Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 24 из 52

Malcon przystanął i odwrócił się do Hoka. Głośno wypuścił powietrze z płuc, zręcznie popuścił wiązanie worka i głęboko zaczerpnął z niego powietrza. Odczekał, aż Hok zrobi to samo, skinął głową i ruszył dalej. Hok zauważył, że idą po płaskim podłożu i że pochodnia przygasa wyraźnie. Zauważył to również Malcon, przystanął i opuścił pochodnię niżej. Poniżej kolan paliła się lepiej. Malcon odwrócił się i pokazał oczami na pochodnię. Hok skinął głową, zrozumiał, że tuż przy podłożu powietrze jest lepsze. Ruszyli do przodu.

Kilkanaście kroków dalej w ścianach pojawiły się regularne okrągłe otwory. Najpierw było ich tylko kilka, po prawej stronie, potem pojawiły się również po lewej. Były ciemne i nic się w nich nie ruszało, ale gdy Malcon po kolejnym wdechu zbliżył do jednego z nich pochodnię, usłyszeli wyraźny bulgoczący syk, a płomień zaskwierczał i zmienił barwę na jadowicie żółtą. Malcon szybko odskoczył i prawie pobiegł do przodu. Hok, czując łomotanie w skroniach, przyspieszył, ale już po kilku krokach musiał zaczerpnąć powietrza z wora. Wiedział, że przeszli chyba siedemdziesiąt kroków, wyczuwał wyraźną miękkość worka przed chwilą jeszcze sprężystego. Kropla potu spłynęła mu po czole i wpadła do oka, mrugnął kilka razy i potrząsnął głową. Malcon przystanął i zaczerpnął powietrza, choć Hok świetnie wiedział, że może to robić nie przerywając marszu. Mruknął głośno i zrobił gniewną minę popędzając Malcona. Dogonił go, wskazując brodą korytarz. Tupnął nogą i wtedy Malcon skinął głową i poszedł szybo do przodu. Byli w połowie drogi do wieży i Hok pomyślał, że jeśli tam nie ma korytarza prowadzącego dokądkolwiek, to nie zdoła wrócić. Przyspieszył, ale po kilku krokach zatoczył się i oparł o ścianę. Z pobliskiego otworu rozległ się znowu bulgot i chrapanie. Pochylił się, by oprzeć worek z Zigą o ścianę i zrobił dwa głębokie oddechy. Zawiązał worek zgrabiałymi jak od pływania w zimnej wodzie palcami i ruszył za Malconem. Widział go jak przez mgłę, ciemną postać oświetloną słabym, żółtym, pełgającym płomieniem tuż nad ziemią. Przebrnął kilkanaście kroków i przystanął, ból w płucach rozsadzał klatkę piersiową niczym klin skałę. Rozwiązał worek i zrobił dwa oddechy. Dopiero gdy przejaśniało mu w głowie i zawiązał worek uprzytomnił sobie, że nie wypuszczał powietrza, jak go uczył Malcon, tylko po prostu odetchnął dwa razy do worka. Szybko zawiązał wór i ruszył jak mógł najszybciej za Malconem. Korytarz cały czas był prosty jak lot strzały i tylko dlatego nie stracił go jeszcze z oczu, sam szedł już w całkowitych ciemnościach, świadomy narastającego za plecami szumu, podobnego do szelestu wysuszonych owoców massicy. Zacisnął zęby i przyspieszył. Nie widział tego, ale był pewien, że tajemnicze gulamie wytknęły swoje pyski z nor; czyhają na jego potknięcie, upadek, by przypieczętować śmierć ucztą z jego ciała. Wydłużył krok. Jęknął i usiłował pociągnąć nosem. Gdyby miał wolne ręce, wyciągnąłby zwitki tkaniny z nozdrzy, by zaczerpnąć pełną piersią powietrza. Zatoczył się i osunął na kolana. Stęknął i podniósł się, wyszarpnął cienki rzemyk zamykający otwór worka i kilka razy odetchnął głęboko, opanował się na tyle, że wypuszczał nawet powietrze do korytarza, odzyskał świadomość tak dalece, że spokojnie przyjął pustkę w worku. Wyssał w płuca wszystko, co jeszcze tam było, rzucił worek i pobiegł za Malconem. Przebiegł trzydzieści kroków i runął na podłoże z cichym jękiem. Szeroko otwartymi ustami złapał łyk powietrza, od razu poczuł, że jest gorzkie i kwaśne zarazem, ciepłe, stęchłe. Wdychał je wraz z drobinami kurzu u podłoża, przekręcił głowę przywaloną workiem z Zigą i zobaczył ciemność przed sobą. W korytarzu nie widać już było światełka pochodni Malcona.