Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 32 из 70

– A kto był autorem pierwszego zamachu?

– Ba, tego samu biednu Maximillian nie wiedziału. Ale ja zmierzam do czego i

– Skąd Sak?

– Od jakiejś inkluzji, do której chyba jeszcze nie dotarliśmy.

– Zostaliście technologicznie w tyle – pokręcił głową Zamoyski. – Niedobrze.

Wielce to rozbawiło Judasa.

– Masz na myśli Gnosis? Nie wiesz, o czym mówisz.

– O czym mówię? Oni dysponują technologią Saków, my nie.

– Nie myl kategorii: to Cywilizacja.

– Nie rozumiem.

– Nie tłumaczyła ci Angelika Praw Progresu? -Nie.

– Cóż. Uwierz mi na słowo. Nie zostaliśmy w tyle.

– „My", to znaczy kto?

– Mówiłem. Cywilizacja.

Judas spostrzegł minę Zamoyskiego. Odsunął talerz, westchnął, otarł usta.

– Widzisz, Gnosis nie jest po prostu firmą handlową, nie ma nawet na celu zarabiania pieniędzy, choć przyznaję, radzimy sobie nieźle. Gnosis jest istotnym elementem]

Umowy Fundacyjnej; bez Gnosis nie mogłaby istnieć Cywilizacja. Każdy kontakt z Deformantami i i

– Zaraz-zaraz, co ty właściwie -

– Ja naprawdę nie mam tu teraz czasu, żeby – Adam nie zniósłby kolejnej protekcjonalnej połajanki.

Machnął ręką.

– Nieważne – mruknął i odwrócił wzrok. – Z tego wszystkiego jednak wynika, że także akcja de la Roche'u była efektem błędnej interpretacji przecieku z przyszłości.

Stahs wyprostował wskazujący palec, świadomie wybierając pozę mentora.

– Bo tu zawsze trzeba ostrożnie z interpretacjami. Z samej natury Studni wynika cząstkowość informacji. Lecz nawet gdyby były zupełne… Wiemy przecież, że nie my jedni utrzymujemy Studnie. Nie liczę już Deformantów i i

Zamoyski dopił kawę, odchylił się na oparcie krzesła, oparł dłonie o blat.

– W jednym de la Roche miału rację: ty mnie jednak jakoś programujesz. No bo po co ta rozmowa? Nie musiałeś mi tego wszystkiego mówić. Ja też nie muszę ci niczego opowiadać: możesz pogadać z moimi symulacjami czyśćcowymi, jeśli tak to się zwie. Więc? Co takiego zyskujesz? Informację? Nie sądzę.

– Mówisz to wszystko na głos.

– Wiem. Do ciebie. Tak sobie myślę, jak to było naprawdę… – Adam wodził opuszkiem palca po krawędzi blatu. – Tak sobie myślę… Ty tymczasem, w ciągu tego roku, otrzymałeś kolejny przekaz ze Studni, Studni Gnosis, Horyzontalistów czy i

– Tak, tak, oczywiście – przytaknął z roztargnieniem Judas. – Zauważyłeś, że mówimy sobie po imieniu? – Wytarł dłonie i odsunął się od stołu. – Skoro mnie tak pięknie przejrzałeś, zapewne równie szybko wmówisz w siebie niechęć do mnie, co? Na pewno ci się uda. O, już wróciły. Chodź, chodź, nieszczęsna ofiaro mojej przyjaźni.

To straszne: Zamoyski czuł w tym momencie, że naprawdę mógłby się zaprzyjaźnić z tym mężczyzną. Chciał tego.

Słowa zostały wyrzeczone – nawet jeśli kłamliwe.

Zeszli z tarasu i ruszyli ku stajniom. Okrążyli wschodnie skrzydło, podążając brzegiem stawu. (Tu ciskałem kamienie).

McPherson szeptał w powietrze w nieznanym języku: komendy, pytania.

Konie powitały go uprzejmym „dzień dobry". Za-moyskiego obrzuciły pustymi spojrzeniami. Amazonki szczotkowały ich sierść. Czy nie powi

– A więc to pan jest tym Adamem Zamoyskim. Nareszcie. Chyba powi

Uścisnął jej dłoń.

– Miło mi.

– Jak słyszałam, ostatnie pół roku spędziłam z panem, i to na jakichś szalonych pozaportowych wojażach.

– Z pani strony w istocie zaledwie parę dni.

– A z pana?

– Miesiąc, dwa. Ale w gruncie rzeczy też dni. Obejrzał się na Judasa. McPherson posłał mu ponad

grzbietem wierzchowca żony rozbawione spojrzenie. Rozmawiał z nią półgłosem i zaraz odwrócił głowę.

Angelika tymczasem przyglądała się badawczo Za-moyskiemu. Najwyraźniej oczekiwała bardziej zdecydowanej reakcji. Podeszła była doń wystarczająco blisko, by wymusić ją samym milczeniem.

Adam zaś ważył w myślach podejrzenia. Czy Judas wtajemniczył ją w swój plan? A może tak samo „zaprogramował"? A może – może to te podejrzenia Zamoyskiego są efektem piętrowego reprogramingu…?

– Sądziłem, że uczy się pani w Puermageze.

– Puermageze przestało być bezpieczne.

– Tak, rzeczywiście, trochę tam, mhm, podziurawili okolicę.

– Musi mi pan o mnie opowiedzieć.

Ujęła go za łokieć, pociągnęła. Przez Zamoyskiego przetoczyło się wgniatające w ziemię deja vu. Bezwolnie pozwalał się prowadzić. Przełykał gorzką ślinę. Ciało go słuchało z doskonałą uległością, poddawało się kolejnym odruchom.

Boczną klatką schodową wspięli się na drugie piętro. Nie pytał, dokąd właściwie idą. Pytał ją, co porabia. Rozwodziła się nad politycznymi niuansami sytuacji oraz pozycją Gnosis i McPhersonów; widać był to tutaj dyżurny temat towarzyskich pogaduszek.

Po drodze Zamoyski zauważył charakterystyczną płaskorzeźbę: ten sam herb i to samo motto, co w głównym holu. Teraz uderzyła go dwuznaczność owego zawołania. Unguibus et rostro. Istotnie, cała ta potęga zasadza się na szponach, zębach, kłach.

Angelika dostrzegła jego rozbawienie.

– Co?

Wskazał herb na ścianie.

– No tak – przyznała – szpan odrobinę konkwi-stadorski.

– A czy nie taka jest rola Gnosis?

– Konkwistadorów? Gnosis nikogo nie ograbia.

– Macie monopol na obce złoto. Jeśli mogę się tak wyrazić.

Niepostrzeżenie rozmowa obsunęła się z na poły żartobliwej pogawędki w dyskusję serio. Angelika zmieszała się. Nie bardzo jeszcze potrafiła odczytywać manifestację tego mężczyzny.

Bo, jak uczy ojciec Praigne, zawsze wchodzimy w interakcje tylko w i poprzez manifestacje, czy byłaby to zawia-

dywana z Plateau nanomancja, czy oryginalne ciało stahsa Pierwszej Tradycji.

– Uświadom to sobie, dziecko – mówił ojciec Praigne – to jest ciało, to nie jesteś ty. Oczywiście, to twoje ciało, przez nie odczuwasz i je dajesz odczuć. Nim się rozpoznajesz jako jednostka, ponieważ frenu zobaczyć nie można, a identyfikujemy się zawsze przez kontrast. Jednak gdyby ci je odjąć, nadal pozostałabyś Angelika McPherson. To po prostu kolejna warstwa ubrania, tylko że rzadziej wymieniana i wrażliwa na bodźce.

– Upraszcza ojciec.

– Oczywiście. Mówię. Manifestuję. Muszę upraszczać. Daję ci tylko ziarno idei. Sama musisz je zasadzić, podlewać, pielęgnować.

Nie bardzo jej to wychodziło. Popadła w dziwną hipokryzję: doskonale zdawała sobie sprawę z błahości cielesnych manifestacji i

„Kto?",Ja". I obraz pod powiekami: opalona dziewczyna o długich kończynach, ciemne włosy przesłaniają twarz.

Pod spojrzeniem lustra jeszcze dobitniejszy: czarownica błotna, słoniobójczyni. Ikona fizycznej formy.

Aż weszła do medycznej celi Puermageze, by dokonać corocznej archiwizacji, usiadła w fotelu, jeszcze spocona po biegu od oceanu, ojciec Floo podał jej szklankę, wypiła, nanosok był chłodny, lekko kwaśny, oddała szklankę jezuicie, rozmawiali jeszcze przez chwilę, wytarła twarz w materiał T-shirtu – i wypadła, krztusząc się galaretowatą mazią, na posadzkę piwnicy pod opróżnianym z parujących cieczy zbiornikiem, naga, trzęsąca się w niekontrolowanych dreszczach. Jacyś mężczyźni próbowali ją podnieść. Przerażona, chciała uciec, odsunąć się… Podnieśli ją bez

trudu, bezsilną, nie panowała nawet nad oddechem i ruchami gałek ocznych. One zresztą pierwsze poddały się umysłowi, już po kilku sekundach. Mogła wówczas na dłużej skupić spojrzenie na poszczególnych osobach. W tym, który szedł obok i dwa kroki z przodu, wpółobrócony do niej i coś nieusta