Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 17 из 52

– Ha! – Malcon pozwolił sobie na lekki uśmiech. – Jest jeden sposób na Magów. Podobno… – czuł, że stosunek Pia do nich zmienił się, że chyba im uwierzyli i teraz chciał ich zaskoczyć.

– Właśnie – Pashut zrobił krok w ich kierunku. – Jak chcesz to zrobić?

Dorn sięgnął ręką za koszulę i szybko ją wyjął, słysząc ostry świst. Strzała uderzyła w kamień tuż u jego stóp i – po wyłupaniu krótkiego rowka – poleciała pod ścianę. Pashut rozciągnął wargi w uśmiechu i – choć był o wiele niższy od Malcona – młodemu królowi nagle wydało się, że przerasta go.

– Chcę wam pokazać czym chcemy walczyć z Magami.

– Pokaż więc – powiedział Pashut wciąż z uśmiechem na twarzy.

Malcon sięgnął szybko w zanadrze i wyjął omotany skórzanym pasem Gaed. Odwinął pas i pokazał ułamek miecza. Błyszczący koniec klingi ściągnął spojrzenia wszystkich obecnych.

– Tawi! – szepnął jeden z milczących dotychczas Pia.

– Gaed – powiedział głośno Malcon.

Pashut zrobił ruch jakby chciał sięgnąć po Gaed, ale zatrzymał rękę w pół ruchu. Podniósł głowę i spojrzał na Malcona.

– Rzuć w ogień! – powiedział.

Malcon otworzył szeroko oczy. Poruszył wargami, ale nie zdążył niczego powiedzieć, bo Hok odwrócił się do niego i syknął:

– On ma rację. Zapomniałem o tym. Rzuć.

Dorn wyciągnął rękę i puścił rękojeść, która wpadła w ogień, łamiąc jedno z przepalonych polan. Stado iskier wyrwało się z ogniska i poszybowało chwiejnie w górę, ale nikt nie zwracał na nie uwagi. Spojrzenia utkwione były w zanurzonej w żarze rękojeści. Pashut przykucnął nawet i z bliska, przygryzając górną wargę, patrzył w ogień, po chwili sięgnął za siebie i ujął w dłoń jedno z polan. Wygrzebał nim Gaed z żaru i pchnął w kierunku Malcona. Król Laberi pochylił się i chwycił rękojeść. Zacisnął zęby oczekując bólu, ale od razu rozluźnił się i uśmiechnął szeroko. Wyciągnął rękę w kierunku Pashuta. Tamten odwrócił się do pozostałych Pia i powiedział:

– To przyjaciele i nasi goście. Nie istnieją życzenia, których nie mogliśmy spełnić.

Hok wytarł usta i wypił duszkiem kubek wina, spojrzał na Malcona i westchnął. Z żalem patrzył na misę, w której lśniły tłuszczem kawałki pieczonego taura i odchylił się do tyłu.

– Zapomniałem ci powiedzieć, że ogień nie ima się Gaeda. Co prawda nie wiem, czy każdy może go wziąć bezkarnie w dłoń i chyba nie będę próbował.

Malcon rzucił wilczycy ogryzioną kość, ale Ziga, otumaniona jeszcze resztkami usypiającego dymu obwąchała tylko gnat i odwróciła łeb. Patrzyła w wylot korytarza.

– Myślisz, że Pia nam pomogą? – zapytał Malcon i położył się na miękkiej skórze z ręką pod głową.

– Zobaczymy – Hok wzruszył ramionami i sięgnął do dzbana. Nalał wina do swojego kubka i sięgnął po kubek Malcona. Napełnił naczynie i podsunął przyjacielowi. – Skoro oni nie wychodzą nigdy ze swych jaskiń, to mogą nam pomóc tylko ukrywając w razie potrzeby.

– Ee, nie tylko. Mogą…

Ziga warknęła cicho i podniosła łeb. Malcon podniósł się i usiadł, wraz z Hokiem odwrócili się w stronę wylotu.

Do jaskini wszedł Pashut i mężczyzna, którego przedtem nie widzieli. Był bardzo wysoki, o trzy głowy wyższy od Pashuta, wyższy od obu młodych władców. Miał równie białą jak Pia twarz, ale ciemne włosy krótko ścięte, a długi haczykowaty nos zawisł nad górną wargą i prawie się z nią stykał. Pashut podszedł od razu do Malcona, a jego towarzysz zatrzymał się chwilkę w progu i dopiero potem zbliżył się do wyścielonego skórami kąta. Skłonił się, wysuwając zgięte w łokciach ręce do przodu.

– To jest Kaplan – powiedział Pashut. – Jedyny, prócz was, obcy w podziemiach Pia. Nasz najlepszy słuchacz – dodał z dumą.

– Nie rozumiecie tego – odezwał się Kaplan. I dodał: – Wysłuchuję mowy zwierząt. Dzięki nietoperzom wiedzieliśmy o was. Powiedziały mi to – uśmiechnął się. Nos zjechał jeszcze niżej i prawie zahaczał o odsłonięte zęby.

– Myślę, że z jego pomocą szybciej się dogadamy. Zna mork i obyczaje niemieszkańców Yara – powiedział Pashut. – Przybył już goniec od naszego króla – zmienił nagle temat. – Jest chory i nie może z wami się spotkać, ale kazał udzielić wszelkiej pomocy jakiej możecie od nas potrzebować… – zawiesił głos i Malcon zrozumiał, że powinien udzielić odpowiedzi na to niezadane pytanie. Wskazał ręką skóry, z których on i Hok przed chwilą się podnieśli i usiadł, odczekawszy aż Pashut i Kaplan usiądą. Skubnął wąs, zastanawiając się od czego zacząć.

– Chcemy zniszczyć Magów – powiedział cicho i popatrzył najpierw na Hoka, a potem na Pashuta. – Hok chce wrócić ze swoim narodem na ziemie, które zawsze były ziemiami Enda. A ja muszę przywrócić dawny blask i potęgę Laberi. Ale aby to się stało, muszą zginąć wszyscy trzej Magowie. Mam Gaed, widziałeś go – zwrócił się do Pashuta. Ten kiwnął głową. – Nie za bardzo wiem jak można tym ułomkiem zabić Mezara, ale będę próbował.

– Jak możemy ci pomóc? – zapytał Kaplan.

Malcon wzruszył ramionami. Od chwili, gdy Pia przestali uważać go za wroga zastanawiał się jak zmieniło to sytuację, jak wykorzystać niespodziewanych sprzymierzeńców i nic mądrego nie przychodziło mu do głowy. Westchnął głęboko i zmarszczył lekko brwi.

– Nie wiem. Nie spodziewałem się pomocy. Obecność Hoka też jest niespodzianką, a o was nie słyszeliśmy w ogóle. Może najpierw opowiedzcie coś o sobie.

Pashut pochylił się i sięgnął do kubków, nalał do dwóch i podał Malconowi i Hokowi, potem napełnił następne dwa, jeden złożył w dłoń Kaplana i łyknął ze swojego. Odstawił naczynie i przejechał zgiętym palcem po wargach.

– Jeśli jesteś Enda, to powinieneś wiedzieć, że dawno temu nasze ludy sąsiadowały ze sobą, choć nie były zaprzyjaźnione. Nie były też wrogami. Po prostu – mieliśmy swoje życie, wy – swoje. Zamieszkiwaliśmy krainę jezior, na południowy zachód od waszej stolicy – patrzył cały czas na Hoka, który z coraz większym zdumieniem patrzył na Pashuta.

– Piogowie? – powiedział wolno Hok i wyciągnął palec w kierunku Pia.

– Tak nas nazywaliście – pokiwał głową Pashut. – Nie wchodziliśmy sobie w drogę i prawie zupełnie nie stykaliśmy się ze sobą.

– Nie potrzebowaliście nas – powiedział Hok, jakby się usprawiedliwiał ze spraw, w których nie brało udziału już kilkanaście pokoleń.

– I wy nas również – powiedział nieco ostrzej Pashut, ale zaraz uśmiechnął się, by zatrzeć wrażenie. – Zresztą to bardzo stare dzieje – machnął dłonią. – W każdym razie, gdy Enda wyszli z Yara, a pozostali nazwali się Tiurugami, gdy rozpanoszyli się tu Magowie, nasza ojczyzna przemieniła się w błotnistą równinę. Nie mogliśmy na niej mieszkać – wilgoć i trujące opary niszczyły nas, choć ani Magowie ani Tiurugowie nie interesowali się nami. Tylko my znamy kilka dróg prowadzących w głąb moczarów, ale przeprowadziliśmy się do pieczar. Tu teraz żyjemy, ale nie będę ukrywał, że z przyjemnością wrócilibyśmy nad jeziora. Dlatego pomożemy wam we wszystkim – zakończył i sięgnął po kubek.

– Magowie nie próbują was… – Malcon machnął ręką nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa.

– Wykurzyć? – zapytał Pashut i uśmiechnął się, niezbyt szczerze, bo oczy… Oczy zostały poważne i kłuły nieprzyjemnie. – Nie mogą. Mamy coś, czego się obawiają… – umilkł i niewidzące spojrzenie wbił w ścianę za Malconem, jakby szukał tam rady.

Nastała cisza. Jakiś kamyczek oderwał się od stropuj i spadł na podłogę obok wilczycy. Zerwała się, rozglądając niespokojnie wokół. Wszyscy, oprócz Pashuta, popatrzyli na nią. Ziga nie odkryła żadnego niebezpieczeństwa przeciągnęła się i podeszła do Malcona. Ułożyła się z nosem tuż obok kolana króla. Hok chrząknął.

– Niewiele jest rzeczy, których obawiają się Magowie – powiedział z namysłem.

Pashut spojrzał na niego, a potem na Kaplana. Malcon domyślił się, że oni trzej wiedzą coś, czego on nie wie i otworzył usta, by spytać o czym mówią, ale nie wydał z siebie dźwięku. Coś w oczach Kaplana zastanowiło go i zaciekawiło. Starając się, aby nikt tego nie zauważył, zaczął przyglądać się twarzy „słuchacza” z nosem jak hak abordażowy.

– Właściwie są tyko dwie takie rzeczy – powiedział Hok cicho i pochylił się w kierunku Pashuta.

– Tak – powiedział tamten i podniósł jedną z kłód. Chwilę ją oglądał i włożył w ogień. Poruszył drewnem i odwrócił się do Malcona. – Musimy przynosić drewno z bagien. Suszymy je w ciepłych jaskiniach, to jest bardzo kłopotliwe. I uciążliwe – dodał z całą powagą, jakby nie widział napięcia w twarzy Hoka i niecierpliwego gestu jego dłoni.

– Macie Ma-Na! – krzyknął Hok.

– Tak – znowu powiedział Pashut.

Hok zerwał się na równe nogi, Ziga poderwała się również. Pozostali nie poruszyli się.

– Znaleźliście Ma-Na – wycedził przez zęby Hok. – Jest nasz. Nasz! – krzyknął.

– Jeśli tak wam na nim zależało, to dlaczego zostawiliście go Magom? – skrzywił się Pashut lekceważąco.

Nieprawda! Straciliśmy go w walce. Tiurugów było całe morze, a nas tylko kilkuset. – Hok głośno przełknął linę. – Za ten łańcuch oddało życie prawie dwustu Enda…

– Ale teraz jest nasz – przerwał Pashut. – Usiądź – okrągłym gestem wskazał Hokowi skóry, z których tamten przed chwilą się zerwał.

Malconowi wydało się, że Pia chce coś ważnego powiedzieć, pochylił się i dotknął kolana Hoka, a gdy tamten obejrzał się, kiwnął kilka razy głową. Hok Loffer rozejrzał się wokoło i usiadł.

– Może i ja bym się dowiedział, o co się kłócicie – powiedział Malcon. Miał nadzieję, że najkrótsze nawet wyjaśnienie uspokoi antagonistów, a poza tym rzeczywiście nie rozumiał, o co im chodzi.

– Zacznij ty – powiedział Pashut do Hoka. – Wiesz lepiej, jaki był początek.

Hok duszkiem wypił swoje wino i zagryzł wargi. Chwilę milczał.

– Ma-Na to Magiczny Łańcuch Pętający Zło. Nie wiemy skąd pochodzi, tak samo jak nie wiemy skąd wziął się w ręku Cergolusa Gaed. Kto wie, może Gaed i Ma-Na nie pochodzą z tego samego źródła. Na pewno Cergolus chciał mieć ten łańcuch, ale nie próbował zabrać go siłą plemieniu Enda. Potem zło zalało naszą ojczyznę jak lawa wulkanu i Ma-Na został tutaj. Byłem pewien, że mają go Magowie – wzruszył ramionami i zamilkł.