Страница 23 из 130
– Ale nie poproszę. – Koźlarz odstawił naczynie.
– Tak bardzo się boicie?
– Nie. Póki mam Sorgo, nie boję się niczego. – Książę uniósł głowę. – Jednak z własnej woli nie poproszę o pomoc żadnego z was. Cena jest zbyt wysoka.
Szydło uczynił dłonią nieznaczny gest i głownie na palenisku rozbłysły jaśniejszym płomieniem.
– Trzeba tu na noc zagrzać – mruknął, a odblask ognia kładł się na jego źrenicach. – A wy się mylicie, książę. Jeszcze poprosicie. I zapłacicie cenę. Bardzo wysoką.
Wark zrazu nie chciał wierzyć, kiedy druży
Kiedy kłusował poprzez zamarznięte ulice Tregli, przypomniała mu się znienacka tamta ostatnia noc w świątyni. Firlejka stanęła w drzwiach jego izdebki, bardzo cicha i skulona w świąty
Więc opowiedział jej – o niemowlętach z rozkazu Krobaka wyniesionych w puszczę i o pięknej żonie burmistrza, którą uduszono na skraju miejskiej sadzawki, na oczach dzieci, ponieważ ośmieliła się głośno chwalić pomiotem Warka, nabrzmiewającym w jej brzuchu. Rzekł również, że tego jej oszczędzi, jeśli Firlejka postanowi być rozsądna, jak wiele i
Widział, jak marzenie w twarzy Firlejki rozwiewa się i powoli zmienia w popiół pod jego słowami. Ponieważ jednak wciąż tam stała, z oczami jak dwa szare kamyki i ustami, które drżały lekko w świetle kaganka, pociągnął ją na posłanie. Była jak szmaciana laleczka w jego rękach. Ostrożnie rozsznurował jej trzewiki, odgiął palce zaciśnięte na świąty
Ujął jej brodę i zmusił, by patrzyła prosto na niego, kiedy jej wargi zaczęły nabrzmiewać świeżą krwią. Gdyby się opierała, tamtej nocy wziąłby ją siłą. To było, jakby chciał zetrzeć z jej skóry dotyk obcego mężczyzny, którego wyśniła sobie na darmo i nierozważnie. Nie pojmował istoty tego pragnienia: wiele kobiet odwiedzało książęce posłanie z własnej woli lub dla korzyści, lecz żadna z nich nie była podobna do Firlejki. Tamtej nocy w świątyni Bad Bidmone czuł, jakby jego istnienie zależało od tego, czy uda mu się ją zmusić, aby spojrzała wprost na niego bez żadnych kłamstw, osłon i pieśni. Jakby miał stopnieć w promieniach pora
Jej oczy były nieruchomymi taflami srebra, a nocne ptaki krzyczały przenikliwie za nawoskowanym pergaminem w okie
Dopiero kiedy latem Krobaka zaszlachtowano przed bramami kąciny, Wark pojął, że Lelka stara
Podjechał do drewnianego składu, odłamał sopel lodu, zwieszający się spod okapu dachu, i zaczął go ssać, by choć na chwilę opanować gorączkę i uspokoić się, zanim po tych wszystkich miesiącach zobaczy znów kochankę. Nie wiedział, co jej powie. Ale jego złość na Firlejkę była jedynie bladym cieniem wobec nienawiści, która nim owładnęła, kiedy u wrót treglańskiej świątyni zobaczył głowę Krobaka z twarzą posiniałą od ciosów i czarnym skrzepem krwi u szyi.
Lelka, pomyślał, ze wszystkich sił starając się zapanować nad wściekłością. Znów Lelka. Nocny kruk, którego krakanie zwiastuje śmierć. Czasami wydawało mu się, że Krobak kochał ją bardziej niż któregokolwiek z synów – bo zaglądając w głąb jej szarych źrenic, widział samego siebie.
W gospodach Tregli szeptano nie bez lęku, że pachołkowie znaleźli ścierwo Lelki, roztrzaskane na skałach pod murami świątyni. Wark jednak nie dowierzał ani jednemu słowu. Po śmierci ojca posłał pachołka pod świąty
Zamtuz miał przegniłą strzechę i niskie, pokraczne drzwiczki, zza których dobywał się smród rzygowin, gorzałki i kwasu. Na ławce ryży pachołek obmacywał dziewkę w rozsznurowanym gorsecie, spiwszy ją pierwej do nieprzytomności, bo przelewała mu się w rękach jak martwa. Długie brunatne włosy przesłaniały jej twarz. Wark wciąż siedział w siodle. Koń drobił niepewnie w błocie i podrzucał łbem, gdy kniaziowi wydało się nagle, że spod mierzy skudlonych kłaków błysnęły ku niemu szare oczy Firlejki. Na chwilę zaparło mu dech i chciał, żeby to była ona, durna kuzyneczka, która pozwoliła, aby baśń uniosła ją o wiorstę za daleko. Jednak kiedy pochwycił dziewkę za włosy i pojedynczym szarpnięciem uniósł głowę ku górze, zobaczył jedynie poczerwieniałe od napitku, obce oblicze ladacznicy.
Odepchnął ją mocno, z całej siły. Aż się przewróciła w wysoki śnieg i, nagle oprzytomniawszy, ze zduszonym kwikiem odpełzła pod ścianę chaty.
– Kudy tobie do kniazia, szpetulicho! – zaśmiał się za plecami Warka któryś z druży
Kapłankę znaleźli dopiero na tyłach chaty, w jednej z trzech izb czy też przepierzeń, odgrodzonych tylko zasłoną z poszarpanych koców od wspólnej sali, gdzie gromadka tragarzy i wszelakiego plebsu biesiadowała przy piskliwych dźwiękach gąślików. Szczerbata baba bez cienia skrępowania zwlokła ze służki bogini siwego dziadygę, a druży
Wark zacisnął palce na wysokim szczycie łóżka. To nie była Firlejka. Nie była nawet do niej podobna. Coś go ukłuło. Nie, nie rozczarowanie, choć przez drobną chwilę pragnął, aby właśnie jego szarooka kuzyneczka leżała w tym barłogu, naga, z nogami szeroko rozrzuconymi przed oczyma wojowników. I jednocześnie sam nie pojmował, dlaczego jego dłoń mimowolnie podskoczyła ku rękojeści sztyletu.
– Ja nie winowata, panie! – Kurwigospodyni wczepiła się wyschłymi szponami w jego rękaw. – Nie winowata, panie! – Próbowała ucałować rękę Warka, ale podręczny oderwał ją i uderzył prosto w gębę, aż jucha się puściła z rozbitych ust.
Baba zaskowytała jękliwie, lecz nie wypuściła z garści kaganka.
– A bodajby cię… – Splunęła na klepisko krwawą śliną i urwała, z przestrachem popatrując na wojowników, którzy tłoczyli się za plecami kniazia jak stado wilków.
– Gadajcie. – Podręczny szturchnął ją w bok. – A kniazia trogać się nie ważcie, bo wam ramiona powyżej łokci urżniem.
– Przecież gadam – zaprotestowała ze strachem baba. – Duchem gadam, nic nie kryję. My ludzie poczciwe, nieżywą ją pode świąty
– A ona ci pierwej nie odpłaci, babo? – Wark skrzywił się.
– Gadają ludzie, że trzy srebrne grosze za kapłankę bierzesz – poddał skwapliwie przyboczny. – A chętnych niemało. Zdaje mi się zatem, że dobrze się za kury i pieprz wywdzięczyła.
– Jest prawo w statutach przez kniazia spisanych – rzekł z namysłem Wark – żeby w ogień wrzucić każdego, kto schronieniem, jadłem czy napitkiem wspomoże bluźniercę. A zbiegła kapłanka prawdziwie musiała przeciwko bogini pobłądzić.
– Nie zbiegła. – Kobieta odezwała się po raz pierwszy. – Nie zbiegła, tylko ją za bramy precz wypędzono. Kańczugami. Ale o tym szkoda gadać, kniaziu. Nie mnie spodziewaliście się tutaj znaleźć.
Wark zesztywniał.