Страница 86 из 130
ROZDZIAŁ 18
Marchia uniosła brew, patrząc, jak służka żalnickiej księżniczki wyjmuje z kufrów jej stroje i rozkłada je, stara
Z rąbka spódnicy smętnie zwisały połamane złote nici. Spichrzanka westchnęła ciężko i sięgnęła po igłę wbitą w gors sukni. Nieźle radziła sobie z haftem, ale nie cierpiała tej żmudnej pracy. Na dodatek, pomyślała, ogarniając wzrokiem stertę ubiorów, zejdzie nam przy tym aż do białego rana, a w mieście, które już tętniło rytmem nadchodzącego karnawału, były zajęcia zgoła ciekawsze od szycia. Przydałoby jej się kilka par zwi
Marchia uśmiechnęła się do siebie, a w jej pulchnych policzkach pokazały się dwa urocze dołeczki. Irytacja Jasenki, choć oczywista dla wszystkich, była również całkowicie pozbawiona podstaw. Książę Evorinth, choć zafascynowany żalnicką dziedziczką, bynajmniej nie próbował jej uwieść. Służebna sądziła raczej, że obserwuje Zarzyczkę niczym osobliwego, baśniowego stwora. Nie dotykali się nawet. Marchia wiedziała więc, że Jasenka w istocie nie ma się czego obawiać.
Jednakże celowo podsycała jej lęk, zdając sumie
Dziewczyna syknęła, kiedy igła wbiła się w opuszek jej palca, i zaklęła szpetnie, wysysając kropelkę krwi. Nie powi
Zakłuła się głęboko i krew nie przestawała płynąć, oderwała więc strzęp płótna z fartuszka i owinęła palec. Pomorzanka spojrzała na nią ze współczuciem.
– Odpocznijcie chwilę – powiedziała, z westchnieniem prostując grzbiet. – Późno już, a nie ustajecie od rana.
Zawsze zwracała się do Marchii z szacunkiem, jakby ta przewyższała ją rangą, co po równo peszyło spichrzańską dziewczynę i pochlebiało jej. Obejście służki Zarzyczki było pełne rezerwy; pod tym względem nadzwyczaj dobrze dobrały się ze swą panią, która wprawdzie odnosiła się do Marchii z wyszukaną grzecznością, ale tak zdawkowo, że uniemożliwiała jakąkolwiek zażyłość.
– A twoja pani nie będzie się gniewać? – przybrała płaczliwy ton. – Nie każe nas kijami obić, że suknie wciąż niegotowe?
Na twarzy Pomorzanki odbiło się niedowierzanie. Najwyraźniej podobna myśl nie przyszła jej wcześniej do głowy.
– Księżniczka? – spytała ze zdumieniem. – Karcenie służby jej nie przynależy.
Marchia pochyliła się, by ukryć zaciekawienie. Dotąd nie udało się jej wydusić z pomorskiej niewiasty nic wartego uwagi, tym bardziej więc nie chciała jej spłoszyć przedwcześnie.
– Komu zatem? – Z pozorną obojętnością nawlekała nitkę.
– Kierchowi.
– Wszak on w świątyni siedzi! – Dziewczyna prychnęła z lekceważeniem. – I chyba chłosty ci nie wymierzy, skoro sam książę Evorinth go precz przepędził!
Służąca księżniczki zacisnęła wargi w cienką kreskę. Jej palce machinalnie szarpały mankiet sukni, który przed chwilą pozszywała, i Marchia natychmiast pojęła, że popełniła błąd.
– Ale wróci – odparła szeptem tamta.
Spichrzanka nie zdzierżyła.
– Kudyjemu do nas! – wykrzyknęła. – Co kapłana obchodzi, czy guzy do płaszcza równo przyszyjesz albo dosyć korzeni do grzanego wina wrzucisz?
Pomorcka niewiasta tylko potrząsnęła głową i Marchia była pewna, że nic więcej nie powie. W myślach przeklęła swoją nieostrożność.
Zamierzała właśnie podjąć szycie, kiedy jej uwagę przyciągnął nieznaczny szelest. Obróciła się. Zarzyczka stała w otwartych drzwiach, oparta o ościeżnicę, i przypatrywała się jej uważnie. Musiała już rozebrać się na spoczynek – sama, co nieodmie
– Nie trzeba – odezwała się cicho księżniczka. – Wstań.
Była boso, więc kiedy ruszyła ku nim, nie rozległ się ów nierówny stukot trzewików, który z daleka pozwalał rozpoznać nadchodzącą kuternóżkę. Utykała jednak mocniej niż o poranku i wydawała się utrudzona. Może nie tylko Jasenka ma dość ceremonii, z jaką podejmujemy naszych żalnickich gości, pomyślała cierpko służąca.
– Dręczy mnie zły sen – oznajmiła Zarzyczka.
– Może wina wam zagrzać – poddała usłużnie Marchia, rada, że ma okazję przypodobać się księżniczce. – Albo medyka zawołać. Księżna Egre
– Nie chcę czynić zamętu – przerwała Zarzyczka. – I nie doktora mi trzeba, lecz przebłagalnej modlitwy i postu.
Służąca z trudem opanowała chęć wzruszenia ramionami. Ani dworzanie, ani książęca służba nie odznaczali się religijnością, ale Marchia wiele słyszała o osobliwej nabożności ludzi z północy. Tymczasem Pomorzanka szczerze się zatroskała.
– Może po spowiednika posłać? – zapytała z przejęciem. – Jeśli potrzeba nagła, choćby w środku nocy przybędzie.
Marchia milczała. Wydawało się jej niepojęte, żeby o tej porze ściągać do cytadeli jakiegoś pomorckiego klechę dla tej marnej przyczyny, że się księżniczka ze snu źle przebudziła – zwłaszcza że jej zdaniem większość złych snów szła nie od bogów, ale z żołądka, jeśli się go pod wieczór nadmiernie napchało.
Zarzyczka przecząco pokręciła głową.
– I
Jej służka głośno wciągnęła powietrze i natychmiast nakryła usta dłonią, jak gdyby chciała powstrzymać nieostrożne słowa, zanim się wyrwą na swobodę. Jednakże życzenie żalnickiej księżniczki zdumiało i Marchię. Owszem, spośród wszystkich nieśmiertelnych mocy Krain Wewnętrznego Morza patron Spichrzy, Nur Nemrut ukryty w wyniosłej zwierciadlanej wieży pośrodku miasta, uchodził za najskuteczniejszego w sprawach wieszczych majaków, dusznych koszmarów i wszelkiego zła, jakie może poprzez sen nawiedzić śmiertelnika. Ale nawet zausznica Jasenki, choć nieuczona, wiedziała przecież, że Zird Zekrun pod straszliwymi klątwami zakazał czcić pozostałych bogów i wzywać ich w potrzebie na ratunek. Chodziły pogłoski, jakoby pan ciemnego Pomortu potrafił dostrzec przeniewierstwo, choćby na drugim krańcu świata. Podobno jeśli któryś z jego wyznawców uległ w obcej ziemi złudzeniu bezpieczeństwa i oddał się w opiekę i
– Pójdziesz do świątyni – nie zważając na ich oszołomienie, Zarzyczka dobyła spod lawendowej szaty skórzaną sakiewkę – i położysz grosiwo na ołtarzu, prosząc Śniącego o łaskę dla mnie.
Wcisnęła kiesę struchlałej Pomorzance. Niska kobieta ważyła ją przez chwilę w dłoni.
– Teraz? Toć noc późna.
– Bramy cytadeli zaparte i przed świtem ich nie otworzą – przyszła jej w sukurs Marchia. – Raczcie poczekać do rana, pani. Wtedy…
Księżniczka obróciła na nią chłodne spojrzenie brązowych oczu i wyprostowała się nieznacznie. Sięgała Marchii zaledwie do ramienia, ale z jej postawy biła jakaś szczególna pańska wyniosłość i nieprzystępność, której brakowało Jasence. Służąca urwała w pół zdania i zaczerwieniła się z lekka. Czuła się skarcona jak dziecko – tym dotkliwiej, że bez słów.