Страница 39 из 72
Teraz ktoś suchym szeptem wypowiadał jej imię, tak natarczywie, że z niechęcią otworzyła oczy. Zamrugała ze zdumienia, bo stojąca nad łóżkiem postać wyglądała dziwaczniej niż se
Szok wywołany pojawieniem się stwora otrzeźwił dziewczynę. Przestraszona poruszyła się na łóżku, podciągnęła kołdrę. Na ten widok wargi istoty rozciągnęły się w uśmiechu. Koral dostrzegła trzy rzędy cienkich, ostrych jak szpile zębów.
– Nie zbliżaj się! – syknęła.
Stworzenie wyciągnęło przed siebie kościste dłonie w geście, który chyba miał oznaczać przyjaźń.
– Nie bój się – zaszemrało. – Jestem Ćma, strzyga.
Uśmiech nie schodził z upiornej twarzy.
– Dobrze, że żyjesz. Przyszłam cię zabrać. Widzisz?
Z fałdy chałatu wyciągnęła pęk kluczy.
– Myślą, że służę im – wąskie usta drgnęły. – Ale to nieprawda. O nie! Służę panu. On jeden był dla mnie dobry. Pamięta moje imię, wiesz? Nie bój się. Pan cię kocha, dlatego przyszłam. Zabiorę cię i schowam, a on będzie zadowolony. Pochwali mnie. Powie: dobrze się spisałaś, Ćma.
Koral powoli zaczynała rozumieć.
– Twój pan to Cornet, tak? – spytała, czując, że serce zaczyna mocniej bić. – Służysz Cornetowi?
Strzyga skwapliwie przytaknęła.
– Ale oni nie wiedzą – zniżyła głos, rozglądając się czujnie. – Chodź, zabiorę cię.
Dziewczyna błyskawicznie wyskoczyła z łóżka. Dziwne otumanienie minęło, choć fizycznie czuła się bardzo słaba. Nogi się pod nią ugięły, gdy stanęła na podłodze, ale postanowiła przemóc zmęczenie. W żadnym razie nie mogła zmarnować szansy ucieczki.
Strzyga wyciągnęła kościstą dłoń.
– Chodź! – ponagliła.
Koral ujęła podaną rękę i drgnęła. Palce były lodowate, cienkie jak u kościotrupa.
Ćma wyprowadziła dziewczynę na korytarz. Przypominał piwnicę, z której uwolniła Corneta. Koral zobaczyła rzędy drzwi i kamie
Powietrze pachniało kurzem i było aż gęste od drobin próchniejącego drewna. Ściany z surowych kamieni obrosły pajęczynami. Smugi światła z trudem przeciskały się przez szpary w zabitych deskami oknach, tak że wnętrze dzwo
Spojrzał w dół. Pod sobą zobaczył ażurową konstrukcję z belek i desek, która wydawała się mniej stabilna niż pajęczyna stworzona ze smug światła. Miejscami brakowało po trzy, cztery stopnie. Urwane fragmenty poręczy zwieszały się nad przepaścią klatki schodowej wbrew logice i prawu ciążenia. Poszczególne kondygnacje schodów oddzielały drewniane podesty. Przez dziury po brakujących deskach można było spojrzeć w ciemniejącą czeluść.
Stopień, na którym Cornet postawił nogę, pękł nagle, rozsypując się częściowo w fajerwerk spróchniałych drobin. Stopa Cruksa osunęła się, uderzyła w niższy szczebel, który także trzasnął. Cornet chwycił się bocznych belek, podciągnął na rękach, oparłszy nogę o kikut złamanego stopnia. Na szczęście szczebel wytrzymał, chroniąc Corneta przed upadkiem. Crux dotarł do podestu i na chwilę przerwał wspinaczkę. Musiał zaczerpnąć oddechu. Zadarł głowę, spojrzał w górę, oceniając, jaki dystans ma jeszcze do pokonania. Zobaczył ciemną paszczę dzwonu zawieszonego u pułapu. Z poprzecznej belki, niby martwy wąż, zwisał sznur. Otaczały go unoszące się w powietrzu obłe, ciemne kształty. Wyglądały niepokojąco. W półmroku Cornet nie był w stanie ich rozpoznać. Dopiero gdy pokonał dwie następne kondygnacje, przekonał się, czym są. Z powały na długich, cienkich sznurkach zwieszały się martwe gołębie. Powieszono je za nóżki, tak że wyschłe oczodoły łypały w dół na wdrapującego się przybysza. Wisiały na różnej wysokości, lekko wirując i kołysząc się w powietrzu. Spiżarnia strzygi.
Corneta mimo woli przeszedł dreszcz. Poczuł nieuzasadniony niepokój, jakby nieżywe ptaki stanowiły ostrzeżenie i groźbę w języku, którego nie rozumiał. Przypominały mu zmumifikowane anioły.
Gdy tylko wyrwał się spomiędzy cieni, otrzymał wiadomość od Ćmy. Strzyga uwolniła Koral i miała zaprowadzić Corneta do lochu, gdzie ją ukryła. Bardzo bała się Sykstusa, więc na miejsce spotkania wyznaczyła jedną ze swych tajnych kryjówek, dzwo
Cornet wspiął się jeszcze o kilka szczebli. W półmroku spowijającym sklepienie wieży nie mógł dostrzec sylwetki strzygi.
– Ćma! – zawołał półgłosem. – Ćma!
Odpowiedziała cisza. Martwe gołębie leniwie obracały się na sznurach. Cornet zrobił następny krok, gdy nagle jakaś siła spętała mu nogi, świat wykonał zdumiewający przewrót, a dzwo
Z zacienionej niszy wkroczyły na podest pod nim trzy postaci. Cornet jęknął w duchu.
– Witam – powiedział Sykstus. – Fajnie ci się wisi?
Crux nie odpowiedział. Dławił go gniew i strach o Koral. Przeklinał się za nieostrożność i głupotę. Sznur, na którym wisiał, kręcił się. Pod ścianami wirowały spróchniałe deski. Bezpośrednio pod spodem ziała dziura klatki schodowej.
– Cudownie tak wyglądasz, Cornet – w głosie Sykstusa brzmiała satysfakcja. Rdza podniosła w górę trójkątną twarz, uśmiechnęła się złośliwie. Byłby na nią splunął, gdyby nie pewność, że nie trafi, dyndając na wirującej linie.
– Postanowiłem dać ci trochę czasu, żebyś przemyślał kilka spraw – ciągnął Sykstus. – Ale nie martw się, wrócę po ciebie.
– Twoja sparszywiała przyjaciółka strzyga nie odwiedzi cię, Cornet – dodał z mściwym zadowoleniem Argus Saffon. – Od niedawna nie jest specjalnie ruchliwa.
W Cornecie wrzała wściekłość. Szarpnął się, ale lina tylko boleśnie wpiła się w skórę. Pieprzyć was, pomyślał. Pieprzyć wszystko. Jakoś z tego wyjdę.
– Nie możemy cię tak zostawić – odezwała się rozlewnym tonem Rdza. – Sięgniesz do sznura, wypłaczesz nogi i uwolnisz się. W końcu nie jesteś gołębiem.
– Racja – przytaknął Sykstus. – Dostaniesz prezent od Rdzy. Gotowa?
Wysła
– Przybij go – polecił Sykstus.
Rdza rzuciła jarzące się szpile, jakby to były lotki posłane w kierunku nieistniejącej tarczy. Popłynęły w górę ze świstem. Cornet poczuł, że niewidzialna moc siłą prostuje mu ramiona. Grzmotnął plecami o ścianę wieży. W nadgarstkach rozrzuconych rąk poczuł ostry ból, a zaraz potem wrażenie przenikliwego zimna. Przekręcił głowę, żeby na nie spojrzeć. Magiczne szpile przenikały przez ciało, wbite głęboko w mur, przygważdżając go do ściany. Czuł się jak eksponat zbieracza insektów.
Sykstus z zadowoleniem zerknął w górę.
– Może nie powinienem bawić się tobą, tylko zabić cię od razu, ale nie mogę się powstrzymać. Nie sądzę, żebym wiele ryzykował. Uciekłeś mi raz, przyznaję, jednak teraz nie dasz rady. Nie ma przy tobie twojej ślicznej śmiertelnej dziewczynki. Wrócę tu, Cornet. Czekaj. Wybaczam ci, że jesteś w nieuprzejmy sposób małomówny. W końcu znalazłeś się w szczególnej sytuacji.
Odwrócił się, żeby odejść, lecz przypomniawszy sobie o czymś, przystanął.
– Jesteśmy w kościele, prawda? – zwrócił się do Rdzy i Argusa. – Hej, Cornet! Wiesz, że w tej pozycji przypominasz krucyfiks? Tylko odwrócony, co z natury rzeczy bardziej do ciebie pasuje. Miłych rozmyślań.
Śmiejąc się, zaczął schodzić po schodach. Rdza posłała Cornetowi całusa. Obnażył zęby i warknął jak wilk w potrzasku.
– Buziaczki – zawołała. – Ja też wrócę. Obiecuję!
Crux zamknął oczy. Nie chciał patrzeć na triumfujące gęby wrogów.
Koral dotknęła kamie