Страница 13 из 62
Tak właśnie wszystko przedstawiało się w dniu, który przeszedł do historii jako data „Masakry pod Negger Bank”.
A zaczęło się bardzo niewi
W tym właśnie momencie tysiącosobowy oddział Luan… został – wycofany. To przecież nie była jeszcze bitwa, to tylko rozpoznanie. Według wszelkich prawideł sztuki woje
Biafra jeszcze nie był zbyt pijany. Obsobaczył pułkowników, ale ci nie mogli zaprowadzić ładu w swoich jednostkach. Wzorowo ustawiona była tylko dywizja górska, potem dołączyli do niej artylerzyści. Zwiad udało się uporządkować dopiero w momencie, kiedy siły Luan zbierały się do ataku. Chorzy Ludzie jakoś tam stanęli, ale tego burdelu nie można było nazwać szykiem. Rycerze trzymali się tyłów armii, zerkając ku rzece. Wojowników z lasu właściwie nie było na polu bitwy, ponieważ myszkowali po okolicznych lasach, napadając i grabiąc wszystkich, którzy znaleźli się w ich pobliżu.
W tym momencie uderzyła luańska ciężka jazda. Z przeciwnego skrzydła, rozwijając się i rozpędzając na drodze, za plecami własnych piechociarzy. Konie nie mogły sforsować ani murka, ani płotu – kawaleria musiała zrobić obejście wielkim łukiem, ale jakie miało to znaczenie przy ich szybkości? Oddział o liczebności mniej więcej dwóch tysięcy żołnierzy wyprysnął znienacka i uderzył na „Ochotniczy Pułk Piechoty Chorych Ludzi”. Ach… Ochotnicze oddziały to zawsze najświetniejszy brylant w koronie każdej armii. Żołnierze, którzy walczą, bo chcą, bo uważają, że postępują słusznie, którzy chcą się poświęcić. Takie wojsko zatrzymuje często natarcie wielekroć silniejszego przeciwnika i, mimo że skrwawione, często samo przechodzi do kontrataku. Ochotnicy to cud i łaska boska dla każdej armii. Ochotnicy to istny Bicz Boży, który w rękach sprawnego dowódcy może sprowadzić na wroga dzień klęski ostatecznej! To najwspanialsze wojsko – obiekt marzeń każdego stratega. Ale… Nie ci ochotnicy, których miał Biafra, nie ci… Po pierwsze, trudno nazwać ochotnikami ludzi, których odciągnięto spod szubienicy i dano wybór: „śmierć teraz albo na zatracenie gdzieś na końcu świata”. Po drugie, prawdziwy ochotnik to z reguły człowiek inteligentny, świadomy, gotów walczyć w obronie swojej ojcowizny, a nie szubrawiec, zbój, najgorszy męt i złoczyńca. Po trzecie, ochotniczy diament, żeby stać się brylantem w koronie armii, musi zostać oszlifowany, musi przejść przez normalny program ćwiczeń, musi się zahartować.
Niektórzy z Chorych Ludzi zdołali nawet wystrzelić. Potem cały oddział rozprzągł się, rozdzielił i zaczął uciekać zanim jazda spadła mu na kark. Impet ataku luańskiej ko
W każdym razie zaimprowizowane skrzydło Armii Arkach przestało istnieć.
W tym momencie luańscy łucznicy zaczęli szyć, a do ataku ruszyło dwieście setek piechoty korpusu Mohra.
– No to, kurwa, po nas – mruknął Biafra.
Achaja skrzywiła się, jakby zgryzła coś kwaśnego, pułkownicy rozbiegli się do swoich jednostek, żołnierze, tak jak wcześniej rycerze, zaczęli zerkać do tyłu, ku rzece.
Ale…
Artylerzyści, którzy zdołali wcześniej wycelować swe działa, odpowiedzieli ogniem tak silnym, że szeregi łuczników rozprzęgły się już po drugiej salwie. Kamie
– Przenieść ogień na piechotę! – ryknęła Achaja, bo tak było napisane w instrukcji „dołączonej” do oddziału artylerii. Instrukcję tę przeczytała zaledwie dwa dni temu.
Artylerzyści jednak byli dobrze wyszkoleni, odwracali działa, zmieniając jednocześnie kąt podniesienia luf. Piechota dochodziła właśnie do kamie
Świetna, doborowa piechota Luan przeszła jednak i rozlała się na niezasianym jeszcze polu.
– Strzelać! – Biafra nasypał sobie pół kubka białego proszku, zalał wódką i wypił. – Strzelać, psia wasza mać.
– Nie schlej się! – warknęła Achaja, choć i ona miała ochotę na coś, co odsunie strach choć trochę. Tak po prawdzie była przerażona zagładą własnego skrzydła i kawalerią wroga, która dosłownie o kilkaset kroków od jej stanowiska ciągle uganiała się za resztką Chorych Ludzi.
Żołnierze składali się do strzału. Pierwszy szereg wykonał przyklęk, drugi wysunął lufy ponad ich głowami.
Oficerowie obliczali odległość, podoficerowie wywrzaskiwali komendy, żołnierze ustawiali celowniki swoich karabinów.
Pierwsza salwa. Prawie sześć tysięcy karabinów przemówiło jednym głosem. Dym zasnuł własne stanowiska tak, że nie można było zobaczyć jakichkolwiek efektów. Sto kroków. Ktoś w atakujących oddziałach padał, ktoś dławił się własną krwią, ktoś szedł dalej.
– Łaaaaaaduuuuuuj!
Sześć tysięcy żołnierzy wyjęło z ładownic po jednym naboju każdy. Sześć tysięcy dziewczyn włożyło kule do ust i odgryzło papierowe tutki. Proch został wsypany do luf, papier zmięty i dociśnięty wyciorami. Sześć tysięcy kul wbito do gorących luf, zatkano papierem, przybito.
Piechota Luan zbliżała się właśnie do drewnianego płotu. Oddziały skłębiły się, ci z tyłu zaczęli napierać na tych, którzy przełazili przez płot, panował coraz większy ścisk. Niektórzy już zeskakiwali, niektórzy chcieli przewrócić płot, żeby przyspieszyć akcję, ci, którzy przeszli, i tak musieli czekać na pozostałych.
W tym właśnie momencie w odległych o sześćdziesiąt kroków oddziałach Arkach rozległy się ostre gwizdy oficerów. Prawie sześć tysięcy karabinów wystrzeliło wprost w kłębowisko ciał. Ludzie zaczęli wyć. Płot runął pod naporem martwych lub ra
Bogowie! Gdyby Biafra był tak dobrym taktykiem jak strategiem i puścił swoje dziewczyny do ataku, mógłby rozproszyć ten bezwładny tłum. Być może sześciotysięczna armia pokonałaby w bezpośredniej walce trzydziestotysięczną. Ale… Biafra po pierwsze był tchórzem, po drugie znał się na polityce i strategii, a nie taktyce pola bitwy, a po trzecie, miał ciągle pod bokiem wrogą ko
Tymczasem w siłach Luan znalazł się odpowiedni człowiek na właściwym miejscu. Jakiś bezimie
– Nabóóóóój bierz!
Prawie sześć tysięcy dziewczyn wyszarpnęło naboje z ładownic.
– Kulęęęęę odgryź!
Luańczycy rozpędzali się właśnie.
– Proch syp! Papier do lufyyyyyy…
Prawie sześć tysięcy żołnierzy armii wyciągnęło swoje wyciory i zaczęło przybijać ładunki w lufach.
– Wycior w łoże! Kulęęęęę do lufyyyyyy…
Luańczycy w biegu potrafili się formować. Im bliżej coraz bardziej przerażonych dziewczyn, tym bardziej równe były ich szeregi.
– Przyyyyybij!!!
Wyciory znowu wylądowały w lufach. Oni byli tak blisko! Oni byli tak blisko! Ta sama myśl pojawiła się w sześciu tysiącach dziewczęcych głów. Przecież nic ich nie zatrzyma!
– Równaaaaaj! Panewkę w górę!
Jeszcze niecałe dwadzieścia kroków. Jeszcze tylko kilkanaście. Bogowie!!! Aaaaaaaa… Co najmniej kilkuset żołnierzy Arkach nie wytrzymało napięcia, widząc zbliżający się pancerny taran i, rzucając karabiny, zaczęło uciekać do rzeki.
I wreszcie…