Страница 15 из 52
Teraz jego ciało drgało na podłodze ciemnego lochu w zamku Czerwonego Maga, a jaźń odbywała lot. Śpieszył z powrotem, wiedział, że dobiega kresu żywota, a zaszczepione od dziecka posłuszeństwo, tylko raz nie dość gorliwie okazane, kazało mu śpieszyć z nowiną o dwóch intruzach do swego pana. Latające Oko przyfrunął do zamku na wyspie nie mając nawet sił do krzyku. Opadł na obszerny placyk na szczycie jednej z kopulastych wież i gdy uczynił wysiłek, aby przenieść się do piwnicy, ożywić choć na krótko swe ciało i powiadomić o nieprzyjaciołach w Yara, jego umęczone ciało drgnęło po raz ostatni i zamarło. Nikt się tym nie przejął, śmierć kolejnego latającego zwiadowcy nikogo nie zaskoczyła. Ciało wyrzucono poza mury w bagno na żer olbrzymim xitom, a słudzy przywlekli do komnaty uśpienia kolejną ofiarę, żeby w każdej chwili był gotowy kolejny zwiadowca do lotu nad Yara.
Malcon zobaczył kątem oka, że Hok poprawia koszulę, wciskając ją głębiej za pas. Pochylił się, nie spuszczając oka z tunelu i poklepał Zigę. Jej uszy drgnęły nieznacznie. Malcon wyprostował się i w tej samej chwili zza skały kryjącej wejście do podziemnego korytarza wyszli dwaj mężczyźni. Przystanęli od razu. Od Malcona i Hoka dzieliło ich dziesięć – dwanaście kroków.
Obaj byli niscy – sięgali Malconowi do pasa – i krępi. Twarze mieli mlecznobiałe, a włosy bardzo jasne. Ich kolor można było określić tylko po kilku pasemkach wystających spod obcisłych skórzanych kapturów. Mieli na sobie ubrania ze skóry, na łokciach i kolanach naszyte grube łaty. Trzymali w dłoniach jakieś kije, Malcon od razu zwrócił uwagę na to, co mogło być bronią i najpierw zlekceważył drągi nieznajomych. Dopiero po chwili, gdy i on, i nieznajomi obejrzeli siebie w ciszy, popatrzył na broń jeszcze raz i wtedy zrozumiał, że nie są to nieszkodliwe wobec ich mieczy kije, lecz rodzaj kuszy – w wąskich szczelinach, biegnących od połowy długości kija do jego wylotu, spoczywały krótkie strzały. Malcon otworzył usta, chcąc przestrzec Hoka, ale jednocześnie jeden z mężczyzn, stojący bliżej korytarza, powiedział coś. Malcon zmarszczył brwi i spojrzał na niego. Mężczyzna odczekał chwilę i powiedział, wolno:
– Albaz ure wołki?
Hok pokręcił głową. Malcon szybko zapytał:
– Kim jesteście?
Drugi mężczyzna drgnął i otworzył usta, ale nic nie powiedział.
Pierwszy podniósł rękę i wskazał miecz Malcona, a potem Hoka. Jego palec skierował się ku kamie
– Chyba chce, żebyśmy rzucili miecze – powiedział Malcon nie odwracając się od przybyszy. – Mają jakieś łuki – dodał.
– Te kije? – zapytał cicho Hok.
Obaj mężczyźni poruszyli się i nagle, zanim Malcon zdążył odpowiedzieć, Hok błyskawicznie skoczył do koni i szarpnął łuk Malcona. W tej samej chwili światło w jaskini przygasło, a z korytarza wypadło coś, co okazało się małym workiem ze skóry, który potoczył się po podłodze i znieruchomiał. Młodzieńcy wpatrywali się w worek, gdy strzała z korytarza przeszyła na wylot cienką skórę a z otworów wypełzł biały dym. Malcon ostrożnie wciągnął nosem powietrze i poczuł, że chwieje się na nogach, usiłował odsunąć się od białego obłoku, coraz rzadszego, i coraz mniej widocznego, zatańczył w miejscu, poprzez opadające powieki zdążył zobaczyć jak Lit opada na ziemię, podnosi się na przednich nogach i wali na bok. Drugi biały obłok wybuchł pod powiekami.