Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 91 из 130

ROZDZIAŁ 19

Ulica Na Zboczu jeszcze przed świtem rozpoczęła dzionek od przeraźliwych przekleństw, którymi piekarka Gaikowa obrzuciła Lizęgę, powszechnie szanowanego handlarza śledziami. Kilka przybranych w szlafmyce głów wychynęło ospale z okien. Ktoś niecelnie chlusnął w krzykaczy zawartością nocnika. Lecz wojna pomiędzy piekarnią a kramem rybnym trwała już trzecie pokolenie, rozprawa zaś, tocząca się ze zmie

– A żebyś po śmierci tak cuchnął, jako twoje śledzie zgniłe! – wydzierała się Gaikowa.

Jaszczyk uśmiechnął się pod nosem, nie przestając polerować srebrnej chorągiewki przy szyldzie kantorku Fei Flisyon, wciśniętego pomiędzy skłócone kramy. W niektórych dzielnicach straże trzymają koguty, pomyślał, aby zwiastowały nastanie dnia, nas wszelako lepsze pianie z łóżek zrywa. No, ale czas się o śniadanie zatroszczyć, zdecydował. Takie mrowie pątników ściągnęło do Spichrzy, że jak się zaczną złazić do kantoru, do zmierzchu przyjdzie zapomnieć o jedzeniu.

– Darzbóg, pani Gałkowa – przywitał piekarzową. – Pięknie się wam dziś rogale udały, jeden w drugiego.

– Ano, słusznie prawi! – zarechotał złośliwie z głębi swego kramu przekupień śledziami. – Wyrośnięte i dorodne jako te rogi, co je nieboszczykowi mężowi z piekarczykami w komorze przyprawiała!

Od strony piekarni rozległ się dźwięk zatrzaśniętej gwałtownie okie

– Spłoszyliście mi posiłek – wyrzucił Jaszczyk kramarzowi. – Teraz muszę cały dzionek o suchym pysku przecierpieć.

– Młodyś jeszcze – zadrwił Lizęga – a za młodu zdrowo się czasami przegłodzić. I lepiej wieczerza będzie smakować.

Jeśli mi coś matka w rynce zostawi, westchnął markotnie Jaszczyk. Od śmierci ojca nie przelewało się u nich w domu, oj nie, miał zresztą cztery młodsze siostry, których ani kijem od miski nie odpędzisz, póki nie wyczyszczą do dna. Trzymał co prawda parę miedziaków w sakiewce, ale chciał je raczej zachować na podarunek dla posługaczki z gospody Pod Wesołym Turem.

Pomyślał z żalem, jak hucznie niegdyś obchodzono w ich dworcu Żary. Mieli piękny szmat gruntu nieopodal Spichrzy. Ziemia była pszeniczna, żyzna i zasobna, wszelako jeszcze rodzic dobrze nie przestygł, a zewsząd zjechali się stryjowie z listami zastawnymi, które pono nieboszczyk im pisał, i bratową z dziećmi na jednym wozie precz wyprawili. W strony matki nie było po co wracać, bo jej rodziciele pomarli, a majątek poszedł w obce ręce. Z początku przylgnęli więc kątem u sąsiada, który wydawał się człekiem życzliwym i od dawien dawna z rodziną żył w przyjaźni. Kiedy jednak zaczął po nocach stukać w drzwi wdowy, a i za dnia na jej cześć nastawać, zabrali się stamtąd co prędzej. Potem różnie bywało. Kręcili się trochę po pogórzu, najmując do pracy we dworach, ale nigdy to długo nie trwało, bo kobiecina z gromadką maleńkich dzieci, nawet najbardziej pracowita, prędzej czy później okazywała się zbędna. Wreszcie matka postanowiła ruszyć ku miastu, gdzie, jak powiadali żebracy, łatwiej było o zarobek, chociażby w książęcych farbiarniach. I tak właśnie osiedli pod murem Spichrzy, na Krzywej.

Chłopak zeskoczył z drabiny, na pożegnanie obrzuciwszy jeszcze tęsknym wzrokiem rogale Gałkowej.

– Wcale udatnie się błyszczy – pochwalił go Krotosz, zwierzchnik kantorka, który przystanął przed wejściem i gospodarskim wzrokiem ogarnął fasadę ich siedziby. Jego świeżo wygolona głowa połyskiwała lekko i chyba spodziewał się znaczniejszych gości, bo przywdział białą świąty

– Czy jam się kiedy dał oszukać, wasza wielebność?

– Toż ci nie zarzucam – odparł kapłan – tylko napominam, żebyś ostrożności nie poniechał. Do miasta idę, kantor na twojej głowie. Bacz na pisarczyków. Niech nie próżnują.

Chłopak posłał mu szybkie, zuchwałe spojrzenie. Siedem lat minęło od dnia, gdy Krotosz przydybał go, jak ściągnął sakiewkę Skalmierskiemu wielmoży. Kapłan najpierw dobrze złoił Jaszczykowi skórę powodem, a później zaprzągł chudego wyrostka do zamiatania dziedzińca. Z czasem zrobił go chłopcem na posyłki, potem pisarczykiem, a ostatnio coraz częściej zdarzało się, że Krotosz wychodził w środku dnia, powierzywszy mu doglądanie interesu. Jaszczyk siadywał wtedy na jego miejscu, przy ladzie w głębi kantorka i poczynał sobie tak roztropnie, że po okolicy huczek szedł, jakoby kapłan upatrzył go sobie na zausznika. Co bardziej wredne przekupki gadały wręcz, że Jaszczyk jest nieślubnym synem pryncypała. Nie dowierzano temu wszelako, bo Krotosz nie wymykał się nocką do dzielnicy uciech i nie kazał sobie sprowadzać nierządnic, co czyniło wielu jego konfratrów. Po prawdzie to stronił od niewiast i wydawał się w ich przytomności dziwnie zakłopotany. Niektórzy utrzymywali, że ma skło

Wnętrze kantorka zasnuwał mrok, bo skąpy kapłan nie dozwalał palić świec ani kaganków, skoro słonko wstało. Pisarczykowie nerwowo rozkładali tabliczki na blatach, rychtowali wagi i siarczyście przeklinali nowe grosze, które ostatnio bito w Żalnikach – z wierzchu wyglądały na srebrne, ale więcej zawierały cyny niż poczciwego kruszcu. Wężymord wypuścił ich wielką masę i przybysze z północy mieli sakiewki pełne bezwartościowego chłamu, który należało stara

Pierwszym gościem okazał się wyniosły dworzanin. Usiłował zastawić naszyjnik „ręką samego Kii Krindara od Ognia uczyniony”, jak utrzymywał zawzięcie, podczas gdy Jaszczyk, widząc, że nie tylko klejnocik niewiele wart, ale i szlachcicowi oczy podejrzanie latają wkoło, objaśniał cierpliwie, że najbliższy lombard za rogiem. Kiedy natręt wreszcie poszedł, napatoczyło się trzech dziadów ze stertą rozmaitych miedziaków, wyszczerbionych brakteatów, oberżniętych pół – i ćwierćgroszówek, z żądaniem aby całą tę nędzę wymienić im na srebrne książęce grosze. Dwóch pisarczyków niechętnie zaczęło sortować i przeliczać monety, a trzeciemu dostała się wyłupiastooka szlachcianka. Ta z kolei postanowiła zaciągnąć dług na poczet majątku przyszłego męża, Jaśnie Pana Kwarka na Solemnicy”, jak głosił pergamin umowy przedślubnej, którą ściskała w garści.

– Pókiście jeszcze nie zaślubieni – znużonym głosem tłumaczył pisarczyk – pieniędzy w zastaw dóbr małżonka brać nie możecie.

Dziewoja z początku próbowała się wykłócać, potem wybuchła głośnym zawodzeniem. Żebracy przypatrywali się temu z zainteresowaniem. W zamieszaniu chłopiec na posyłki zdołał zwinąć z lady półgroszówkę. Bezczelnie wyszczerzył zęby do Jaszczyka i czmychnął z kantorka, nieledwie wpadając w drzwiach na niewiastę w żałobnym, białym stroju.

Nosiła prostą wierzchnią suknię, rozciętą na przodzie od stanu i odsłaniającą szeroką, sukie

Wszystko to spostrzegł niemal mimochodem, wprawnie oceniwszy po stroju, że zapewne zamierza zastawić kilka zaśniedziałych, rodowych pierścieni. Kobieta uchyliła się przed umykającym Łyczkiem i weszła do kantorku, bardzo wysoka i smukła. Nim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać, minęła pulpity pisarczyków, wywinęła się żebrakowi, który usiłował klepnąć ją po tyłku, i podeszła do Jaszczyka. Miała najzieleńsze oczy, jakie kiedykolwiek widział, i zmęczoną twarz o skórze tak jasnej, jak u mieszkańców Wysp Zwajeckich.

– W czym mogę wam pomóc? – spytał lekko schrypniętym głosem, nie odrywając wzroku od obcisłego stanu jej sukni.

Sięgnęła na pierś, pod suknię – jej dłoń była wąska i kształtna, lecz pokryta ledwo co przyschniętymi zadrapaniami – i podała mu złożony w kilkoro pergamin. Ze zdziwieniem rozpoznał na pieczęci znak Fei Flisyon, i to nie jeden z prowincjonalnych stempli, ale wielką pieczęć bogini, przechowywaną w tragańskiej świątyni. Niepewnie obrócił list w palcach. Nie miał prawa go otwierać, lecz ponieważ stała przed nim z drażniąco obojętnym wyrazem twarzy, postanowił raczej narazić się na gniew Krotosza niż przyznać, że tylko zastępuje zwierzchnika kantorku. Znał przecież pismo, kapłan dawno temu wyuczył go liter, niezbędnych do prowadzenia ksiąg. Szybko złamał więc pieczęć, przebiegł oczami pierwsze linijki i zaparło mu dech w piersiach:

Pozdrowienia i łaska Fei Flisyon niech będą przy was, bracia, bowiem posyłamy wam żagiew, od której wielu może zgorzeć, a która nigdy nie powi