Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 38 из 130

– Mamy niedźwiedzia wedle kuche

– Racja! – Kapłanka klepnęła z uciechą w ławę. – Dobrze gadacie, kniahini. Co się mamy obchodzić i powarkiwać jako psi czynią, nim do bójki skoczą. Nie na uczty my tu jechali, tyłki w mróz po wertepach trzęśli. Rzec nam przykazano, że ledwo pierwsza porządna odwilż przyszła, ludzie wasi ze szczętem podurnieli. Nie nasz byłby kłopot, jedno że przy samej granicy zbytkują.

– Kto? – Księżniczka niecierpliwie potrząsnęła głową. – Tam nigdy żadnych rebelii nie bywało. Nawet za mego stryja nieboszczyka, kiedy u waszej bogini w gościnie siedział.

– A czego u nas szukać rebeliantom? – Kapłanka uśmiechnęła się niemiło. – Nie, księżniczko, dla paru powaśnionych z kniaziem szlacheckich smarkaczy zwierzchniczka kapłańskiego kolegium nie wychynęłaby w podobną porę ni o piędź z chutora. Dobrze powiadam, bracie? – cierpko zwróciła się ku kapelanowi Wężymorda.

Piętno skalnych robaków na czole Pomorca zafalowało gwałtownie, a oczy poczęły mu biegać po bokach. Lecz nawet jeśli wyjąkał wreszcie jakąś odpowiedź, kapłanka jej nie dosłyszała, gdyż szlachcic po jej prawicy pojął wreszcie, z kim przyszło mu ucztować, i z przestrachu zakrztusił się kęsem sarniej pieczeni. Uczyniło się zamieszanie. Szlachcic dławił się niczym gąsior, łzy mu ciurkiem ciekły po posiniałej gębie. Jego połowica na przemian wyła z rozpaczy i zapewniała go o dozgo

W zamieszaniu kilku pomorckich frejbiterów ze zdumiewającą przytomnością ducha wymknęło się z sali. Wynajęci kuglarze też bez większego żalu pożegnali się z kolacją i zapłatą za występy. Nawet gamoniowaty pomocnik gęślarza porzucił mistrza i przemknął się za plecami biesiadników ku wyjściu.

Tylko Wężymord ze spokojem patrzył, jak szlachcic w spazmach drze pazurami kubrak. Kapłanka wciąż uśmiechała się obojętnie. Zarzyczka poczuła, jak ogarnia ją chłodna wściekłość. To nie była niefortu

– Widzę, że istotnie postanowiliście nas cały wieczór zabawiać zamiast kuglarzy – usłyszała własne słowa. – Zbytecznie, bo byle zbójca potrafi podobnej sztuczki dokazać. Sztyletem.

Kątem oka dostrzegła lekkie drgnięcie w twarzy Wężymorda. Zakręciło się jej w głowie, a potem usłyszała jego bezdźwięczne:

– Uważaj.

Pulchna szlachcianka gwałtownie upuściła martwego męża i z charkotem wciągnęła powietrze, aż księżniczka się zlękła, że nią także owładnęła moc Hurk Hrovke. Jednak niewiasta postąpiła kilka kroków w tył, przyciskając dłonie do falującej piersi. Głowa mężczyzny opadła w misę z resztkami sarniny i legła nieruchomo wśród szafra

Od stołów tymczasem podniósł się szmer przytłumionych szeptów. Coraz więcej gości przypominało sobie opowieści o mocy bagie

Tuż przy krawędzi łosiowego rękawa po dłoni kapłanki Hurk Hrovke pełzały ospale trzy pszczoły. Księżniczka mimowolnie podniosła dłoń do warg. W żalnickich wioskach wiele gadano o rojach, wylatujących z otwartych ust kapłanek, by ukarać bluźniercę. Podobno na paciornickim pograniczu wciąż można było oglądać ofiary gniewu bogini – trupy obrośnięte poszarzałą woskowiną.

– Gościom spodobała się kuglarska sztuczka – zauważyła z przekąsem kapłanka. – I lepiej, bo nie przystoi się w armidrze przekrzykiwać, kiedy człek wieści zwiastuje. A nowiny zgoła niespodziane nam od żalnickiej strony nastały. Pokazała się wedle granicy gromada luda. Po wioskach chodzą, ze śpiewem, z chorągwiami i na główniejszych placach pokutę czynią. Zabawna rzecz, bo zrazu wedle zwyczaju batożą co okrutniejszych panów, kapłaństwu nie przepuszczając, potem zasię jednak sami się nieobyczajnie obnażają i bykowcem po plecach ćwiczą. No, ale ja nie o tym. Każde się władztwo własnym obyczajem rządzi i co mnie do żalnickich cudactw? – Wyjęła z talerza przed martwym szlachcicem suszoną śliwkę w sosie i zachła

– I z tą wieścią was bogini wyprawiła? – spytała zimno Zarzyczka. – Byście nas przed chłopską rebelią ostrzegli? To zbędna zgoła fatyga, bo ledwie śniegi stopniały, przysłał nam prorok posłańca. Trędowatego.

Dosłyszała, jak pulchna mieszczka w kornecie naszywanym jantarem sapnęła. Sąsiad bodnął ją łokciem pod żebro. Niewiasta natychmiast przycichła.

– E, nie! – pogodnie wyjaśniła kapłanka. – O proroku jeno dla dworskiej uciechy gadam, bo pono taki w Żalnikach obyczaj, że kiej ludziska do stołu siędą, trzeba wpierw co dla rozweselenia rzec, zagaić zmyślnie i ciekawość rozbudzić. Tedy weselę i rozbudzam, żeby potem nie gadano, że paciornickie ludzie durne a bez ogłady i im pakuły z cholewek wyłażą.

– A może wasza bogini proroka do Żalników posłała? – syknęła przez zaciśnięte zęby księżniczka. – Z dawien dawna plugastwo w bagnisku hołubi, toż i proszalnego dziada mogła do trucicielstwa przysposobić.

– Skądżeby? – Machnęła pogardliwie ręką. – Nasza bogini nie potrzebuje wiejskiego łachudry, żeby roznieść morowe powietrze przez pół Żalników.

– Tedy kto?

– Tego wam, księżniczko, nie rzeknę, bo nie moja rzecz. – Kapłanka błysnęła zębami w uśmiechu. – I nie taki wam podarek przynoszę.

– Nie chcę od waszej bogini niczego. – Zarzyczka potrząsnęła głową, lecz w tej samej chwili palce Wężymorda zacisnęły się na jej przedramieniu mocno, aż do bólu.

Służka Hurk Hrovke powstała z metalicznym brzękiem łusek spódniczki. Po jej dłoniach i gołej szyi łaziło coraz więcej pszczół. Niektóre leniwie podrywały się do lotu i wirowały nad stołem. Twarz kapłanki nie miała już nic z dobrotliwego wyrazu wiejskiego głupka. Nawet Zarzyczka potrafiła rozpoznać buzującą moc bogini, która wypełniła nagle opuchnięte oblicze paciornickiej niewiasty.

Księżniczka wyprostowała się sztywno w krześle.

– Widziałam, jak Szarka zaszlachtowała jedno z was zwyczajną stalą – powiedziała, pokonując suchość w gardle, gdyż rysy kapłanki rozmyły się jeszcze bardziej. – I nic od ciebie nie chcę. Idź precz.

Odpowiedział jej skrzekliwy nieludzki śmiech.

– Doprawdy byłby żal zabić cię już teraz! – Kapłanka podrzuciła głową, a wir pszczół podniósł się aż do samej powały. – Ogromny żal, księżniczko, bo możesz roznieść moją zarazę po całych Krainach Wewnętrznego Morza. Wzniecić zawieruchę, jakiej nie widziano od czasów Vadiioneda, i pożogę, w której ludzkie żywoty będą trzaskać jak sosnowe igły. Właśnie tak. Bo krainy upadną i pokolenia przejdą, a matki będą w złorzeczeniach powtarzać imię przeklętej żalnickiej księżniczki, która była wiedźmą. Będą przeklinać, nie pojmując, co przeklinają. Bo ziemia nie rozpęknie się w płomieniach z powodu tego, co przeklęte, ani z powodu tego, co umarłe. Bo jasność przyćmią cienie, mrok rozbłyśnie światłem.

– Bo moce gromadzą się niczym sępy – Wężymord odezwał się pierwszy raz tego wieczora – wietrząc zagładę.

Kapłanka znów zaniosła się śmiechem. Rój owadów zgęstniał tak mocno, że Zarzyczka nie widziała już jej twarzy.

– Nie inaczej było wówczas, kiedy Stworzyciele konali na ciemnym jałowym polu, każda zaś z mocy starała się wyszarpnąć swoją część. Czyżby Zird Zekrun oszczędził ci tych wspomnień, bracie? Czy nie dość krwi sorelek przelano, byś pojął, że moce odnawiają się w śmierci?

– I

– Tak, właśnie tak! Jestem, czym jestem. A czym ty jesteś, bracie?

– Morzem – odparł bez wahania. – Z najdalszej północy, gdzie woda zmienia się w kamień, a ogień tryska spod lodu. Gdzie umierają żmijowie, a płomieniste sevri śpią we wnętrzu zamarzniętych gór.

– Dobrze! – Księżniczce wydało się, że bogini skinęła ku niej głową. – Ona też jest ogniem. Żarem, co płonie w trzewiach uśpionych wężów nieba i pragnie wydostać się na wolność. Czyż nieprawda, Selveiin, Pani Żmijów?

Imię uderzyło w księżniczkę i przez chwilę mogła jedynie łapać rozwartymi ustami powietrze.

Znienacka w ciemności pod jej powiekami zawirowały długie, smukłe kształty o bursztynowych źrenicach i kłach połyskliwych niczym kryształ. Patrzyła, jak opadają na blanki murów Uścieży, żeby powitać dziecko, które się jeszcze nie narodziło, dziecko, które przez całą zimę umierało w jej snach – i nie wiedziała, zupełnie nie wiedziała, jak w splocie sprzecznych wizji odnaleźć tę prawdziwą.