Страница 46 из 52
Mały oddział Pia wracając z bagien zatrzymał się tuż przed sklepieniem sztolni prowadzącej do pierwszej komory składowej. Czterej wartownicy uzbrojeni w miotacze strzał szybko przeliczyli współplemieńców. Jeden z nich odetchnął głośno i roześmiał się.
– Szczęśliwa wyprawa. Wystraszyliście wszystkie bestie!
– Nie widzieliśmy nikogo – odpowiedział nadspodziewanie ponuro dowódca oddziału.
– Nikt was nie atakował? – już bez uśmiechu zapytał wartownik.
– Nikt. Bagno jest martwe. Mogliśmy dojść do najdalszych łąk, ale obawiałem się zasadzki. Coś wisi w powietrzu. Idziemy!
Oddział dźwigając wiązki drewna i worki z owocami i jagodami bezgłośnie wsunął się w korytarz. Wartownicy chwilę rozglądali się, potem jeden podrzucił drewna do ogniska i na skale rozłożył pojedynczo strzały. Oparł się plecami o kamień i wbił spojrzenie w parujące bagno. Pozostali również poprawili broń i wybrali wygodne stanowiska obro
Gdy wartownik przybiegł z meldunkiem, Den siedział na krześle ustawionym przed jednym z otworów w centralnej galerii Greez. W ręku trzymał swój stary pas podziurawiony setkami czarnych otworów. Postanowił dzisiaj wszystkie przeliczyć, ale nie zdążył nawet zacząć. Gdy usłyszał szybkie kroki Pia, napiął mięśnie, ale nie zerwał się, tylko włożył głowę w okno i obrzucił spojrzeniem przestrzeń przed sobą.
– Coś się dzieje w komnacie Kamienia! – krzyknął Pia.
Den rzucił pas i pobiegł w stronę schodów mijając Pia. Wartownik biegł za nim dysząc głośno. Drugi stał przed zakrętem korytarza wychylając ostrożnie głowę. Den zwolnił i odetchnął. Zrobił mały kroczek, uniesioną ręką zatrzymując w miejscu Pia. Korytarz był ciemny, nie paliły się w nim pochodnie i dlatego mógł zobaczyć nikły purpurowy brzask bijący ze szpary pod drzwiami do komnaty Kamienia. Nie był pewien czy nie jest to pułapka, wiedział, że nie będzie potrafił przeciwstawić się sile, której działania tak często w przeszłości doświadczał. Cofnął się za róg i przywarł plecami do ściany. Przymknął powieki i stał chwilę bez ruchu.
– Wiesz, co to jest? – zapytał wartownik, który przybiegł po niego.
Den wolno otworzył oczy i popatrzył na obu Pia. Wytarł spocone dłonie o kaftan na piersi.
– Purpura to kolor Lippysa. Tylko to wiem. Albo go zniszczyli albo… nie wiem. Zostań tu i gdyby coś się zmieniło, zawiadom mnie – powiedział do wartownika z korytarza. – A ty chodź ze mną. Zrobimy obchód.
Poszedł pierwszy, ale zanim doszedł do drzwi usłyszał głośne westchnienie z komnaty Kamienia. Zawrócił i odtrącając obu Pia pobiegł do drzwi i szarpnął je, W komnacie panowała niczym nie zakłócona cisza. I najczarniejsza ciemność. Den wolno cofnął się i zamknął drzwi. Chwilę stał z opuszczoną głową myśląc nad czymś, a potem podniósł głowę i popatrzył na nieruchomych Pia.
– Według mnie Malcon go pokonał. Ale nie cieszmy się za bardzo. Dopóki nie będziemy mieli pewnych wiadomości, musimy uważać, że nic się nie stało. Idziemy – powiedział i ruszył pierwszy.
Z korytarza wyroiły się od razu setki niewielkich, białych szczurów. Mleczna fala zalała podłogę i bezgłośnie wtargnęła na ściany jaskini. Tilie zręcznie wdrapały się na wysokość głowy Hombeta, pierwsze szeregi znieruchomiały na chwilę. Malcon zatoczył pochodnią koło nad głową, tilie nie poruszyły się; albo nie bały się ognia, albo nie widziały co to jest. Wąskie czarne oczka wpatrywały się nieruchomo w konia i jeźdźca, pęczki krótkich gęstych wąsów drżały. Żaden dźwięk nie płoszył ciszy i tak samo bezgłośnie, choć niewątpliwie na jakiś rozkaz, wszystkie tilie zaczęły posuwać się w stronę Malcona. Zeskoczył z konia i robiąc wypad uderzył pochodnią w pyski kilku najbliższych tilii. Zaskoczone wbiły się w szeregi pobratymców, ale nie wydały z siebie najmniejszego dźwięku. Malcon jeszcze kilka razy tknął pochodnią czołową falę napastników, widział, że te poparzone nakrywane są dywanem dziesiątków i setek i
Ciemność znienacka odpłynęła, świat wybuchł dźwiękiem, Malcon boleśnie wykrzywił się i otworzył oczy. Jaskrawa biel uderzyła w źrenice, przymknął szybko powieki, ale od razu je otworzył z powrotem i choć łzy zaszkliły widok, zdołał zauważyć ciemne plamy kołyszące się nad głową. Potrząsnął głową, strącając łzy, od ruchu załomotało w skroniach, lecz zobaczył wyraźnie wykrzywiona w uśmiechu twarz Hoka, a obok niej pomarszczone, poważne oblicze Fineagona.
Podniósł głowę, potem przy pomocy Hoka usiadł i rozejrzał się dookoła; był wczesny ranek, znajdowali się na tej samej, ale wyraźnie szerszej w tym miejscu drodze. Malcon poruszył ramionami i nogami, i, opierając się na ramieniu Hoka, wstał.
– Zatłukłem likaorga – powiedział jakby do siebie. – Prawie zatłukłem – uzupełnił widząc otwarte usta Hoka. – Gdybyście się nie wtrącili…
– To Ziga – prawie krzyknął Hok. – Myśmy go tylko łaskotali swoimi mieczykami – prychnął głośno. – Równie dobrze moglibyśmy kopniakami próbować wywrócić Greez.
Malcon pochylił się do Zigi, przy okazji kryjąc twarz przed przyjaciółmi, wczepił się palcami w futro na jej łbie i kilka razy szarpnął.
– Odkryła słabe miejsce tej gadziny, wiesz? – Hok tańczył obok Malcona i wilczycy. – Ona jest mądrzejsza od połowy znanych mi ludzi. Jak wyjdziemy stąd, dasz mi jednego szczeniaka, dobrze? Dobrze? – szarpnął Malcona za ramię.
– Nawet dwa, tylko niech się dowiem, jak go zwyciężyła.
– Na szczycie górki, w którą wlazłeś, znajduje się prawie niczym nie chroniona głowa. Ziga wdrapała się na likaorga i rozszarpała mu mózg. Zwalił się jak prawdziwa skała, a my tylko musieliśmy wyrąbać w jego brzuchu dziurę, przez którą cię wyjęliśmy. Dobrze się czujesz.