Страница 27 из 130
– Co? – wyrwało się mistrzowi.
Dziewczyna pogroziła mu żartobliwie palcem.
– Nie powiem, bo niespodzianka. Ale zdałoby się sprawdzić, czy samopałka jedynie na koty zdatna.
Zmrok nastał już na dobre, kiedy Złociszka z piastunką zakradły się boczną furtką do obejścia Kościeja i przez warzywnik wślizgnęły się na tylny dziedziniec. Na podwórcu było niemal pusto. Kilku pachołków krzątało się żywiej przy stajniach, ładując na taczki gnój, a pomywaczki chichotały u studni. Dziewczyna jednak od razu wyczuła, że coś się wydarzyło. Złapała za ramię najbliższego ze staje
– Co się stało?
– Goście do pana przybyli z daleka – burknął, niezadowolony, że go odrywa od roboty, gdyż pora była późna i wieczerza stygła w czeladnej. – Od żalnickiej strony – wyjaśnił, bo znał panienkę na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie odejdzie, dopóki jej odpowiedź nie zadowoli.
– Naprawdę? – Złociszka roześmiała się radośnie. – Więc jednak przyjechał!
Pachołek przez chwilę sądził, że zaraz wycałuje go w policzki, spotniałe od wysiłku i brudne. Ale nie. Dziewczyna klasnęła w dłonie, okręciła się na pięcie jak fryga. Potem odepchnęła go tak mocno, że klapnął tyłkiem w nawóz, wzbudzając szczere rozradowanie kamratów. Złociszka nawet się nie obejrzała. Gnała przez podwórzec, aż jej warkocze furkotały na wietrze. Piastunka kłusowała za nią ciężko, ale koło studni ustała i osunęła się pod cembrowinę.
Złociszka wpadła do kuchni, roztrąciwszy gromadkę podkuche
– Suknię mi czystą nagotuj! – krzyknęła w przelocie Złociszka. – I włosy pomożesz upiąć. Co się tak gapisz jak krowa? – Przechyliła się przez poręcz ze szczytu schodów. – Śmigaj!
– Dokąd ci tak spieszno? – Czyjeś ramię ucapiło ją mocno za łokieć i z półmroku przed komnatką Złociszki wychynął Kościej.
– Ja… – zająknęła się. – Ja tylko…
Służebna zatrzymała się w połowie schodów i dygnęła głęboko przed gospodarzem.
– Uciekaj stąd. – Odprawił ją pstryknięciem palców. – Panienka nie będzie cię dzisiaj potrzebować.
– Ale ja… – usiłowała zaprotestować Złociszka.
– Ani słowa. – Ojciec popchnął ją ku drzwiom sypialni. – Nie tutaj. Zapal lampę – rozkazał – w izbie.
Dziewczyna, nieco wystraszona, spełniła polecenie. Kościej przycupnął na niskim karle przed sekretarzykiem z różanego drewna. Wśród kształtnych panieńskich mebli, bogato inkrustowanych srebrem i wykładanych emalią, wydawał się większy niż zwykle.
– Coś się stało, tatku?
– Na razie nic się nie stało. – Kościej przyglądał się jej, przekrzywiwszy głowę, aż zrobiło się jej dziwnie nieswojo pod spojrzeniem jego niebieskich wodnistych oczu. – Czy masz mnie za głupca? – spytał znienacka.
– Nie, tatku – odparła pokornym głosem, wbijając wzrok w czubki zabłoconych trzewików.
– Patrz na mnie, jak mówię – syknął Kościej.
Poderwała głowę jak młody źrebak.
– I nie kłam – napomniał. – Albo nie traktuj jak głupca. Wiem przecież, do kogo tak biegłaś.
– Więc jednak przyjechał! – nie zdołała ukryć radości.
– Ale go nie zobaczysz.
Dziewczyna wydęła wargi. Ojciec jednak patrzył na nią twardo, z troską, póki pod jego wzrokiem nie odeszła jej cała hardość.
– Dlaczego? – spytała cicho.
Nie próbowała przybierać żadnych minek i nie rzucała mu spojrzeń spod rzęs. Ojciec zazwyczaj się na nie nabierał i miękł jak wosk. Ale dzisiaj nie był w nastroju do żartów.
– Bo i bez ciebie może się czegoś przedwcześnie domyślić i fortel rozpoznać.
Ojciec potarł czoło i w słabym świetle kaganka zobaczyła, że jest bardzo zmęczony. Bez namysłu przyklękła obok niego na kobiercu i położyła mu głowę na kolanach.
– Poza tym to zbój i prostak, nie z nim wi
– Nie skrzywdzi mnie, tatku.
– Co możesz o tym wiedzieć? – żachnął się. – Dziecko jeszcze jesteś – dodał łagodniejszym tonem – i w puchach wychowana, jak jaśnie pa
– Chciałam tylko…
– Nie przerywaj – skarcił ją, jednak słyszała w jego głosie, że już się nie gniewa. – Nie upilnuję cię, wiem dobrze. Dlatego chcę, żebyś mi coś obiecała. Bo moja córka nie złamie słowa. Czy może się mylę?
– Nie, tatku – odparła, przywierając policzkiem do jego kolan.
– Obiecasz mi, że nie zobaczysz się ze zbójcą, póki go goszczę pod mym dachem. Nie będzie żadnych zabaw, schadzek, tajemnych posłań ni listów. Nie będziesz ku niemu zza okie
– Tak, tatku.
Ojciec znów pogładził ją po włosach.
– Wiem, że jesteś ciekawa – teraz mówił szybciej, jakby się usprawiedliwiając – a jam ci nigdy ciekawości nie wzbraniał i od interesów nie gonił. Jeno nie tym razem, Złotko. Wiem, że masz głowę nabitą tą żalnicką rebelią, za moimi plecami do miasta chodzisz i z alchemikami spiskujesz. I dobrze. Taka młodych natura, żeby za przygodą gonić i nowych ścieżek próbować. Ale w tej jednej rzeczy nie ulegnę, Złotko. Za bardzo się możesz sparzyć, jeśli nie usłuchasz. Jego wokół palca nie owiniesz i nie okiełznasz fortelem. Bo on cię nie uszanuje. Wierzysz mi, dziecko?
– Tak, tatku.
– Nie, nie wierzysz. – Uniósł jej głowę ku górze. – Trudno.
– Gdybym była synem – powiedziała przez łzy – dawno byś mnie posłał w żalnicką stronę. A tak co? Bezużyteczna jestem, tylko kłopotów przyczyniam. Trzeba mnie było dzieckiem zamienić na chłopca.
– Cicho już. – Kościej przygarnął ją niezdarnie do piersi. – Jesteś najlepsza i moja. Ale się więcej nie maż. Twarz obmyj i łzy obetrzyj, bo nianię na schodach słyszę. I bądź pogodna. Nie trzeba, żeby wiedziała, o czym z tobą mówiłem.
Złociszka posłusznie skinęła głową i wytarła nos rękawem, ale unikała wzroku ojca. Kościej westchnął ciężko.
– To dla twojego dobra – rzekł na odchodnym. – Kiedyś mi podziękujesz.
– Myślałem, że przed wiosną nie wrócisz – powiedział z nieznaczną kpiną Kościej. – Ziąb, zawierucha, że i psa by człek nie wypędził. A tu proszę, jak zły szeląg.
Zbójca skrzywił się tylko. Rozdziany do koszuli, siedział na zydlu u paleniska i moczył nogi w cebrzyku.
– A to skąd? – Lichwiarz pokazał na ledwie zaschnięte cięcie na gębie gościa.
Twardokęsek rzucił mu spode łba posępne spojrzenie.
– Nie bądźże taki wstydliwy. Popiliście w gospodzie? – dociekał dalej Kościej.
– Zbójcy nas przy Koźlej Niecce napadli – wyjaśnił niechętnie. – Wóz złupić próbowali.
– Przecież w Koźlej Niecce zawsze zbójcy siedzą. – Kościej wzruszył ramionami. – Sameś się tam dawnymi czasy na kupców zasadzał, więc wiesz.
Twardokęsek zgrzytnął zębami i mimowolnie potarł ranę na policzku. Bezczelność grasantów, którzy śmieli napaść na jego furgon, z początku tak go zdumiała, że lejce z garści wypuścił i gapił się bezmyślnie, gdy sadzili do niego pomiędzy skałkami Koźlej Niecki. Jak pierwszy lepszy zestrachany pachoł albo kupiec z kałdunem ciężkim od tłuszczu czekał, co będzie. Po prostu nie mógł uwierzyć, że ktoś śmie napadać na herszta z Przełęczy Zdechłej Krowy.
Na szczęście Pleskota puścił się cwałem ku grasantom z żalnicką szabelką. Jego dwaj krewniacy, którzy zazwyczaj tępo człapali za furgonem, a na wszelkie pytania odpowiadali bydlęcymi chrząknięciami i gęstym spluwaniem pod nogi, nagle nabrali gracji i szybkości ruchów. Gdy wypadli zza furgonu, jeden z szydłem, drugi zaś z kiścieniem, zbójca oprzytomniał nieco. Złapał Nieradzica za kołnierz, wyrwał mu z ręki szabelkę, bo szczeniak rwał się do bitki. Pchnął go potężnie w tył, na worki zaścielające dno furgonu, i rycząc ze złości, pognał na spotkanie łupieżców. Uwinął się całkiem szybko, bo nie byli w grasanckim rzemiośle zbyt wprawni, jeno kryskę przez gębę dostał. Ale na wspomnienie ich bezczelności w doborze zdobyczy wciąż go zaraza trzęsła.
– No, no! – Kościej zaświstał z udanym zdumieniem. – Patrzajcie ludziska. Zbójca Twardokęsek jak niemrawe cielę wlazł w Koźlej Niecce w pułapkę i gębę dał sobie poszczerbić. Oj, coś mnie się widzi, że z tego furmanienia nie fachu własnego zapomniałeś, ale na łeb ci padło.
– Poniechaj – płaskim głosem doradził mu zbójca.
– Jam dawno gadał, że tyle człek jest wart, jaki kubrak wdzieje – ciągnął bynajmniej niespeszony burmistrz. – No i racja. Dość zbójcę za kupca przebrać, a ze szczętem skupczeje.
Twardokęsek poderwał się z zydla, przewracając cebrzyk. Płomienie zasyczały, gdy struga mydlin padła w palenisko. Zbójca jednym susem przyskoczył do Kościeja i przycisnął mu go gardła nóż, który nie wiedzieć skąd znalazł się w jego dłoni.
– Nie ze szczętem – syknął przez zęby.
– A możeś się zwyczajnie zestarzał? – Lichwiarz ze spokojem odsunął ostrze. – Nerwy już nie te, co dawniej, i ręce się jakoś trzęsą… Ot, skapcaniałeś po trochu, jak z dziadami bywa.
– Ty też się młodszy nie robisz – burknął zbójca.
– No, ale ja się nie zamierzam zimą trząść wozem po trakcie. – Kościej z namaszczeniem pogłaskał się po brzuchu, opiętym grubym aksamitnym kubrakiem. – Ani żalnickiego księcia podstępem obalać. Mnie już przygoda nie nęci. Lepiej we własnej izbie zostanę, w ciepełku trunku zacnego popiję. Po co mi brykać jak młodym? – Uśmiechnął się pobłażliwie. – Wszystkiego mam aż nadto. I chętnie się tym podzielę, skoro znajomek prosi. Ludzi twoich znalazłem i w domu własnym ich chowam.