Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 26 из 52

– Mów! – usłyszał.

– Żadne z oczu Kamienia Wiadomości nie widziało wroga – Nikt nie odważył się zakłócić twego spokoju, panie – nie unosił głowy, przez te całe siedem lat ani razu nie widział dokładnie Maga, z sapania mógł się domyślać, że był gruby, tym bardziej, że nieraz widział jakie ilości jedzenia wędrowały do komnat Mezara.

– Dobrze patrzyłeś? – upewniał się Mag. – Od kilku dni mam szare sny.

Zimna dłoń ścisnęła mózg Dena i przytrzymała chwilę. Jęknął głośno, trochę z bólu, trochę spodziewając się, że sprawi to przyjemność Mezarowi. Dobiegł go cichy, śliski, napęczniały zadowoleniem śmiech, powstrzymał się od jęku, ale uderzył lekko głową o podłogę.

– Dobrze – dobiegł go wyrok Maga. – Miałeś młodszego brata?

– Tak, panie. Maoga miał dwa lata, kiedy ja odjeżdżałem.

– Uciekaj.

Wycofał się na kolanach pod drzwi, nie odwracając się, z pochyloną głową, przekroczył próg i dopiero, gdy drzwi zamknęły się przed nim odwrócił się i poszedł w kierunku schodów. Zszedł na najniższe piętro nie spotykając nikogo po drodze i przystanął dopiero przy jednym z wąskich okien. Wysunął głowę i popatrzył na wzgórza, zza których przyjechał kilka lat temu. Pomyślał spokojnie, że tym razem ojciec przywiezie Maoga, który zajmie jego miejsce przy Kamieniu Wiadomości. Zupełnie bez strachu przyjął wiadomość, że niedługo nie będzie potrzebny Mezarowi. Mag wiedział, a Den domyślał się, że po kilku latach służby Salcer niszczy człowieka i trzeba go zastąpić nową ofiarą. Domyślał się również co się stanie z nim, Denem, ale i to nie przyspieszyło bicia jego serca. Gdzieś pod skorupą, w której się zamknął, nieśmiało tliła się radość – oszukał Maga! Obok tej małej radości pełgała nadzieja, że komuś, kiedyś, to kłamstwo może się przydać.

Płaski dotąd korytarz obniżył się nagle, przechodząca dalej w pnące się do góry schody. W tym miejscu pochodnia zapłonęła żywym, ostrym płomieniem, ale Malcon przebiegł jeszcze kilka stopni, zanim odważył się wciągnąć ostrożnie trochę powietrza. Miało bardzo słaby obcy zapach, ale z całą pewnością nadawało się do oddychania. Dorn zrzucił na schody prawie już pusty worek i kilka razy odetchnął przez nos. Zdjął łuk i kołczan ze strzałami. Nasłuchiwał. Nic prócz jego oddechu nie zakłócało ciszy. Chwycił pochodnię i zbiegł po schodkach w dół. Przebiegł ze czterdzieści kroków zanim w ledwo tlącym się płomieniu pochodni zauważył leżącego bez ruchu Hoka, worek z Zigą i kłąb grubych jak męskie ramię, długich, białych robaków. Ciął kilka razy kłąb gulamii mieczem. Gdy część skręciła się w agonii, a reszta zakłębiła się w pospiesznym odwrocie. Malcon zarzucił Hoka na plecy chwycił worek z wilczycą pod ramię i zaczął szybko wracać ku zbawczym schodom. Po dwudziestu krokach musiał jednak porzucić Zigę i na plączących się nogach dotarł do pierwszych stopni. Potykając się i jęcząc przez zaciśnięte zęby wdrapał się wyżej i zrzucił Hoka na Ziemię. Sam zwalił się obok niego i z bulgotem zaczerpnął powietrza, po kilku oddechach odwrócił Hoka na plecy, nacisnął kilka razy na brzuch i wsłuchał się w bicie serca. Odetchnął znowu kilka razy i pobiegł po porzucony worek z Zigą. Korytarz utonął w ciemnościach, pochodnia zgasła z braku powietrza albo zgasiły ją gulamie. Malcon wyjął Gaed i w jego świetle posuwał się do przodu trzymając miecz w drugiej ręce. Białe robaki były już przy worku, ale cofnęły się szybko, sycząc i wypuszczając kłęby białego dymu. Malcon schował miecz i przyświecając sobie Gaedem, z Zigą w worku i wrócił do Hoka. Tym razem prawie zemdlał padając obok przyjaciela, ale jego ręce, prawie bez udziału świadomości, rozerwały worek, w którym wciąż nieruchomo leżała Ziga. Tym razem Malcon potrzebował dłuższej chwili, by oprzytomnieć. Podniósł się, trzęsącymi rękami chwycił worek i wytrząsnął z niego wilczycę. Przypadł do niej wysłuchując serca, a potem kilka razy uderzył mocno w klatkę piersiową zwierzęcia. Przesunął się trochę i poklepał Hoka po twarzy. Pochylał się teraz to w stronę Zigi, to w stronę Hoka, nie przestając ratować przyjaciół. Coraz silniej biły ich serca, słychać było wyraźny szmer oddechów. Ziga pierwsza poruszyła łbem, a w chwilę potem drgnęły powieki Hoka. Szeroki uśmiech rozciągnął wargi Malcona.

– Wiesz… Kiedy zobaczyłem ciemny korytarz… kiedy nie widziałem ciebie… wiedziałem, że umieram. Ale wcale się tego nie przestraszyłem.

– Akurat ci wierzę. Byłeś odurzony tym trującym powietrzem. Gdyby tak nie było, szedłbyś dalej, a nie układał się do odpoczynku tuż przed schodkami.

– Nie jestem tak dobry jak ty w nurkowaniu.

– Wśród rówieśników również nie miałem sobie równych. Na takich zabawach spędziłem całe dzieciństwo i sporą część młodości – Malcon nagle przestał się uśmiechać. – Dobrze się czujesz?

Hok pokiwał głową i położył rękę na głowie Zigi. Wilczyca dyszała ciężko, gęsta ślina spływała jej z pyska, ale – co ucieszyło Hoka – nie pamiętała o uderzeniu w głowę, a przynajmniej nie odsuwała się od jego ręki. Malcon wstał i kopnął lekko worki. Schylił się i pozbierał swoją broń, napiął cięciwę łuku, ale odłożył go pod ścianę, schował tylko nóż i miecz do pochwy, poprawił Gaed pod bluzą.

– Zostań tutaj. Ja pójdę i sprawdzę co tam jest na górze. Poczekajcie na mnie.

Ruszył w górę po schodach stawiając bezgłośnie stopy na kamie

Były okute potężnymi sztabami z żelaza, nie miały żadnego otworu na klucz, żadnych uchwytów. Ale drewno było spróchniałe a sztaby zardzewiałe, tak że gdy Malcon chwycił za jedną z nich, odłamała się prawie bez dźwięku. Pchnął drzwi najpierw słabo, potem mocniej. Zaskrzypiały, trzasnęło pękające drewno; Malcon naparł ramieniem, podważając jednocześnie drzwi ostrzem miecza. Po krótkiej walce drzwi złamały się, zawisając na jednym zawiasie, w twarz uderzył zapach stęchlizny i kurzu. Malcon wysunął do przodu ramię z pochodnią i ostrożnie przekroczył próg.

Znalazł się w dużej, ciemnej komorze zapełnionej różnego rodzaju skrzyniami, workami i beczkami. Słaby zapach korzeni wskazywał na przeznaczenie komory, ale widocznie Mezar dawno temu zapomniał o tej spiżarni – przy każdym, najostrożniejszym kroku obłoki pyłu wzbijały się w powietrze, a pochodnia mimo ostrożności Malcona co rusz wzniecała ogień w pajęczynach gęsto oplatających wszystkie złożone tu przedmioty. Skrzynie poustawiane jedna na drugiej pozapadały się, rozsypując zawartość, a gdy Malcon trącił jeden z worków zetlała tkanina pękła i na podłogę wysypało się kilka wiader okrągłych orzechów. Malcon nie zauważył, że dwa z nich potoczyły się aż do wyłamanych przez niego drzwi, jeden zatrzymał się na jakiejś drzazdze, a drugi przeskoczył przez próg i najpierw wolno potem coraz szybciej poturlał się w dół, słabo stukocząc na stopniach. Malcon nie słyszał tego odgłosu, ponieważ dotarł już do drugich drzwi. Te były w lepszym stanie, w dodatku zaopatrzone w masywną klamkę. Gdy ją nacisnął, ugięła się zgrzytając cicho i drzwi stanęły otworem.

Była to druga spiżarnia. Tu też stały beczki, skrzynie i leżały sterty worków, ale ta była używana – mocny apetyczny zapach wypełniał ją całą i obudził żołądek Malcona. Przełknął ślinę i poszedł wzdłuż szeregu pak i beczek po czystej kamie

Poznał od razu to miejsce – widział te wąskie okienka z balkonu na skale. Słońce świeciło wysoko kładąc jasne prostokąty światła na gładkiej kamie

Trzymał się ściany po lewej ręce. Z każdym krokiem odsłaniał się kolejny kawałek skalnego krużganka i z każdym krokiem rosło zdziwienie Malcona. Spodziewał się gęstych straży, czujnych wartowników, tymczasem wcale nie napotykał śladu człowieka, nie słyszał żadnych kroków, rozmów. Szedł więc ocierając się ramieniem o jasna ścianę bez śladu drzwi, prostokąty światła słonecznego stawały się cieńsze i cieńsze, aż zniknęły zupełnie, teraz tylko rozproszone światło wpadało przez wyciosane w grubej skale okna. Malcon przyspieszył nieco, teraz w tym półmroku miał większe szansę – wiedział, że każdy napotkany to nieprzyjaciel natomiast wszyscy i

Ktoś szczupły, ubrany w niebieską, luźną szatę z żółtym pasem stał przy jednym z okien z głową wciśniętą w wąską szczelinę. Malcon nie widział żadnej broni, szybko rozejrzał się, wyjął nóż i zrobił kilka szybkich, cichych kroków. Zatrzymał się tuż za mężczyzną i rozejrzał jeszcze raz. Byli sami. Wyciągnął rękę, złapał kołnierz kaftana i szarpnął do siebie. Gdy napadnięty uderzył plecami w Malcona, ten złapał go lewą dłonią za brodę i zadarł do góry. Jednocześnie przyłożył ostrze noża do szyi. Pociągnął mężczyznę za sobą i poszli razem, przytuleni do siebie. Przy pierwszych drzwiach, Malcon mocniej przycisnął nóż i przysunął się bliżej drzwi. Jeniec posłusznie nacisnął klamkę. Znaleźli się w wąskim korytarzu prowadzącym w głąb skały. Malcon przystanął przy pierwszych drzwiach po lewej stronie, ale ku jego zdziwieniu jeniec szepnął coś i szarpnął się do przodu, choć nóż przeciął skórę i wąziutki strumyczek krwi spłynął pod jego kaftan; Malcon przyjrzał się twarzy jeńca i skinął głową. Poszli dalej i zatrzymali się przy trzecich kolejnych drzwiach. Jeniec pokazał na nie ręką, a gdy Malcon kiwnął głową pchnął je. Weszli do malutkiego pokoju bez okien. Trzy cienkie łuczywa oświetlały pomieszczenie. Malcon rozejrzał się nie puszczając ofiary; niskie wąskie łóżko, prosta, drewniana skrzynia, gładkie ciemne ściany. Odwrócił jeńca twarzą do siebie i pchnął na ciężki zydel. Na stołku wsiał nowy, żółty pas.