Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 22 из 62

ROZDZIAŁ 6

Meredith zmierzał do Syrinx przez kraj ogarnięty wojną. Nikt go jednak nie atakował, nikt nie usiłował uczynić mu żadnej przykrości. Czarownik, choć w tak strasznie zniszczonym płaszczu, zawsze był kimś, kogo zwykli żołnierze, a nawet przestępcy i maruderzy woleli nie ruszać.

Meredith rozmyślał o słowach Wirusa, o świecie, o woli Bogów. Przypomniał sobie przykład z mrówką. Przypomniał sobie opowieść o maleńkim stworzonku, które ginie pod sandałem człowieka, nie z jego woli przecież, a tylko przez przypadek. Człowiek jest mądrzejszy niż mrówka, czy więc nie byłby skło

Skoro więc człowiek byłby w stanie przyznać mrówe prawo do obrony przed człowiekiem, to czyż Dobrzy Bogowie nie powi

Wzruszył ramionami. Zaczynał myśleć coraz bardziej naiwnie. Nie miał pojęcia, czy to zmęczenie, czy Wirus sprowadzał go na manowce zdrowego rozsądku. Jaka mrówka? Szlag. Co za bzdury. Zatrzymał się, widząc luańskiego setnika wraz z kilkoma żołnierzami, którzy kłusowali, zmuszając ciągnący drogą tłum do ustępowania na pobocze. Oddział zwolnił nieco, oficer rozglądał się wokół. Twarz drgnęła mu wyraźnie na widok Mereditha. Zrobił ruch, jakby chciał wydać rozkaz jeszcze szybszej jazdy, ale dłoń zamarła mu w pół gestu. Zatrzymał konia i zeskoczył lekko.

– Jesteście czarownikiem, panie – ni to spytał, ni stwierdził.

Meredith nie odzywał się. Setnik wyjął z woreczka zawieszonego na szyi wahadełko i wyciągnął je przed siebie w lekko drżącej ręce.

– Pan Meredith? – miedziana igiełka wychyliła się gwałtownie i zawisła na nienaturalnie wyprężonym sznurku.

Czarownik skinął głową. Pewnie wynajęli jakiegoś kolegę po fachu, żeby go znalazł. Dzieci

– Panie… Cesarz wzywa – powiedział setnik. – Czy zechcecie się stawić?

Meredith odruchowo rozejrzał się wokół. Chłopi i mieszczaństwo ciągnące drogą, by ujść nacierającym armiom, na sam dźwięk słowa „cesarz” pochyliło głowy w pełnych szacunku ukłonach. Mniej odważni klękali na poboczu drogi.

– Tak – powiedział. Gdyby Wirus miał i

Setnik odetchnął lekko. Jego oczy ciągle prześlizgiwały się po zaniedbanym ubraniu czarownika. Nie mógł uwierzyć, że sam cesarz może mieć sprawy do takiego oberwańca.

– Jeździcie ko

– Owszem. Choć wolałbym niezbyt szybko.

– Oczywiście, panie – setnik jednym oszczędnym ruchem dłoni sprawił, że najbliższy żołnierz zeskoczył z siodła i splótł ręce, chcąc pomóc czarownikowi we wsiadaniu. – Niedaleko mamy podwody, ale teraz trzeba ko

Meredith uniósł brwi. Nie sądził, że jest aż tak źle. Omijając splecione dłonie żołnierza, włożył nogę w strzemię i, stękając, zajął miejsce w siodle. Uciekinierzy na poboczach, słysząc o czołówkach Armii Troy, ruszyli do przodu, usiłując się wedrzeć z powrotem na drogę, ale oddział zepchnął ich, powodując odpowiednio końmi.

Meredith niepewnie ujął lejce. Na szczęście nie kazano mu siedzieć na kawaleryjskim, ciężkim szturmowcu. Taki koń zwaliłby go z siodła samym podmuchem, który wytwarzał, ruszając do szarży. Wierzchowiec nie przypominał co prawda wiejskiej szkapy ani nawet drogowego konia roboczego, ale był spokojny i szedł równo, jak jeden i tych babskich kucyków, na których wysoko postawione damy uwielbiały jeździć po spacerowiskach tylko po to, by móc wysoko podciągać suknie i napawać się reakcjami mijanych mężczyzn.

Czarownik nie był dobrym jeźdźcem. W każdym razie udało mu się jednak dożyć chwili, kiedy dotarli do wojskowego punktu zaopatrzeniowego i pozwolono mu zsiąść. Miejsce setnika w eskorcie zajął młody taktyk. Wszędzie wokół żołnierze zajmowali się „rekwizycjami” – rabowali podróżnych, napełniając swoje sakwy pod pozorem zdobywania zaopatrzenia dla armii. Meredith nie mógł sobie wyobrazić wojska, które mogłoby jeść złoto i srebro. Z niesmakiem obserwował, jak opornych uciekinierów wieszano na przydrożnych drzewach z wielkimi tablicami na szyjach: TAK KOŃCZĄ SZPIEDZY TROY! Były też i

Oficerowie, w większości pijani w sztok, kazali własnym żołnierzom wyłapywać wszystkich mężczyzn, którym kazano usypywać wały fortu, praktycznie gołymi rękami, z dala od drogi, żeby nie powiększać i tak już pęczniejącego zatoru. Nie można było sobie wyobrazić bardziej bezsensownej pracy. Tylko urodzony idiota z Armii Troy mógł atakować fort kompletnie pozbawiony strategicznego znaczenia, położony z dala od drogi i obsadzony kompletnie pijanym, obciążonym sakwami ze złotem wojskiem. Służby zaopatrzeniowe, niedopuszczane do strumienia uciekinierów, rabowały własne magazyny. W rowach wokół walała się broń przygotowana do użytku przez przymusowych rekrutów. Nowiuteńkie piki, tarcze, miecze, nawet kusze, w ilościach, które mogłyby posłużyć do stworzenia całej armii.

Jakiś dziesiętnik służbista ćwiczył uzbrojonych pospiesznie chłopów na polu opodal. Oderwani od rodzin starcy i dzieci myśleli tylko o tym, jak uciec z wyprażonego przez słońce placu (zdrowych mężczyzn przeznaczono do budowy idiotycznego fortu). Co chwilę jakiś desperat usiłował zbiec, ale łapano go i wieszano na płocie okalającym pobliską wi

Kilku medyków w prowizorycznym punkcie opatrunkowym nie nadążało z opatrywaniem ra

Meredith nie musiał na szczęście oglądać scen, które rozgrywały się wokół zdobytej momentalnie cysterny. Wsadzono go na wóz służący do transportu wyposażenia (oszczędzając w ten sposób podróży razem z ra

W następnym punkcie koncentracji armii, pod A

Miejsce taktyka w eskorcie zajął strateg (trzeźwiuteńki). Zamiast wozu przydzielono czarownikowi karetę. Nakarmiono i poczęstowano winem. Dostał nawet owoce na drogę. Dalsza podróż była więc luksusowa. Do czasu aż w kilkadziesiąt modlitw później nie dogonił ich oficer z wiadomością, że A

– A co z tym poprzednim punktem? – spytał Meredith.

– Z jakim? – spytał oficer na spienionym koniu.

– No tym… gdzie kazaliście sypać wały fortu przy drodze.

Tamten wzruszył ramionami.

– Nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje na wschód od A

Oszołomionego Mereditha znowu przesadzono na konia, ale tym razem nie była to spokojna klacz. Bojowy rumak lekkiej jazdy kilka razy usiłował ugryźć go w nogę tylko w trakcie prób osiągnięcia siodła. Rozdeptał rozsypane na drodze owoce, których czarownik nie zdążył nawet tknąć. Ugryzł w szyję kolegę, który zrewanżował mu się silnym kopnięciem. Tylko dzięki obecności kawalerzystów wokół Meredith przeżył jakimś cudem. Strateg zarządził galop, ale zaraz kazał zwolnić, widząc, że zabije swojego podopiecznego na jakichś pięćdziesięciu krokach.