Страница 21 из 130
Byłabym tam szczęśliwa, pomyślała nagle. Nie w samym mieście, ale gdzieś wysoko w Górach Żmijowych, w małej dolinie, do której nie zagląda nikt prócz książęcych poborców podatkowych.
Usnęła, zanim Wężymord wrócił z uczty w wielkiej sali.
We śnie szła zapyloną ścieżką pomiędzy kępami dziewa
Obudziła się z wargami pogryzionymi do krwi. I nic nie powiedziała Wężymordowi.
Złociszka stała w oknie. Wiatr nanosił do izby kłębami śniegu.
– Dziwna noc – wyszeptała do siebie. – Jaka dziwna noc.
– Panienko. – Stara piastunka pociągnęła ją za rękaw. – Wystarczy. Zaziębisz się. On nie przyjedzie. Nie przed wiosną.
Dziewczyna z ociąganiem pozwoliła się odprowadzić od ościeżnicy. Niańka narzuciła jej na ramiona grubą wełnianą chustę.
– Zaraz będzie ciepło – mamrotała z cicha, bardziej do siebie niż do Złociszki, rozpinając jej przemoczoną suknię. – Napalimy w kominie, włosy ze śniegu wytrzemy. Gdzież tak niczym pomywaczka z gołą głową w oknie stać. Co sobie sąsiedzi pomyślą? – Zsunęła suknię i rozwiązała rzemyki podtrzymujące ciężką aksamitną spódnicę. – No, proszę, ręce na lód skostniały, a serce z nerwów kołacze. Oj, będzie nieszczęście, jak się ojciec dowiedzą…
Dziewczyna obróciła się ku niej gwałtownie.
– Ani śmiesz mu powiedzieć! – syknęła gniewnie. – Bo precz każę wypędzić!
– No, jakże to, gołąbeczko? – Głos staruszki załamał się. – Jakże to? Taką masz dla mnie nagrodę, że cię własną piersią karmiłam, w chorobie piastowałam?
Złociszka zerwała się ze stołka, zrzucając z ramion chustę. W samej spodniej sukni podeszła do kominka i oparła czoło o okap.
– Co ja mam zrobić? – zapytała przez łzy. – Co mam zrobić?
– Skądże mnie wiedzieć, starej? – Piastunka bezradnie rozłożyła ręce. – Ale teraz trzeba jak najprędzej do świetlicy zejść, bo tam od popołudnia rajca Kurdyban z panem ojcem siedzą. I coś mi się zdaje, że nie o cenach sukna tyle czasu mają naradę – dodała znacząco.
– Lepiej by się Kurdyban suknem swoim zajął i w warsztacie siedział! – Dziewczyna wyprostowała się i parsknęła z niechęcią. – Dobrze wiem, czemu się tu kręci i ojca nachodzi. Ale nic z tego nie będzie! – Tupnęła nogą. – Nic a nic!
– Skoro pan ojciec nakażą… – zaprotestowała niańka, choć niezbyt żwawo i z jej miny znać było, że tylko z nawyku się krzywi, bo jest przez swoją panią ze szczętem opanowana.
– Ojciec dobrze rozumie, że nie na mnie się Kurdyban ogląda – odparła ze złością pa
– A kto by nie pomyślał, Złotko? – Staruszka zdziwiła się szczerze. – Chyba tylko głupi. Wszyscy tutaj wiedzą, żeś burmistrzowa córa i jedyna dziedziczka. Więc choćbyś była najgładsza, o wianie też nie zapomną. Taki los, duszko. Zamiast marszczyć czółko, radować się powi
– Wszystko jedno, nie zejdę! – Złociszka zacisnęła wargi. – Kurdyban nic o mnie nie dba, przy tym jest sprośny, stary i brzydki.
– Nie stary, ale stateczny – obruszyła się piastunka. – Jeszcze czterech tuzinów lat nie skończył. I bardzo dobrze, że jest człek w leciech letnich, boś ty młódka, wietrznica i do swobody nawykła, własnym rozumem się rządzisz. Ojca za nos wodzisz, pobłaża ci, aż wstyd patrzeć. Ale co pa
Dziewczyna buntowniczo podrzuciła głową.
– Bo jest zimny starzec, do grobu mu bliżej niźli do wesela. Wcale mi się nie podoba. A jakbym miała temu truchłu dziatki rodzić i z nim się do snu układać, to wolę nie żyć.
– Złociszko! – Staruszka tak się wzburzyła, że na policzkach wystąpiły jej ceglaste placki. – Zepsuta jesteś i tyle. Przecież nie pierwszy Kurdyban do ojca w konkury chodzi. I co? Tylko się krzywisz, grymasisz, nikomu przychylna nie jesteś. Widać na całym bożym świecie nie masz takiego, co by cię zadowolił.
– A jeszcze zobaczymy! – Dziewczyna zaśmiała się sucho. Zebrała w rękę fałdy płócie
– Trzeba było od razu tak mówić. – Staruszka aż klasnęła w dłonie i podreptała szybciutko do wielkiej rzeźbionej skrzyni w kącie komnaty. – Przecie główkę ma moje Złotko nie od parady. Wiedziałam, że jak się dąsać przestanie, szybko do rozumu przyjdzie – paplała, rozprostowując fałdy wspaniałej złocistej materii. – Bo z chłopem złością nie poradzisz, gołąbeczko, on na uśmiechy łasy. Zresztą po co się krzywić, urodę marnować? Pokorne cielę dwie matki ssie. A gniewem nie ujedziesz daleko…
– Nie tę suknię – przerwała niecierpliwie dziewczyna. – Tę brunatną. I płaszcz skórzany z kapturem.
– Tak chcesz się Kurdybanowi pokazać? – Niania załamała ręce. – Jak żebraczka? Ojca na wstyd wystawisz, na pośmiewisko… – urwała, marszcząc brwi.
Złociszka przekrzywiła głowę i kpiąco uniosła brew.
– Chyba nie zamyślasz do miasta teraz iść? – Piastunka gapiła się na nią z niedowierzaniem. – Przecież ojciec w świetlicy czekają, rajca Kurdyban od dawna cię wygląda. Jakże tak? Chcesz gościa samego zostawić i z domu się nocą wymknąć jak złodziej?
– Zwyczajnie – odparła lekko dziewczyna. – Ojciec z Kurdybanem przyszłe zyski liczy. Obaj szczęśliwi, ani który moją nieobecność spostrzeże. A ja w mieście mam sprawę pilną i wyjść muszę, więc podaj wreszcie tę suknię. Bo sama wezmę – zagroziła.
Piastunka usłuchała niechętnie.
– Ojciec zakazał ci włóczyć się samopas po mieście – gderała, zapinając haftki. – Niech się jeno dowie o tej nowej brewerii, a będzie rózgą karcił.
– Musisz więc, nianiu, ze mną iść i przed nieposłuszeństwem mnie uchronić. – Pa
– Nigdzie nie pójdę! – Staruszka się zaperzyła. – Kto ja niby jestem, powsinoga, żeby w środku nocy pieszkiem po ulicach ganiać, o godność i dobrą sławę nie dbając?
Złociszka wyjęła jej z rąk skórzaną opończę.
– Więc sama pójdę – oznajmiła, wiążąc troczki na szyi. – Choć boję się trochę – dodała przebiegłe – bo po gospodach czeladnicy rzeźniccy siedzą i piją. Jeszcze mnie który zniewoli albo gardło poderżnie za ojcowe przewiny. – Ruszyła ku wyjściu z komnaty. – No, ale skoro serce w was zimne i nie chcecie biednej sieroty wspomóc, to sama pójdę – rzuciła przez ramię.
Na ostatnie oskarżenie oczy staruszki zaszkliły się łzami.
– Biednej sieroty? – powtórzyła rozedrganym głosem. – Niechby matka żyła, kijem by z ciebie wytłukła tę krnąbrność i samowolę.
– Moja matka – Złociszka stanęła, przytrzymując się ościeżnicy – tego za mąż pojęła, kogo sama chciała. I gdyby tylko żyła, nie stałaby mi na drodze. Nie jestem samowolna. – Popatrzyła na starą z powagą w niebieskich oczach. – Robię tylko, co muszę.
– Ale dokąd ty, dziecko, chcesz iść? Na bramach straże stoją, przecież cię nie przepuszczą.
– A za bramy to nie chcę. – Dziewczyna roześmiała się; jej nastroje były zmie
Piastunka milczała. Wiedziała, że Złociszki i tak nie zdoła przegadać.
– Chcę alchemika odwiedzić. – Dziewczyna znacząco potrząsnęła sakiewką u pasa. – Posyłał do mnie wczoraj.
– Więc na to ojcowy grosz trawisz? – burknęła staruszka. – Żeby ci byle próżniak i oczajdusza z grochu szczęście wróżył i ziółka palone zadawał?
Dziewczyna zacisnęła palce na trzosie.
– Nie, nie na to – odpowiedziała powoli. – Nie na wróżby czy zioła miłosne, nianiu, ale na ogień, co pod wodą płonie, żelazo najtwardsze na świecie i łuki, z których pancerz stalowy przebijesz jak skórę. Bo idzie wojna, nianiu, z wiosną także w moje okienko zastuka. Więc chcę być gotowa.