Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 10 из 62

– Bogowie? Przecież to Luańczycy! Czy każdy zdradzi swój kraj za pieniądze?

– Ależ skąd. Agenci Biura załatwili im po cichu powołania do wojska. A jak już taki inteligent poczuł na własnej skórze trudy i okropieństwa wojny, to zgłaszał się do niego jakiś „nasz przyjaciel”, załatwiał zwolnienie z najgorszych służb, pomagał, pożyczał pieniądze, mówił o strasznej sytuacji i o tym, że coś trzeba zrobić… Wtedy zdradzali wszyscy. Inteligent to nie człowiek, który będzie walczył z krwawiącymi stopami, gdzieś w zarazę daleko, na morderczej pustyni, wśród poniżającego go chamstwa. Swojego domu może by i bronił. Ale wystarczy, że zobaczy, co to jest wojsko, i już zaczyna ględzić o potrzebie zakończenia wszystkich wojen. I jest przy tym bardzo wymowny. Bardzo skuteczny.

Orion tylko pokręcił głową. Podszedł do wielkiej mapy sztabowej.

– Bogowie! Przecież przerwą nam wszystkie linie zaopatrzeniowe! Przecież…

Sirius wzruszył ramionami.

– Zaopatrzenie i tak nie dociera. Wojsko żywi się tym, co zdobędzie z linii zaopatrzeniowych wroga. Bo go wyprzedza o pół dnia w marszu.

– Jak to wyprzeda o pół dnia? I to oni sądzą, że uciekają, a my, że atakujemy?

Sirius znowu wzruszył ramionami.

– No, z grubsza tak.

– A załogi fortów i tych wszystkich umocnień, które pobudowali?

– Wieją jak zające. Skoro ich własna armia opuściła, to co mają robić? Czekać na nasze zespoły oczyszczania?

– A fortece?

– A fortece to po prostu omijamy…

– No nieprawdopodobne! Nieprawdopodobne zupełnie… Armia sobie idzie przez pole, nie ma żadnej bitwy i… wygrywamy? Wyłącznie dzięki polityce i pieniądzom???

Matematyk pociągnął Zaana przed namiot, w gęsty upał. Tuż pod oczy przechadzających się wart, w tłum gwardzistów ochrony sztabu, którzy poili właśnie konie i szykowali się do zmiany.

– Myślałeś o tym? – matematyk wyjął z sakiewki brązową tutkę. – Bo ja cały czas nie mogę myśleć o niczym i

– Co to jest, zaraza? Kasme ci dała? – patrzył, jak tamten wkłada tutkę do ust i wyjmuje jakieś dziwne urządzenie.

– Nie, kupiłem sobie. Od czasu, kiedy mam mnóstwo pieniędzy, kupuję sobie różne cudeńka dla zabawy.

– Ale po co się zadymiać?

– He, he… Patrz na to – matematyk zaczął nakręcać dziwną, metalową maszynę. Zwolnił dźwignię, rozległ się syk stali trącej o krzemień i na szczycie urządzenia wyskoczył mały płomyczek. – Widzisz? Nie trzeba już krzesiwa – przytknął płomyczek do tutki w ustach, a ta zaczęła natychmiast dymić. – Rzemieślnik, od którego to kupiłem, jest teraz majętnym człowiekiem…

– Zabawka – Zaan wzruszył ramionami. – No, ale fakt. Świat się zmienia. Już nigdy nie będzie taki jak dawniej.

– Właśnie o tym chciałem porozmawiać – matematyk wydmuchnął kłąb dymu z płuc.

– O czym?

– O tym, co zrobiliśmy. O tym dziwnym czymś…

– A konkretnie?

– Słuchaj – kolejny kłąb dymu uleciał z ust, formując się w zgrabne kółko. – Jak to jest? Stwierdziliśmy, że cała dotychczasowa strategia to jeden wielki zbiór tradycji. Siedliśmy i wymyśliliśmy coś i

– A dlaczego nie miałoby się sprawdzać?

– Słuchaj. Jak to jest, że od tysięcy lat coś się formuje, nabiera kształtu, a potem… potem dwóch ludzi siada, zastanawia się, zaprzecza wszelkim zasadom, wymyśla coś i to… to działa!

Zaan tylko wzruszył ramionami. Matematyk potrząsnął głową, zrzucając z tutki popiół.

– Czy już odtąd będzie tak, że człowiek siądzie, wymyśli coś nowego i… i to będzie działać?

– Nie wiem.

– No powiedz coś!

– Nie wiem. Naprawdę nie wiem – Zaan rozglądał się po piaszczystych pagórkach wokół, ocierając pot z czoła. Poza wojskowymi instalacjami nie było widać śladu cywilizacji. Ale ta cywilizacja drżała właśnie w posadach. Jej fundamenty kruszyły się od nowych koncepcji, od ognia karabinów armii Biafry, od rewolucyjnych działań armii Zaana, od filozofów, z których każdy już poznał swoją skuteczność i nie zamierzał o niej zapomnieć, od racjonalnego myślenia, które potrafiło powstrzymać śmiertelną zarazę, ale i… Ale i od dziecięcego wózka, wieszaka w szafie, prymitywnej i potwornie kosztownej zapalniczki. Cokolwiek by się stało, Ko

Zaan obserwował, jak z dalekiego wzgórza ktoś nadaje heliografem. Krótkie błyski słońca odbitego w lusterku: bam, bam-bam-bam, bam-bam… On rzucił pomysł, matematyk wymyślił specjalny alfabet, a jakiś bezimie

Nawet Zaan nie mógł ogarnąć prostych implikacji faktów, które właśnie zachodziły. Przecież świat był trwały, niezmie

Zaan wyraźnie przestraszył się tej odpowiedzi. Ale w jego umyśle właśnie dokonały się dramatyczne zmiany. Po raz pierwszy ktoś uzmysłowił sobie, że świat wokół nie trwa. Podlega zmianom, które nie wiadomo do czego doprowadzą.

Tymczasem Orion wrzeszczał nad mapą.

– Nikt niczego nie wie!!! Co z naszą armią? Co z kampanią? Nikt nie wie, jaka jest sytuacja!!!

Ktoś jednak wiedział, jaka jest sytuacja. Niskiej rangi oficer Drugiego Wydziału Imperialnego Sztabu Luan, do którego spływały wszystkie raporty o ruchach nieprzyjacielskich wojsk, po raz pierwszy w życiu nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jego zadaniem było sporządzanie zestawień dla sztabu. A także wysyłanie rozkazów dla prowincjonalnych placówek wywiadu. Właśnie na podstawie wytycznych przygotowywał okólnik do rozesłania. A z drugiej strony analizował spływające właśnie raporty o postępach wrogich wojsk. I ta analiza sprawiła, że po raz pierwszy w życiu dopisał coś prywatnego na marginesie okólnika dla wszystkich placówek II Wydziału. Skreślił krótką notatkę i oddał kopistom do powielenia. „Palcie papiery, chłopaki! Spalcie wszystkie nasze papiery i to, kurwa, szybko! Centrala życzy wam, żebyście mimo wszystko przeżyli i mieli się dobrze…”.