys przyciągnęła do piersi żmijową harfę. Instrument lśnił jak bursztyn, ciężki i chłodny pod jej palcami, a powietrze wokół wciąż zdawało się wibrować i drżeć echem pieśni.
Najgorsze, że przyszło jej to tak boleśnie bez trudu. Sok ze źródła Ilv bez śladu rozpłynął się w ciężkim skalmierskim winie, a kiedy Iskra wyciągnęła dłoń po kielich, jej oczy były zielone, zielone jak świeże wiose
– Przyjęłam dar – odparła w końcu.
W jakiś niepojęty, przewrotny sposób była to prawda. Iskra wiedziała o truciźnie. Od początku wiedziała o wszystkim.
– Zabiłaś ją! – wykrzyknął Wark.
Poderwał się z ławy. Pochwycił rękojeść miecza, który pachołek trzymał za nim podczas całej uczty na znak kniaziowskiej władzy, i pły
Irys zobaczyła tylko rozmazaną srebrną smugę. Potem miecz opadł na jej szyję.
Głowa kapłanki wyprysła w bok, opadła na ziemię i potoczyła się pomiędzy białymi kamykami. Ale kiedy ciało upadło na ziemię, jej ręce wciąż kurczowo ściskały żmijową harfę.
– Zabierzcie stąd to ścierwo – rzucił chrapliwie Wark. – I ciśnijcie je w morze. Jak najdalej.
Ponad potrzaskanymi wieżami klasztoru rozległ się pierwszy poszum wichury.