Страница 44 из 130
Tymczasem panicz bez ceremonii grzebał w skrzynce medyka. Pan Krzeszcz ślinę szybko przełknął i odwrócił wzrok. Ani myślał swoich specyjałów bronić, rozumiejąc, że za podobną bezczelność grzbiet mu kijami otłuką albo do ciemnicy rzucą.
– A ziele mencholiki macie? – Szlachcic uśmiechnął się krzywo.
Głos miał wciąż po młodzieńczemu piskliwy, ale wyniosły.
– Co bym miał nie mieć? – Pan Krzeszcz z ulgą począł gmerać w zakamarkach kuferka.
Wprawdzie za nic nie potrafił wspomnieć owego ziela, ale doświadczenie podpowiadało mu, że na podobne żądania wystarczy badylek jaki mocno obsuszony albo i zwyczajnej trawy źdźbła pokruszone, byle w słojeczku alabastrowym, kosztownym. Miał ich niemałą liczbę nagotowanych na dnie skrzynki.
– Nie za wiele tego. – Szlachcic potrząsnął flakonem, odkorkował i przesunął pod nosem. – Myszowymi bobkami jedzie. A drogo sobie policzycie za ono remedium?
Pan Krzeszcz podrapał się po karku, poprawił cechowy kapelusz i pokornie powiedział:
– Wedle spichrzańskich murów za dwa grosze szczyre kupione. Ale jaśnie paniczowi darmo oddam. Niechaj mocą wszelaką służy a wspomaga.
– Nie dla mnie ono – odparł lekko chłopak. – Pa
Któraś z posługaczek zachichotała piskliwie. Szlachcianeczka upuściła wrzeciono i ze zdławionym krzykiem wybiegła z czeladnej. Panicz rechotał długo a plugawie. Potem gorzałki zawołał, ucapił wpół najładniejszą służebną i wyciągnął ją na podwórzec.
Głupiaś, pa
– Czegóż pa
– Prośbę do was mam serdeczną. – Dziewczyna wcisnęła mu w dłoń przybrudzony gałganek, w którym dawało się wyczuć kilka monet.
Bardzo drobnych monet, spostrzegł pan Krzeszcz, który potrafił po brzęku nieomylnie odróżnić miedziaka od książęcego grosza.
– A omywania w wodzie z młyńskiego koła spływającej próbowała pa
– Nie dręczcież mnie. – Dziewczyna pochyliła się ku niemu, przyciskając do piersi złożone ręce. – Wszystkiegom próbowała. Do babkim chodziła i zioła od niej brała, lubystkęm mu w napój kładła i włosy własne spalone w chlebie podawała. Na darmo wszystko. Trzy niedziele przeszły, jak u mnie ostatni raz był. A teraz śmieje się i przy ludziach szydzi.
– A pani dobrodziejka?
– Chce go z kasztelańską dziewką swatać, choć ona na gębie kaprawa i z usposobienia wściekła. O, nie tak by było, gdyby się mój ojciec z wojny drzewiej wrócił! – Wyprostowała się, jej oczy zaświeciły gniewnie i przez chwilę pan Krzeszcz rozumiał, jaka mogłaby być, gdyby nie złamały jej ubóstwo, praca niemalże służebna i krewniacza litość.
Pokiwał głową. W całych Żalnikach niemało szlachty przyszło do nędzy po tym, jak nastało pomorckie panowanie.
– Wiele tutaj gadają o kasztelanki wianie i zaszczytach, co spowinowacenie ono na ród nasz niechybnie ściągnie. A co to za honor wielki? – syknęła napastliwie. – Jej ojciec wagant był czysty, jak się tu przypałętał, bez miana, bez dobytku, bez godności żadnej. A jak się przywlókł, tak i precz pójść może. Jeno sposobu mi trzeba. Berylu, magnesu, by serca złączyć, koralu, co domowe kłótnie uśmierza, dziewa
– O niełatwą rzecz pa
– To wszystko, co mam! – Dziewczyna szarpnęła głową. – Nic więcej ze mnie wydobyć nie zdołacie, chyba że tę obrączkę, co mi ją ukochany zostawił. Ale tyle wam powiadam, żebyście przyszłej wiosny w nasze strony na nowo przyjechali. Bo niech się jeno wszystko wedle mojej myśli obróci, a za rok panią we dworcu będę. Nie zabędę łaskawości, którą mi w potrzebie okazujecie.
Ani za rok, ani za dwa, pomyślał drwiąco pan Krzeszcz, ani za lat tuzin nie będziesz, dziewko, we dworcu rozkazywać. Kiedy przymknął oczy, prawie ją widział, jak budzi się dzisiaj w niziutkiej komnatce tuż pod krytym łupkiem dachem, gorącej latem i wyziębłej zimą, gdzie nie mieści się nic prócz wąskiego łóżka, skrzyni malowanej w kwiaty jabłoni, niskiego zydla i miedniczki.
Ochlapuje pospiesznie twarz, czerwoną i opuchniętą, bo znów przez całą noc dusiła poduszką płacz, i stara się nie dostrzegać wielkich błękitnych much na powierzchni wody. Przez chwilę siedzi nieruchomo na stołku, z bosymi stopami ułożonymi równo na sosnowych deskach, i przesuwa w palcach modlitewne paciorki.
Dziewczyna nie modli się jednak. W dziwnym pora
Służebne nic nie mówią i z uniżeniem chylą głowy. Ale wiedzą bardzo dobrze, że ta historia wydarzyła się już wiele razy i zawsze miała ten sam koniec. Czekają więc cierpliwie, aż wreszcie zobaczą tę hardą panienkę ze dwora, jak przemyka się wśród dogasających cieni pomiędzy jabłonkami, niską ścieżką na skraju lasu, żeby wybłagać od ślepawej babki odrobinę czerwonego proszku, który zabija płód, zanim żywot wydmie się i wysklepi.
Szlachcianka również milczy i nie skarży się ani słowem. Zdradzają ją czerwone, opuchnięte obwódki oczu. I ów gest, którym splata palce na brzuchu. Dłonie pamiętają, choć dziewczyna usiłuje zapomnieć i ze wszystkich sił odpycha myśli natarczywe jak żółte podwórzowe kundelki, które przybiegają do niej po resztki pańskiej wieczerzy. Sama także czepia się ochłapów.
Siedzi w czeladnej izbie, nieświadoma niechętnego zmarszczenia brwi klucznicy, gdy wrzeciono zbyt długo zamiera w jej dłoniach, nasłuchując tętentu koni na dziedzińcu. Czeka – aż wreszcie jej kochanek stanie na progu, wysoki i smukły w ciemnym obramowaniu ościeżnicy, ze śmiechem przyczajonym na dnie gardła, gotowym wybuchnąć bez powodu, tylko dla niej. Oddałaby tak wiele za jedną chwilę dawnej beztroski, żeby podszedł do niej jak kiedyś, tamtego dnia, gdy wplótł dziką różę w jej włosy. Wsunęła kwiat pomiędzy kartki matczynego modlitewnika i czasami o świcie wyjmuje go, obraca w dłoniach. Wypłowiałe płatki kruszą się w palcach, lecz dziewczynie wydaje się, że wciąż czuje nikły zapach krzewów, które rozkwitały duszno wokół dworu, kiedy panicz pierwszy raz zastukał w jej okie
Pan Krzeszcz otworzył oczy, odpędzając wizję. Przez chwilę było mu niemal żal tłustej dziewczyny, ale przełknął ślinę i bez słowa począł grzebać w kuferku. Kiedy wysupłał obrączkę wysadzaną kolorowymi szkiełkami, usłyszał jej westchnienie, płytkie i świszczące.
– Beryl, magnes i koral – rzekł, wciskając jej w dłoń błyskotkę.
– Beryl, magnes i koral – powtórzyła z namaszczeniem.
– We włosy ją pa
– Szlachcianka jestem! – Dziewczyna wyprostowała się dumnie. – Nie masz takowego prawa w Żalnikach, aby mnie mieli o wiedźmienie przed starostą badać i mękami straszyć.
– Nieledwie dwie niedziele przeszły – powiedział cicho – jak wedle Blwoci
Wydało mu się, że jej twarz pobladła pod czerstwą wiejską opalenizną. Nic jednak nie rzekła, odwróciła się tylko na pięcie. Doskonale nieświadoma wiosek i dworców, które czarny mór wyludnił i miał jeszcze wyludnić za przyczyną pana Krzeszcza, ruszyła ku domowi pomiędzy rzędami topoli. Pora
Minie pięć niedziel od odjazdu wędrownego aptekarza, zanim szlachcianka uwarzy napar z dziewa