Страница 32 из 47
Nie musiał Kargulowi przypominać, jak to pasem rozdzielać musieli Jadźkę i Witię, którzy zasnęli przytuleni do siebie po męczącej młócce.
Wtedy do stodoły pierwszy wsunął się Kaźmierz. I teraz też tak było. Przed jego nosem wyrosła ściana kombajnu. Okrążył go ostrożnie na palcach i nagle zastygł w bezruchu: przed maszyną przyklejona do Zenka Ania obejmowała pod marynarką jego plecy. We włosach miała źdźbła świeżej słomy, a w oczach promienie słońca.
Kaźmierz odchrząknął. Ania wysunęła swoją dłoń przez naderwany pod pachą rękaw marynarki Zenka.
– Trzeba będzie zaszyć – powiedziała szybko, by przekonać obu dziadków, że chciała tylko sprawdzić, jakie straty poniósł jej narzeczony w trakcie odpierania inwazji PGR-u.
– To na co ona czeka? – Kaźmierz popchnął ją lekko ku wyjściu. – Galopem po igłę z nitką leć!
Ledwo Ania zniknęła, Kaźmierz zaszedł Zenka z boku i powiedział cicho, lecz z naciskiem:
– Niech wie, że on ściskać się z nią będzie dopierutko jak jemu organy zagrają. Wtedy prawdziwy ślub będzie.
– Teraz to tylko rejestracja – dodał od siebie Kargul. – Żeb' była podstawa jemu odroczenie przyłatwić.
Zenek nabrał powietrza, jakby chciał wyrzucić z siebie coś, co nie daje mu spokoju, ale nagle dostrzegł za plecami Pawlaka i Kargula Anię. Kładąc palec na ustach, najwyraźniej błagała go, by na razie milczał…
„Magister Palimąka wyśmiewał się ze mnie, że ja chcę kochać jak Stefcia z „Trędowatej”, a teraz nie ma już takich ordynatów jak Michorowski. A dla mnie Zenek zasługuje właśnie na takie same uznanie jak ten ordynat, bo potrafi bronić tego, co jest sensem jego życia, choćby było wbrew tradycjom rodzi
Tak pisała Ania w pamiętniku, zerkając z facjatki domu Kargula na przygotowania do wesela: Zenek odbierał od Maryni rozgdakane kury, jednym pociągnięciem noża przecinał ich krzyk – i rzucał ofiarę na pierzasty stos. Anielcia zanurzała pozbawione głów kokoszki w szafliku z gorącą wodą. Dziadkowie Ani wynosili ze stodoły deski, zbijali koziołki z belek, by przygotować stoły na przyjęcie weselnych gości.
Ania, w swej wyobraźni zamieniona w pa
„ Ordynat przecież wykazał się godną szacunku postawą: syn i wnuk arystokratycznej krwi obdarzył wzniosłym uczuciem istotę z niższej sfery. W imię miłości nie wahał się zadrzeć z całym swym rodem. W naszym przypadku to ja nie waham się postawić wszystkiego na jedną kartę. Gdyby tak dziadkowie dowiedzieli się o poglądach Zenka, to sierp byłby w robocie. Czy ja popełniam jakiś występek, nie zdradzając im uzgodnionego przez nas stanowiska? Ordynat też ryzykował, że straci oparcie w swoim rodzie. Robimy to dla miłości! Bez niej życie jest puste i szare. Czyż nie po to istniejemy, by latać wyżej niż kura? Życie jest szansą i zarazem ryzykiem: muszę stać za Zenkiem! Starzy muszą się pogodzić z tym, że mogą mieć albo nas, albo błogosławieństwo nieba. Ja jestem gotowa wznieść się na wyżyny miłości i zrezygnować z sakramentu, by nie deptać czyjegoś światopoglądu. Gorzej, że cokolwiek zrobię – będzie źle. Albo podepczę poglądy Zenka, albo tradycję rodziny.
Boże, Boże, czy zawsze wszystko musi się kończyć tak tragicznie jak „Trędowata”? Przecież żyjemy w XX wieku, a ja już na szczęście mam za sobą jedną próbę samobójstwa nieudaną, następnej nie mogę ryzykować…”
Kargul i Pawlak, dobierając w miarę gładkie deski na stoły dla weselnych gości, z utęsknieniem liczyli godziny do chwili, kiedy w Gmi
Załatwili wszystkie sprawy cudzej i własnej przyszłości, organizowali wesele, nie przeczuwając nawet, z jak wielu stron czai się zagrożenie. Najgorsza była zdrada, która zalęgła się w umyśle i w duszy ich wnuczki niczym czerw w zdrowym jabłku.
Pilnowali jej nie tylko w nocy, ale i w dzień, kierując się słusznym podejrzeniem, że krew młodych jest bardziej gorąca niż gotujący się właśnie w ogromnym garze rosół z dwudziestu kur. Nie uszło ich uwadze, że spojrzenie Zenka chodzi za Anią jak wierny pies, że chłopak szuka każdego pretekstu, by zostać z nią sam na sam. Gdyby nie to, że udowodnił wierność ich ziemi, przenosząc chorągiewki poza granice pegeerowskich kartofli i zajmując w szkodzie państwowy kombajn, nie byliby wcale tacy pewni, czy to właśnie on jest najlepszą inwestycją na przyszłość dla nich i dla ich wnuczki. Sierota, bez pieniędzy – dawniej taki nie mógłby tak łatwo stać się jednym z samych swoich. Ale dawniej – jak mówił Tadeusz Budzyński, który na wszystko potrafił znaleźć chwyt – statki były drewniane, a marynarze z żelaza. Teraz, niestety, jest całkiem na odwrót. Z żelaza, a może nawet z hartowanej stali, było tylko ich przekonanie, że życie małżeńskie trzeba rozpoczynać z błogosławieństwem bożym…
Ledwie Ania w ślubnej sukience przefrunęła przez podwórze, by pod kierunkiem babci Maryni skrócić ją do pół kolana – a już Zenek odłożył nóż, umył ręce pod studnią i ruszył w ślad za nią.
– Isz go, buhajka – Kaźmierz przerwał krojenie flaków na kiełbasy i podejrzliwie zerkał w ślad za lokatorem. – Lizie za nią jak pastuch za wojskową orkiestrą!
– To źle? – Kargul widział w tym jedynie zaletę. – Taż po to ją z życiem uratował, żeb' się teraz mógł nią cieszyć.
– Aj, Władek, zapomniał ty, że zdrowy chłop pod względem kochania jest tak urządzony, że jemu obojętne, czy jedzie w siwki, czy w kare, byle jechać?
– Taż przecie on ślub bierze, żeb' jak najszybciej dojechać.
– Ot, ciekawość – półgłosem zwierzył się Kaźmierz z nurtujących go wątpliwości. – A wie on przynajmniej, że my jemu przed kościelnym tknąć Ani nie damy?
– A jak ty ich po cywilnym dopilnujesz, Kaźmierz? – westchnął z pewną bezradnością Kargul. – Taż mnie od tego stróżowania w głowie aż kołędzi sia.
– Żeb' jego wilcy! Ty by mógł księdzu proboszczowi w oczy popatrzeć, że o Panu Bogu nie wspomnę, jakby ty do grzechu dopuścił?
– A może my już z tym i tak zapóźnili? – Kargul zerknął na okna sypialni Pawlaka. – Bo coś cicho tam…
Pawlak nastawił czujnie ucha. Od strony domu rozległ się terkot maszyny do szycia.
Marynia podszywała sukienkę Ani, zerkając co chwila przez otwarte drzwi kuchni w stronę dużego pokoju. Zenek w marynarce od ślubnego garnituru stał z rękoma do góry: Ania obchodziła go jak słup ogłoszeniowy, sprawdzając szkody, którym uległa marynarka w czasie szamotaniny z kombajnistą Podobą. Pod pachami puściły szwy obu rękawów, ukazując białą podszewkę. Ania kazała mu zdjąć marynarkę, sama zaś podeszła do okna i unosząc ręce, zaczęła nawlekać nitkę w uszko igły. Jej piersi uniosły się. Zenek przełknął ślinę. Zbliżył się do drzwi, przymknął je. Jak kot zaszedł dziewczynę od tyłu i nagle objął swoimi wielkimi łapami jej piersi, jakby je zasłaniał przed ciosem noża.
Bo w tej chwili właśnie w drzwiach pokoju stanął Kaźmierz z rzeźnickim nożem w ręku. Ramiona Zenka opadły jak podcięte gałęzie. Odsunął się od Ani i skwapliwie pokazał Pawlakowi wyłażącą spod pachy marynarki naddartą podszewkę.
– Przy zajmowaniu kombajnu się podarło.
– Dobrze zrobił – uspokoił go Kaźmierz. – Kombajn więcej wart jak to odzienie. Będzie jego musiał dyrektor z mojej stodoły wykupić.
Zakręcił się niby w poszukiwaniu osełki do ostrzenia noża, a wychodząc kopnął butem drzwi, aż uderzyły z brzękiem w stojące w sieni wiadro. Przestraszona Marynia podskoczyła przy maszynie.
Kaźmierz, chcąc zaznaczyć swoją nieustającą obecność jako stróża obyczajów, zwrócił się do niej przesadnie głośno:
– Zadała siana krowom? – mrugając równocześnie porozumiewawczo i dając jej wymowne znaki, by czuwała nad tym, co się dzieje w dużej izbie.
Marynia wytrzeszczała oczy na Kaźmierza. Te dziwne jego grymasy i miny, ten rzeźnicki nóż w ręku sprawiał, że patrzyła na niego z lękiem. Pochylił się do niej i szeptem przekazał polecenie, by miała baczenie na młodych, bo w nich krew się burzy… Poprzez szum elektrycznej maszyny do szycia Marynia dosłyszała tylko ostatnie słowo i przytaknęła, że pewnie tak, pewnie zbiera się na burzę, to tak parno jakoś, wilgoć w powietrzu wisi…
– Aha, musi przez te wilgotność drzwi wypaczyły sia – powiedział głośno Pawlak, widząc jak skrzydło drzwi ze skrzypieniem zasłania mu wgląd do pokoju. Podszedł na palcach i starał się przytknąć oko do dziurki w zamku. Uderzył daszkiem maciejówki i czapka spadła na ziemię. Ustawił się więc bardziej bokiem i teraz uchem próbował zbadać sytuację. Po chwili odgiął się i uspokojony poinformował Marynię szeptem: „Póki gadają, to nie grzeszą”. Równocześnie, na wszelki wypadek, by ci za drzwiami nie pomyśleli sobie, że są na bezludnej wyspie, ostrym głosem wydał Maryni dyspozycję:
– A kabanom więcej syp, bo mi z wagi spadli – Marynia znowu wytrzeszczyła na niego oczy, przerywając obrębianie Aninej sukienki. Kaźmierz gestem dał jej do zrozumienia, że wprawdzie mówi o kabanach, ale wcale nie troszczy się o wagę tuczników, lecz o moralność wnuczki.