Страница 2 из 52
– Oho! Jeśli Paul i Janette są choć w jednej dziesiątej tak fajni jak ich dom… – powiedziała Helen.
Mike otworzył usta by odpowiedzieć, ale jęk zachwytu dobiegający z tyłu samochodu i szczekanie podnieconego Mukiego zmusiły go do milczenia. Doprowadził samochód do podjazdu i zatrzymał. Masywne drzwi domu otworzyły się i wypadł z nich Paul, a zaraz za nim Jeanette i Chris.
– Jak to było z tym ugryzieniem? Ten łagodny cielak cię napadł? – Paul opuścił rękę i drapał za uchem Mukiego, który rozłożył się obok jego fotela. Nowofundland wiedział już, że gospodarz nie potrafi oprzeć się jego natarczywym poszturchiwaniom i nie odstępował Paula na krok.
– Ha! Przegłupia historia – Mike podniósł filiżankę i wypił łyk. – Wsiadłem z nim do windy i za szybko puściłem drzwi. No i te cholerne drzwi przytrzasnęły mu ogon, a Muki odwrócił się i wbił zęby w moją nogę. Podejrzewał pewnie, że to ja go zaatakowałem, a może po prostu ból był tak silny, że biedne psisko działało odruchowo. Najgorsze, że wcisnąłem wcześniej guzik czwartego piętra. Winda mogła ruszyć i na pewno ucięłaby ogon psu. A on pewnie wtedy całkiem odgryzłby mi stopę. Wyobrażam sobie, jak wysiadamy z windy – on z kikutem ogona, a ja ze stopą w ręce.
– Przestań! – wzdrygnęła się Jeanette. – Jesteś makabryczny!
– Samo życie – Mike wychylił się i położył filiżankę na stole. – To wymyślone przeze mnie zakończenie incydentu w windzie jest, moim zdaniem, bardzo prawdopodobne. Szczerze mówiąc, trochę się teraz boję bydlaka.
– Coś ty! – Paul wychylił się do psa. – Mordo! Zrobiłbyś coś złego komukolwiek?
Pies zrozumiał, że musi zareagować czymś więcej niż samym tylko machaniem ogona. Wstał i położył łeb na kolanach Paula.
– Muki! Idź do dzieci! No? – Helen wiedziała, że za chwilę ślina z pyska pupila wycieknie na spodnie gospodarza i postanowiła temu zapobiec. – Wyjdź! – pokazała drzwi na taras.
Pies opuścił ogon i poszedł do wyjścia. W progu przystanął i obejrzał się. Widząc gest ręki Mike’a stracił nadzieję i wyszedł wolno na taras. Przystanął na chwilę i patrzył gdzieś w kierunku, z którego dobiegały głosy dzieci, a potem, zapomniawszy o krzywdzie, puścił się pędem i po chwili radosny wrzask zdradził cel jego biegu.
W salonie na chwilę zapanowała cisza. Paul wstał i podszedł do barku na kółkach. Pchnął go w kierunku stolika, wokół którego siedzieli i rozejrzał się po obecnych.
– Komu co? My z Jeanette martini…
– Ja też – powiedziała Helen. Nie przepadała za martini, ale czuła się trochę skrępowana, choć gospodarze starali się jak mogli, by goście czuli się swobodnie.
– Jak wszyscy to wszyscy – powiedział Mike.
– Weźmiemy sobie drinki i pójdziemy, pokażę ci dom i wasze pokoje, dobrze? – Jeanette wzięła dwa koktajle i spojrzała pytająco na Helen.
– A my pójdziemy do mnie – szybko podchwycił Paul. – Pokażę ci coś, o czym sobie dzisiaj przypomniałem sam nie wiem dlaczego. To dziwna historia – przygryzł górną wargę. – Nie myślałem o tym dobre dwa lata i nagle dzisiaj mnie naszło – podał Mike’owi szklankę i pokazał drzwi, w których znikały już żony.
Przeszli kawałek korytarza i weszli na piętro, Paul minął jedne drzwi i nacisnął klamkę drugich. Weszli do gabinetu gospodarza. Mike widział kiedyś zdjęcia pokoju i teraz ponownie stwierdził, że wygląda tak, jak zdaniem niektórych powinien wyglądać gabinet człowieka niezależnego finansowo. Pełno staroci, na ścianach obrazy, masywne biurko, ciężkie kotary. Całość wydawała się sztuczna. Na wszelki wypadek Mike postarał się przywołać na twarz wyraz zaciekawienia i spokojnego podziwu zapytując się w duchu czy nie tak właśnie wygląda zazdrość.
– Nie czuję się tu dobrze – powiedział nagle Paul. Mike spojrzał na niego zdziwiony. Westchnął lekko i powiedział:
– Trochę zbyt katalogowy, nie?
– A czego można oczekiwać od dekoratora? – Paul podszedł do przeszklonej szafy i otworzył drzwi. – Naprawdę dobry fachowiec kosztuje fortunę, na takiego mnie nie stać, a przeciętniak robi z domu właśnie to, co widzisz. Nieważne… – wyciągnął z półki jakieś spore pudełko i przeniósł na biurko. – Zobacz – wskazał je brodą.
Pudło było twarde, chyba z drewna obciągniętego skórą. Skóra wytarła się i trudno było określić jej pierwotną barwę. Tylko na dłuższym boku, tuż przy dnie, widniał cienki pasek ciemnoczerwonej barwy. Mike przyjrzał się skrzyneczce i nie widząc żadnego uchwytu spróbował podnieść wieko.
– He! Nie tak szybko – Paul podszedł i odwrócił pudełko do góry dnem. Nacisnął trójkątny kawałek drewna tworzący jedną z czterech nóżek. Odwrócił skrzyneczkę naciskając mocno bok wieka. Udało się je przesunąć i dopiero wtedy Paul mógł otworzyć tajemniczy schowek.
Wewnątrz leżała rękojeść miecza. Masywny, dość toporny uchwyt zakończony był gałką, która kształtem i wielkością przypominała kurze jajo. Wykonano ją z nieznanego Mike’owi metalu, matowego, a jednak miejscami połyskującego. Z i
– O! – Paul podskoczył do Mika i chwycił rękojeść. – Tego nie odkryłem – machnął ręką kilka razy, ale gwizd nie powtórzył się. – Musiałeś jakoś sprytnie ją złapać – oddał rękojeść Mike’owi i poszedł w kierunku foteli stojących naprzeciwko biurka, zabierając po drodze oba drinki.
Mike odłożył rękojeść do pudła i podążył za Paulem, gospodarz sięgnął do kieszeni i wyjął papierosy. Zapalili i prawie jednocześnie wypuścili spore kłęby dymu. Obaj wyglądali na nieco skrępowanych i obaj zdawali sobie z tego sprawę. W końcu Paul machnął ręką z papierosem. Dym wyrysował w powietrzu skomplikowany wzór.
– Nie rozumiem, dlaczego pokazuję ci ten zabytek, nie dając nawet czasu na odpoczynek po podróży. Ale tak mnie to męczy, jakby to była bardzo ważna i nie cierpiąca zwłoki sprawa. Jakbym się bał, że zapomnę – wzruszył ramionami i umoczył wargi w szklance. Mike powtórzył jego gest. – Mam ten miecz kilka lat. Kiedyś strasznie mnie intrygował i bawił, ale później odciągnęły mnie i
W czasie odgruzowywania piwnicy tego pałacyku znaleźli go robotnicy. Najpierw odłożyłem znalezisko gdzieś do kufra, a potem pewnego dnia wyjąłem i jakiś czas nie robiłem nic i
Mike skinął głową i wstał. Podszedł do biurka i przyjrzał się rękojeści, a potem wziął całe pudełko i przyniósł do stołu, przy którym siedzieli. Usiadł, trzymając kasetę na kolanach.
– Zacząłem studiować literaturę, żeby wyjaśnić co to za miecz, skąd się tu wziął i dlaczego może być ważny. I wiesz, co mi wyszło? – Paul nachylił się do Mika i wycelował wskazujący palec w szczątki broni. – Nic się tu nie zgadza! Zobacz… – wyprostował kciuk -…miecz jako broń jest znany od epoki brązu, a ten, nie dość, że ma nietypowy jelec – to te poskręcane pręty – pokazał palcem -…to jest dużo starszy niż być powinien. Udało mi się zeskrobać trochę metalu z uchwytu. Żeby było śmieszniej, z głowni, czyli tego złamanego ostrza, nie udało mi się nawet przy pomocy diamentowego wiertła uzyskać nawet opiłka. Rozumiesz? Twarde jak cholera, a za skarby nie powi
Paul zamilkł i wbił spojrzenie w ścianę. Mike dotknął rękojeści i przejechał delikatnie palcami po splotach trzonu. Wcale nie były zimne.
– Pokażę ci ten dokument – Paul stęknął i wstał z fotela. – Znalazłem go na dnie szkatuły, dałem do przetłumaczenia i… – Paul podszedł do biurka i zaczął trzaskać szufladami szukając dokumentu. Znalazł go w czwartej i podał Mike’owi, który położył ostrożnie kasetę na stole i otworzył cienką teczkę. Wewnątrz było kilka kartek maszynopisu.
– Żeby było szybciej powiem ci, że to jest fragment spowiedzi jakiegoś szlachetki, który brał udział w trzeciej i czwartej krucjacie. Z tej ostatniej… – Pamiętasz cokolwiek? – zapytał nagle i nie czekając na odpowiedź wyjaśnił: – Rozpoczęła się w 1202 roku, zakończyła w dwa lata później. Zupełnie się nie udała, bo krzyżowcy idąc na Palestynę aby odbić Jerozolimę zostali wciągnięci przez Wenecję w wojnę z Bizancjum i w końcu zdobyli Konstantynopol. Tam właśnie szlachcic de Lavignac w zakamarku splądrowanego pałacyku jakiegoś tureckiego dostojnika znalazł tę kasetę i dużą księgę, której fragment przetłumaczył mu jeniec. To wszystko opowiedział na spowiedzi zako
Oślim był mi bardzo wdzięczny za uratowanie wnuczki z rąk moich kamratów. Chciał mi oddać swoje oszczędności, alem ja ich nie chciał. Pokazałem mu księgę, com ją był znalazł w pałacu Tuterbeja i kazałem sobie przetłumaczyć. Stary padł przede mną na kołana i błagał, bym odstąpił od zamiaru, alem się zaparł. Tedy on poprosił, abym przyszedł z wieczora, a on mi wtedy rzecz całą przetłumaczy. Uwierzyłem mu i do dziś nie mogę sobie tego darować, bo kiedym przyszedł o zmroku okazało się, że pies ten, rodzinę gdzieś ukrywszy, a przede wszystkim wnuczkę swoją, spalił całą księgę. Gdym to usłyszał, złość mnie wściekła porwała i jużem miał mu głową zdjąć, gdym zobaczył, że kilka kart wyrwanych z onej księgi na stole leży obok rękojeści miecza z puzdra wyjętej. Przemówiłem do siebie i gniew powściągnąłem. Spokojnie go zapytałem po cóż to zrobił, a on płaczem wybuchnął i błagał, bym do niego złości nie żywił. I mówił, że księga ta nikomu niczego dobrego dać nie może, a zło jeno i wszeteczności i ohydy wszelakie. Miała to być księga panowanie Szatana zwiastująca, a każdy, kto ją miał przeczytać, władcy piekielnemu odtąd służyć musiał. Oślim tłumaczył mi, jakoż nawet Turcy księgi tej się bali i przez to ją schowali. Najpierwem się był wystrachał, że tak blisko zło mię było, ale potem, gdym nieco ochłonął, przypomniałem sobie iż nigdym o takowej księdze nie słyszał. A przecie pilniem na nauki uczęszczał i nie masz w mojej okolicy chrześcijanina spieszniej niż ja Panu naszemu służącego. Kazałem zamilczeć Oślimowi, a sam uklęknąwszy pacierz odmówiłem i poleciłem się Najjaśniejszej Panience z Ca