Страница 41 из 130
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Zbójca nie spostrzegł nawet, jak przeszła zima. Do lipnickiego obozowiska zaglądał z rzadka i nie umiał w nim zagrzać miejsca, a widok żalnickiego książątka nieodmie
Sprowadził do wozaków gromadę gołoty i sołtysich synów, którzy w dawnych czasach zaciągnęli się do Leśnej Straży, a teraz z poręki Bogorii pomagali zbójcy. Znalazło się też kilka ladacznic, co zbierały po gospodach wieści, z tuzin koniuchów, służących w pomorckich stanicach, i garść żebraków, opłacanych hojnie z Koźlarzowych złociszów. Kostropatka i jego kapłani wydziwiali straszliwie na wozacką kompanię i zbójca wiedział, że radzi by ich wszystkich rozpędzić na cztery wiatry. Jednak Koźlarz nie pozwalał zbójcy czynić wstrętów. Dziwiło to zbójcę po trochu, ale nie dopytywał się. Wiedział, że i tak nie dojdzie, co się Koźlarzowi we łbie roi. Zresztą miał i
Gdzieś w czas najtęższych mrozów naznaczono na Twardokęska nagrodę, wcale zresztą poczciwą, bo na żalnickim pograniczu bez trudu kupiłby za nią ze trzy godne wioski z przypisańcami. Nie brakło więc chętnych na pomorckie srebrniki, zwłaszcza że jesie
Jednak wówczas był już zbójca na dobre pokumany z Leśną Strażą i wieść o nieszczęściu rozeszła się natychmiast. Twardokęsek miał na łeb nadziany juchtowy worek i nigdy się nie dowiedział, kto go odbił na gościńcu z pomorckiego konwoju. Leżał pod grubą derką cicho jak trusia, nasłuchując pilnie odgłosów potyczki. Potem konie odjechały i wszystko ucichło, aż zląkł się, że go samojednego zostawili w powrozach, bo wilki rozsrożyły się okrutnie i po zmierzchu niezawodnie zżarłyby go razem z butami, kubrakiem i szarszunem. Kiedy zaczął się kręcić i ciskać ze strachu, ktoś ulitował się nad jego niedolą. W juchtowym worku pokazała się dziura, a potem do środka zajrzało wąsate, rozradowane oblicze Bogorii.
Szlachcic – łupieżca siedział samotnie pośrodku wozu na snopku siana i łoił siwuchę aż grzmiało. Kiedy go zbójca zagadnął uprzejmie o nieznanych wybawicieli, śmiał się tylko, lecz nic nie chciał wyjaśnić. Zbójca jednak przyjrzał się dobrze śladom na potratowanym śniegu i postawiłby własną głowę przeciwko końskiej skórze, że okoliczna szlachta zwiedziała się o jego opresji i ruszyła na trakt razem z czeladzią, wybiła Pomorców do nogi, a potem zniknęła bez śladu, zabierając ze sobą trupy wymordowanych pachołków.
Zrazu nieśmiało, potem coraz natrętniej proszono Twardokęska w gościnę do wilczojarskich dworców i osad Leśnej Straży. Wymawiał się zazwyczaj i wzbraniał, ale przecież sprawiało mu przyjemność, kiedy wiedziono go topolową aleją do dworku, sadzano przy wysokim stole pomiędzy panami i hojnie częstowano miodem. Nie rozumiał wszakże, skąd ta dziwna przychylność, i czasami ogarniała go osobliwa tęsknota za Górami Żmijowymi i za prostym kopie
Nauczył się jednak żyć po sąsiedzku z Wilczymi Jarami i łaskawie przyjmować drobne dogodności – chłopaszków na dereszowatych podjezdkach, co wypadali przed furgon z przydrożnej chachmęci z ostrzeżeniem o Pomorcach, którzy stanęli na popas w ojcowym dworcu, jadło i bukłaczki z wo
Szedł w mrok za wioską, w las i zadymkę. Czuł na rozpalonym łbie dotyk śniegowych płatków i wicher, i wydawało mu się, że słyszy nad koronami drzew przeciągłe wizgi jadziołka. Pijany brnął na oślep pomiędzy ciemnymi pniami, po kolana w śniegowym puchu, goniąc za błyskiem rozpuszczonych włosów koloru żywego ognia, co mu znienacka majaczył w leśnej gęstwie. Zamykał oczy i widział Szarkę bardzo wyraźnie, jak tańczy przed paleniskiem w izbie o ścianach pomalowanych rdzawą ochrą, smukła i podobna do błędnego ognika nad bagniskiem. Odwracała się do niego, odbłysk płomieni migotał na powierzchni jej oczu, a ściany spływały krwią. Zbójca zaś wędrował przez ciemność za majakiem, póki nie posłyszał wreszcie wilczego skowytu, który dobywał się z jego własnego gardła.
Nie rozumiał, skąd przychodzą podobne sny, ale z odwilżami coraz częściej śnił o śmierci Szarki. Nawet kazał sobie wyszukać babinę, co siedziała w bagnisku, odczyniając złe uroki, i wedle zwyczaju wybrał się do niej z czarną kokoszą pod pachą. Babka kurę zarżnęła, pomazała zbójcę po gębie krwią kurzęcą, pomruczała coś pod nosem, rzuciła w ogień garść smrodliwych ziół przewiązanych czerwoną szmatką. Nic jednak nie pomogło, acz podejrzewał, że babina miała na wieczerzę wyśmienity rosół.
Wilcze Jary tymczasem żyły oczekiwaniem na przybycie zwajeckiej kniahinki, ukochanej Koźlarza. Dlatego zbójca musiał bez końca prawić przy szlacheckich stołach o tym, jak odnalazł Iskrę w dziedzinie Fei Flisyon, potem zaś nadał jej imię i nierozpoznani wędrowali razem przez Góry Żmijowe, umykając przed kapłanami Zird Zekruna i zastępami szczuraków. Zbójca nienawidził tych opowieści, choć wargi szlachcianek rozchylały się w niemym podziwie, a dzieci z przestrachem przyciskały piąstki do pulchnych policzków, kiedy bajał o tym, jak pieśń Iskry ocaliła ich przed gniewem szalonej boginki na południowym morzu. Panowie o podgolonych łbach i kaftanach naszywanych srebrnymi guzami przepijali do niego z szacunkiem, gdy mówił, jak na Przełęczy Skalniaka pokonała uśpione w kamieniu zło i uratowała żalnickiego księcia. Ów dziwny wyraz chciwości, który pojawiał się w oczach szlachty na dźwięk imienia Iskry, przywodził zbójcy na myśl stado zdziczałych psów.
Koźlarz również bywał czasami na owych biesiadach, lecz skąpo popijał miodu i jeszcze mniej gadał. Nie wypytywano go zanadto, rozumiejąc, że płochość nie przystoi księciu, który jeździł po najdalszej północy w kohorcie martwych królów. Koźlarz nie tańczył z rozochoconymi pa
Wreszcie, pod koniec zimy, zbójca zrozumiał, że dla tych zapalczywych panków, którzy nosili dziadowe szabliska w wytartych pochwach i z całego wielkiego świata znali tylko najbliższe targowe miasteczko, on sam, Twardokęsek, jest jedynie odblaskiem legendy tamtych dwojga, Szarki i Koźlarza. Kiedy więc witają go na progu chlebem świeżo wypieczonym na chrzanowych liściach i starą siwuchą, podejmują w gościnie nie zbójcę z Przełęczy Zdechłej Krowy, ale zausznika zwajeckiej kniahinki i wiernego sługę żalnickiego księcia. I nie potrafił się tym radować.
W baśniach pomywaczka zrzucała oślą skórę, by całą noc tańczyć z księciem w kryształowej sali, a głupkowaty giermek o nalanym obliczu zabijał smoka, ziejącego żywym ogniem. Dzwony zatopionych świątyń zwiastowały powrót żmijów, a zbójca rozdzielał zrabowany dobytek pomiędzy nędzarzy i przywracał tron prawowitemu księciu. Jednak potem wędrowny dziad kończył gadkę i usypiał w gości
Jednak czasami w skrytości ducha czuł przewrotne pragnienie, aby przydarzyła mu się jego własna baśń, wyłączna i oddzielna od i
A w każdym razie z całego serca próbował w to wierzyć. I czasami nawet mu się udawało. Na krótko.
Kiedy krze na rzekach puściły, a nad wilczojarskimi przysiółkami pojawiły się rozklekotane bociany, do lipnickiego obozowiska zaczęli ściągać z zimowych leży rebelianci. Zbójca który zwykł po powrocie z włóczęgi dni parę odpoczywać w swojej chatynce przy kuźni, z lekką drwiną przypatrywał się, jak szlachta Wilczych Jarów szumi i buzuje niby rój na wiosnę. Harmider go drażnił, więc umykał głęboko w las, gdzie przysiadał na pniu nakrytym kożuchem i wygrzewał się na słonku, sycąc się ciepłem i spokojnością. Tam go właśnie dopadł Pleskota z zaproszeniem na chrzciny siostrzanka.