Страница 56 из 62
– Rozumiem. Ale… Ale z nią też nie jest dobrze. Chyba zmienia kolor.
– Fakt. Strasznie zbladła.
– No jasny szlag!!! – Baruch wydarł się na swoich zbrojnych. – Chyba ktoś umie opatrywać rany?
Jeden z najemników parsknął śmiechem. Potem jednak zeskoczył z konia.
– Wystarczy przyłożyć szmatę i trzymać mocno. Albo się wykrwawi, albo nie.
I
– Nie jestem od chorób kobiecych – wydukał.
– Ona jest ra
– Aaaaa… – potrząsnął głową, masując sobie szyję. Właśnie zrozumiał, że go nie chcą zabić, a jedynie potrzebują fachowych usług. – Szkoda, że nie mogłem zabrać swoich instrumentów z domu.
– Czego potrzebujesz?
– Tętnica nieuszkodzona, bo już by nie żyła. Więc teraz wystarczą igły i nici. Zaraz jej tyłek zaszyję.
– Krawca! – ryknął Baruch na swoich. – Przywieźcie najlepszego krawca w okolicy!
– Nie, nie, nie – usiłował go powstrzymać medyk. – Wystarczy igła i nitka.
– A ty umiesz szyć? – bankier był podejrzliwy. – Potrafisz zrobić ładny ścieg? To przecież cudzy tyłek, a nie kiecka, którą można wyrzucić, jak się nie uda.
Luański medyk, wyraźnie spokojniejszy niż na początku, wzniósł oczy ku niebu i westchnął.
– Dobrze. Przywieźcie najlepszego krawca. On też to zrobi dobrze, jeśli tylko nie zemdleje.
Shha z trudem odwróciła głowę. Była naprawdę osłabiona.
– Siostra. Nic mi nie będzie. Idź do koleżanek, proszę…
Medyk ostrożnie rozbierał Shhę, chcąc zobaczyć, czy nie ma i
– Najlepszego w Syrinx krawca!!! – darł się Baruch.
– Może od razu szewca? Nogi też ma obtarte – Luańczyk właśnie zdjął dziewczynie buty. – Może też tkacza? Bo jest odparzenie na łopatce od skórzanej kurtki noszonej w upale i plecaka. I górnika! Bo jest pryszcz do wyciśnięcia na szyi.
– Jeszcze jeden głupi dowcip i…
Shha powtórzyła:
– Nic mi nie jest, siostra. Idź do dziewczyn.
W oczach Achai pojawiły się łzy.
– Nie ma już żadnych dziewczyn!
– Idź do tych, które zostały. Idź, proszę!
Achaja chwyciła ją za ramię i uścisnęła lekko. Łykając łzy, odwróciła się i pobiegła na pole bitwy. Zwolniła pomiędzy leżącymi ciałami. Zatrzymała się nad dziewczyną, która już odchodziła, i z trudem dotknęła jej nogi.
– Ja wiem… – powiedziała ledwie słyszalnym szeptem – że żołnierz po bitwie i po tylu stratach ma prawo zadać oficerowi tylko jedno pytanie…
– Jakie?
– Czy atakujemy dzisiaj jeszcze raz, pani major?
Achaję coś ścisnęło w środku. Nie mogła rozewrzeć szczęk. Dziewczyna na bruku właśnie umierała. To był jej ostatni wysiłek.
– Czy atakujemy dzisiaj jeszcze raz, pani major? – powtórzyła.
Bezruch. Ulotna chwila równowagi z wszechświatem.
– Nie sądzę, żołnierzu – powiedziała nagle do martwego ciała. I przypomniała sobie, że jest oficerem. „Czy atakujemy dzisiaj jeszcze raz?”. No pewnie!
Zaczęła wydawać rozkazy.
– Mayfed! Psia twoja mać!!! Zanieś Zarrakh do wozu Barucha. Potem zanieś Bei!
– Tak jest!
Podeszła do kapitana grenadierów i postawiła ją na baczność.
– Wszystkie rezerwy skierujecie na poszukiwanie miejscowych medyków. I to już! Mają tu przyjść z narzędziami. Wynosić stoły z domów i ustawiać pod ścianami. Chcę mieć tu zorganizowaną pomoc. Wykonać!
– Tak jest!
– Marbe!
– Co?
– Nie „co”, kurwa, tylko meldujesz „słucham”!!! Bo wyjmę miecz i zacznę napierdalać!
Marbe przełknął ślinę. Tym razem nie odważył się jej spoliczkować. I nie chodziło o księżniczkę. Ale o majora. Tego dnia zaczynały się zupełnie i
– Słucham.
– Przestań zajmować się rzeźbieniem w pojedynczych przypadkach. Zaraz dostaniesz kilkudziesięciu miejscowych medyków. Za chwilę będziesz miał kilkadziesiąt stołów pod ścianami domów i obsługę. Zorganizuj im pracę.
– Eee…
– Wykonać!
– Tak jest! – stanął na baczność.
Achaja dopadła jakiegoś porucznika piechoty.
– Co ty mi się tu, kurwa, pętasz pod nogami? Nie masz nic do roboty???
– Ależ pani major, ja…
– Stul pysk. Zorganizuj miejscowych, którzy chcą pomagać, w drużyny. Niech przenoszą ra
– Ale…
– Ale już! Wykonać!
– Tak jest!
Nagle z tyłu rozległ się cichy głos.
– Nie przejmuj się tak, kochanie.
Odwróciła się na pięcie. Biafra. W otoczeniu świeżutkich żołnierzy drugiego rzutu, z oficerami w galowych mundurach, z w pełni wyekwipowanym i wyposażonym wojskiem, które wyglądało na tym morzu ciał jak zjawisko z i
– Chciałam ci przypomnieć, że ja tu dowodzę! – wydarła się.
– Chciałem ci przypomnieć, że ja tu dowodzę – powtórzył jak echo, ale znacznie ciszej.
Jego olśniewający uśmiech. Spojrzenie przedziwnych, czarujących oczu. Lekkie skrzywienie głowy… O kurde! Ale go kochała. Ale kochała tego wrednego gnoja. Sprawiał, że miękła. Robił to samym spojrzeniem. Miał oczy dziecka i oczy mężczyzny jednocześnie. Ufne oczy dziecka i wredne oczy węża, które potrafiły paraliżować ofiarę. To wszystko w jednym. Sukinsyn, kłamca, morderca, łotr i… biedny chłopczyk, potrzebujący ciepła i opieki, taki ładny, taki miły, tak bardzo ufny. Ktoś, kogo natychmiast trzeba przytulić i pieścić. Głaskać po główce. Całować. Bezwzględny, twardy mężczyzna i mały, ufny chłopczyk. Jak to w nim się mieściło naraz?
Ruszył przez morze ciał, przytykając do nosa perfumowaną chusteczkę. Zapach krwi i fekaliów nie był tym, do czego przywykł. Usiłował wyłowić spośród leżących znajome twarze. Sceny jak ze snu. Bei kucająca ciągle i powtarzająca jak zaklęcie: „Zaraz się mną ktoś zajmie, zaraz się ktoś mną zajmie…” Harmeen powtarzająca również w modlitewnym rytmie: „Nic mi nie jest, nic mi nie jest, naprawdę nic mi nie jest…” Szesnastoletnia kapłanka w stopniu chorążego, która jednak dowiodła, że potrafi wykonywać rozkazy. Klękała przy ciężko ra
Martwa Jakee, której obcięto ręce, martwa La
A
– Pani pułkownik!
Pierwsza Nałożnica Cesarstwa spojrzała na niego zdrowym okiem.
– Odejdź.
– Pani pułkownik!
– Oszpecili mnie. Wybili mi oko… – usiłowała unieść się na łokciu, ale jej nie wyszło. – Nie chcę żyć oszpecona, bez oka, z blizną na twarzy.
Wszyscy wokół widzieli łzy płynące po prawym policzku i krew sączącą się spod dłoni przyłożonych do lewego.
– Medyk! Medyk!!!
– Nie chcę być brzydka!
Zanim Biafra zdążył ją powstrzymać, sięgnęła do małej skrytki umieszczonej w pasku na nadgarstku, wyjęła z niej malutką buteleczkę. Co najmniej dwóch żołnierzy rzuciło się, żeby ją powstrzymać, ale A
– Pani pułkownik!!! – wył Biafra. – Pani była naszym najlepszym agentem. Pani uratowała Królestwo Arkach…
– Żegnaj Achaja – szepnęła niewyraźnie A
Jeden z ostatnich żołnierzy Ciężkiego Dahmeryjskiego Korpusu Szturmowego podszedł do Biafry. Miał jeszcze ra
– Nie umiera pani – powiedział chłopak.
– Co??? – podskoczył Biafra.
Chłopak w pokrwawionym, dahmeryjskim mundurze wzruszył ramionami.
– Nic jej nie będzie.
– To trucizna! Najgorsza, jaka jest! – jęknęła A
– Wie pani – wyjaśniał chłopak. – Bo myśmy się wszyscy w pani kochali. Cała męska połowa korpusu, a nawet trochę naszych bab. Mieliśmy warty w pałacu i wręcz ciągnęliśmy losy, kto będzie stał przy drzwiach pani sypialni. Ja wygrałem aż sześć razy. Wszyscyśmy się w pani kochali. Najpiękniejsza kobieta świata…
– Do rzeczy, człowieku – przerwał mu Biafra.
– No mówię… Wszyscyśmy się w pani kochali. Wszyscy chłopacy i jeszcze trochę dziewczyn nawet. A warty w pałacu to nasze zadanie było, nie? No i… Jak kazali rozdać notablom truciznę, jak już walki uliczne były, tośmy z chłopakami se jasno powiedzieli…
– Co?
– No, że nie damy najpiękniejszej kobiety świata na zatracenie. Nie ma mowy.
– Bogowie – A
– W pani butelce była woda z solą – wyjaśnił chłopak. – Woda z solą i już. Ni chuja żadnej trucizny nie pozwoliliśmy pani mieć.
Achaja otworzyła usta. Biafra zaczął się śmiać.
– No i coście narobili?!!! – A
– No bo myśmy jeszcze coś ustalili ostatniego dnia.
– Co? – tym razem zainteresował się Biafra. Wodził wzrokiem, niezbyt przytomnie, od jednego do drugiego.
– No… ustaliliśmy jeszcze, że ten, kto przeżyje ostatnią walkę, to oprócz kasy oddziału będzie miał… będzie miał panią. Najpiękniejszą kobietę na świecie, o której wszędzie krążą legendy.
A
– Ocipiałeś? – wrzasnęła i skurczyła się z bólu. – Jestem zeszpecona, bez oka. Jestem potworem, bo odkleja mi się pół twarzy!
Chłopak tylko się uśmiechnął.