Страница 13 из 70
schła na niej ciepła skorupa gliny. Rozpaliła ognisko. Wróciła po plecak; wydobyła maczetę i odrąbała słoniowi trąbę. Upiekła ją i zjadła. Była dokładnie tak smaczna, jak Ange-Uka pamiętała. Zwymiotowała. Poszła po wodę. W jednej z czystszych kałuż przyrzecznych ujrzała swoje odbicie. Wstrząsnęło nią tym bardziej, że było tak niewyraźne. Tylko białka oczu błysnęły jasno. Nie potrafiła się w sobie rozpoznać. Patrzyła i patrzyła, bo to był ważny obraz, czuła, że musi go zapamiętać, że on ją określi na lata, na stulecia, na wieczność; wmówiła to sobie i uwierzyła, i wobec tego była to już prawda. – Ja. Ja. Ja. Tak. – Nabrała wody, obraz zniknął. Odtąd jednak widziała go, ilekroć spoglądała w lustro, i uśmiechała się wówczas do siebie sekretnie, bo w tych zwierciadłach były czyste ubrania, gładka skóra, lśniące włosy, podczas gdy ona pamiętała o chropowatej czerni zwierzęcego błota. Nie śniły się jej już słonie, nie bała się pustkowi zaokie
I o tym teraz śniła – o nim, o ojcu: o śmierci i zmartwychwstaniu Judasa McPhersona.
Piętro niżej, kilka cel dalej Adam Zamoyski także śnił o zmartwychwstaniu – swoim i cudzym. Śnił i nie był pewien, czy to wspomnienie, czy oniryczna imaginacja. Wspominał prawdę, czy wspominał kłamstwo?
We śnie pamiętał bowiem doskonale: siódmego dnia ujrzeli wieże miasta.
Siódmego dnia ujrzeli wieże miasta, a rozciągało się ono na czerwonej równinie długim owalem niskiej zabudowy,
Rzeka Krwi cięła je na dwie idealnie równe połówki. Roz-gryzacz Planet wisiał na wieczornym nieboskłonie, chaotyczna konstelacja nibygwiazd, oświetlająca opustoszałą metropolię zimnym światłem. Wrzeciona słońca, Hakaty, nie było widać. Panował nieskończony wieczór, inercjały w jądrze globu pracowały pełną mocą, niwelując jego ruch wirowy, ciążenie było nieco większe. Komjądra włączono prawie trzysta godzin temu i atmosfera zdążyła się zwichrzyć do jednej, wielkiej, nieustającej burzy, a z dziesiątków tysięcy podwodnych i napowierzchniowych wulkanów wyrzygnęło pod niebo miliony ton brudnej lawy i popiołu.
Ziemia trzęsła się pod ich stopami, gdy schodzili ku miastu.
– Narwa – rzekł Zmartwychwstaniec. – Narwa, Narwa.
Miasto nazywało się Narwa, planeta nazywała się Narwa, bogowie zwali się Narwa, Narwa było przekleństwem i okrzykiem radości, Narwą zaciągały się ich myśli.
MultiEdward błysnął w trzech osobach, skoczył na fali w bok, pod falą w górę, miał skrzydła i nie miał skrzydeł, śpiewał i milczał. Zbiwszy się w jedność, uklęknął i pokłonił się miastu, czterokroć bijąc czołem o glinę, aż ta pozostawiła mu na skórze nad nosem ślad: grubą, czarną linię, znak sakralnego namaszczenia. I znowu stracił zdecydowanie, rozbijając się na dwa warianty: jeden odwrócił się na pięcie i pobiegł wstecz, wrzeszcząc z przerażenia – drugi wyjął Miecz 2.01 i sprawdził go na przedramieniu: pręga krwi, gdy zniknęla skóra.
Zamoyski szedł, duchy zmarłych podpowiadały mu drogę -
– Panie Zamoyski!
Weszła, kiedy spal, i teraz stoi między łóżkiem a oknem, nieregularna plama cienia na tle gęstych kłębów jasności – tyle widział na wpół przebudzony Adam.
– Co znowu? – zachrypiał.
Mrużył oczy, usiłując dojrzeć jej twarz. Maszyna skojarzeń powoli rozpędzała się w jego głowie. Glos kobiety – pa
Pamięć dnia wczorajszego rozdzierała się na tysiąc strzępów, pozostawała zimna ciemność. Aż się wzdrygnął. Nina. Sześćset lat.
– No więc chyba miał pan rację – mówiła Angelika – jest pan więźniem. Proszę się ubrać, zabieram pana na safari.
– Co-
– Dzwonił Judas, zmiana planów. Nigdy nadto ostrożności. Sporo się tymczasem zdarzyło… A nawet tutaj może pana zobaczyć wielu, którzy posiadają dostęp do Plateau, chociażby przez materialne interfejsy spod Tradycji.
– Zobaczą… – ziewnął. – I co z tego?
Jak wytłumaczyć wskrzeszeńcowi z XXI wieku wróżbę ze Studni Czasu? Definiując nieznane przez znane, musiałaby mu opowiedzieć teraz połowę „Multitezaurusa". W ostatniej chwili ugryzła się w język.
– Ludzie plotkują. I
Co powiedziawszy, wyszła, by mógł się swobodnie odziać. Stanęła tuż za załomem muru; skryta w cieniu, pozostawała niewidoczna ze skrzyżowania korytarzy. Ojciec Frenete oczywiście wiedział o wszystkim, nie miała jednak ochoty odpowiadać na dociekliwe pytania i
Może rzeczywiście – pomyślała – jestem jego strażnikiem, nadzorcą więzie
Cóż bowiem rzekł mi Judas? Słów tych nie użył, lecz sens był jasny: przekazuję ci tę własność – miej nad nią pieczę.
Pochlebiała sobie, że powiedziała Zamoyskiemu prawdę, że od początku mówiła mu tylko prawdę; stanowiło to rodzaj sportu ekstremalnego moralności, by nigdy nie skłamać temu, który zdany jest całkowicie na twoją łaskę i w każde twoje słowo wierzyć musi.
Judas istotnie zatelefonował, jeszcze przed świtem. Rozmowa toczyła się za pośrednictwem zwykłych aparatów dźwiękowych, absolutne retro i Ortodoksja. Ominęli Plateau, nie korzystali nawet z łączy satelitarnych; sygnał biegł światłowodem, bezpośrednio z Puermageze do Farstone.
Judas streszczał się. Armand filius Barański, niepodległa inkluzja niejawnej Tradycji, poinformowału Lożę o wykryciu skazy topologicznej w Mlecznej Drodze, około czterech tysięcy czterystu lat świetlnych od oryginalnej lokacji Sol-Portu. Ktoś ukradł ponad cztery parseki szeście
Czyżby więc Port Deformantów? Tamci zaprzeczali. Nawet jeśli szczerze – czy jakukolwiek Deformant może ręczyć za i
Na dodatek kilka zrzeszeń Deformantów żądało od Cywilizacji odszkodowań w naturze, to znaczy w Kłach lub w czystej materii egzotycznej. Odszkodowań za co? Judas poinformował Angelikę, iż zwołano posiedzenie Wielkiej Loży; jeszcze tego publicznie nie ogłoszono.
Sytuacja zaczynała więc przyjmować znamiona kryzysu. Toczyła się tu jakaś gra, a Judas nie znał ani jej zasad, ani stawki, ani tożsamości graczy. Żeby obraz jeszcze bardziej zamącić, Cesarz w związku ze śledztwem w sprawie niedawnych zamachów na McPhersona raportował o licznych zaburzeniach na pustych Polach Plateau HS, których to zaburzeń źródła ani metody nie był w stanie jak dotąd odkryć. Dało to asumpt do następnej lawiny histerycznych hipotez o Spływach. W mediach po raz kolejny odżyją wszystkie te histeryczne mitologie Plateau, enstahsowie zaczną swoje protesty antyprogresowe, Horyzontaliści ponowią separatystyczne postulaty, na giełdach Domu pójdzie w górę parytet EM…
Najgorsze, co mogło spotkać klan McPhersonów: wybuch wojny z powodu wskrzeszeńca stanowiącego ich własność. Mała Loża i tak już zdawała się przychylać do wniosku o odebranie Gnosis monopolu na import pozacywili-zacyjnej wiedzy. Jeśli teraz -
– Pa
– Idziemy!
– Moje bagaże z Farstone -
– Nie ma pan więcej bagaży.
– Przecież -
– Co?
– Kiedy wylatywaliśmy z Farstone, obiecała mi pani, że wszystko -
– To jest wszystko.
Trzymał w rękach torbę i neseser.
– Przyleciałem z Warszawy firmowym czarterem Tranx-Polu, zabrałem mnóstwo sprzętu, kilka garniturów -
– Nie będą teraz panu potrzebne garnitury. Idziemy.
– Zaraz! Muszę zadzwonić -
– Do kogo? Po co? – Zirytowana, kopnęła w mur. -Obudź się! Co ci mówiłam? Nie przyleciałeś z Warszawy! Nie pracujesz w żadnym TranxPolu! Nie masz do kogo zadzwonić! To, co pamiętasz – to pozostałości katastrofy w twojej głowie. Dotarło wreszcie?
Przyglądał się jej z zainteresowaniem jeszcze przez długą chwilę po tym, jak zamilkła. Speszyła się, opuściła wzrok, gęste włosy zakryły twarz, odruch dzieci
– Angeliko, aniele mój, prowadź – zadeklamował, uśmiechając się pod wąsem.
I ja mam go strzec, ja mam go kontrolować. Ruszyła szybkim krokiem ku bocznym schodom. Po coś ty właściwie go do mnie posłał, ojcze? Jedyna rzecz, której nie mogli mnie nauczyć jezuici, nie nauczyła Afryka: siły i słabości mężczyzny.
Wymknęli się niezauważeni w czasie mszy. Angelika już wcześniej przygotowała konie. Odjechali na południe, potem skręcili na południowy wschód, potem na północny
wschód, wzdłuż rzeki. Kończyła się już pora deszczowa, mimo nocnej ulewy koryto było prawie suche.
Zamoyski na koniu stanowi! zaiste pocieszny widok. Oglądała się nań przez ramię, za każdym kolejnym zerknięciem miał bardziej zbolałą minę. O nic nawet nie pytał, co stanowiło najdobitniejszy dowód kompletnego pognębienia Adama Zamoyskiego.