Страница 76 из 130
ROZDZIAŁ 16
Jeszcze nie rozeszła się ćma, a Kuna już wygnał wolarzy z posłań.
– Trza nam się we dwa dzionki uwinąć – rzekł, podsuwając Twardokęskowi miskę soczewicy. – Popędzim stado aż do wodopoju na Trwodze, a potem dalej, póki bydło nie ustanie.
– Furgon nie nadąży – zauważył z niepokojem zbójca.
– Dogna nas u Trwogi – poganiacz wzruszył ramionami – albo jeszcze później. Jeśli się o dziewkę strachasz, a ona na zwierzu jeździć przywykła – machnął ręką na skrzydłonia – to niech ze stadem idzie. Ale widzi mi się, że jeszcze mdła, z ran nie wydobrzała. Lepiej by na wozie ostała, niżby ją bydlęta miały stratować.
Twardokęsek podrapał się po głowie. Dobrze pomniał wczorajsze ostrzeżenia Szarki i jakoś nie miał ochoty spuścić jej z oczu.
– Zbóje pono tu siedzą – mruknął wreszcie. – Jakże tak baby samopas puścić?
– Toż ty już raz pilnował – zarechotał dziobaty Morda, patrząc, jak Szarka poi z kubła skrzydłonia – a przecie nie upilnował. I nie dziwota, bo dziewka urodna.
– Ot, stuliłbyś lepiej pysk – warknął Twardokęsek – nim ci go przetrącą. Szarka! – krzyknął. – Pójdź no tu, Szarka!
Posłusznie ruszyła ku nim przez pole koniczyny w serdaczku od haftu szafranowym, przewiązana pasem zebranym na przedzie pojedynczym węzłem, z włosami splecionymi na karku w ciężki supeł – ni pa
– Rozumna gadzina – rzucił z uznaniem Kuna. – Nikomu tykać się nie pozwoli, jeno dziewkom.
– Od małego jest przy Szarce – wyjaśnił Twardokęsek. – Ojciec z książęcymi chadzali na południe bijać norhemnów i razu jednego znaleźli go przy matczynym ścierwie, nie większego jeszcze niż łokieć. Szarka też wtenczas ledwo co od ziemi odrosła, ale karmiła go szmatką nurzaną w krowim mleku. I tak do siebie przywykli, że ojciec postanowili w wianie go dziewce dać. Skrzydliszcze mu jeno przycielim, aby zanadto nie zbytkował.
– Rozsądnie – pochwalił Kuna. – Zwierza w Spichrzy na jarmarku sprzedasz, a jest tam w bród chętnych na rozmaite cuda, więc i zapłatę niemałą weźmiesz. A kiedy pa
Zbójca łypnął niespokojnie ku Szarce, która przysłuchiwała się rozmowie. Nie był pewien, czyjej się spodoba bezceremonialny ton, jakim roztrząsano jej przyszłość. Na szczęście stała cicho, z oczami skromnie spuszczonymi. Gdyby dziewczyny lepiej nie znał, może i sam by uwierzył w jej zawstydzenie.
– Byle oboje pomyślnie dowieźć – zgodził się z westchnieniem.
– W mieście źle jej nie będzie, bo pasztetnik jest zasobny, kamieniczkę ma naprzeciw szpitala i dom z ogrodem. Wdowiec to, zatem stateczny, z trzema chłopaszkami osierocony, a ona przy dzieciach zawsze lubiła robić. O tobie, Szarka, rozprawiamy – zwrócił się do niej. – Bydlęta chyżo dziś popędzim i wóz w tyle zostanie. Jak ci się widzi, w furgonie wolisz czy z nami na zwierzęciu pojedziesz?
– Z wami – odparła szeptem, wciąż nie podnosząc głowy.
– Abyś tylko potem, pa
Zbójca z daleka patrzył, jak przywódca poganiaczy rozmawia z dziwką. Zrazu oboje ramionami machali i wielce krzyczeli, lecz wiatr porywał słowa i nic nie zdołał usłyszeć. W końcu jednak doszli widać do porozumienia, bo Morwa z kwaśną miną zaprzęgła do wozu. Twardokęsek spostrzegł, że umalowała się jak na weselisko. Przywdziała też paradny lawendowy kubraczek, takąż spódnicę i wciętą, sowicie przymarszczaną koszulę, ale u pasa miała zawieszony szeroki nóż i biczysko okręcone wokół ramienia. Ot, durna gamratka, powiedział sobie Twardokęsek. Sama na trakcie zostanie, tedy chce wielką panią udawać, kłuć błyskotkami w oczy, jakby nie rozumiała, że ktoś jej za garść ozdóbek kark może skręcić.
Ale dobrze, że bicz trzyma pod ręką i ostrze zacne przypięła do boku. Bo jak stado pójdzie, nikt się nie będzie oglądał, choćby ją zarzynali.
– Na nic mi się tutaj nie zdasz. – Morwa zepchnęła wiedźmę z kozła. – Właź na wóz, kapotą się okręć i lepiej śpij, niżbyś miała zawadzać. No, co się gapi? – ofuknęła zbójcę, kiedy nieopatrznie podjechał bliżej. – Nie pierwszyzna mi przez dziedziny szczuraków jechać. Byle nas zbójcy nie opadli, u Trwogi was dopędzim. A ty dziewczyny lepiej pilnuj, by nie zmarniała w drodze.
Spędzili woły w gęstą gromadę na brzegu gościńca. Kuna prowadził, a i
Przystanął, łyknął wody z bukłaka. Przed nim zwierzęta parły zbitą masą. Siwe grzbiety wołów wynurzały się z tumanu i, smagnięte, znikały ponownie w kurzawie. Raz po raz migał mu też przed oczyma błękitny skrzydłoń i ciemna chustka na twarzy Szarki.
Słońce wspięło już wysoko, gdy dotarli do brodu. Trwoga sączyła się płytkim, kamienistym korytem, a woda sięgała bydlętom zaledwie do kolan. Kuna objechał stado, zegnał krnąbrniejsze sztuki i powolutku podprowadził je do brodu. Znużone zwierzęta musiały ugasić pragnienie, więc i dla ludzi nastał krótki moment wytchnienia.
– Jakże tam? – krzyknął do Twardokęska.
– Spokojnie – odparł zbójca. – Jeno furgonu ni śladu.
– Może niedługo się pojawi. – Poganiacz obojętnie zakasał koszulę, obmył spocone ramiona i kark. – Albo koło wieczerzy się spotkamy, bo teraz czas nam ruszać.
– Bydlęta utrudzone – mruknął pod nosem zbójca, któremu przypomniały się ostrzeżenia Szarki i znów zdjął go niepokój o wiedźmę.
– A co ja, ślepy, że nie wiem? – obruszył się Kuna. – Bez powodu ich przecież nie marnuję. Ale na drugim brzegu już ze szczętem ziemia szczuraków, nie chcę więc tutaj popasać ani chwili dłużej niż trzeba. A wy na siostrę miejcie baczenie, bo tam łatwo o złą przygodę.
Twardokęsek zaniepokoił się nie na żarty.
– Przecież chyba zwierzołacy na gościniec nie lezą?
– Niby nie – wolarz skrzywił się z niechęcią – ale strzec się trza. Oni od zbójów gorsi.
Twardokęsek omiótł przeciągłym spojrzeniem skały po drugiej stronie Trwogi, z rzadka jedynie porośnięte drobnymi kolczastymi krzakami. W opactwie Cion Cerena zasłyszał od pątników, jakoby zwierzołacy coraz śmielej wyłazili ostatnio z jaskiń pod Górami Sowimi i nawet za dnia pokazywali się na pograniczu. Zmełł w ustach przekleństwo.
Szczuracy zawsze gnieździli się pod Górami Sowimi, choć sów tam nie widywano, bo je dawno ze szczętem zeżarli. Było to plemię zwierzołaków, skryte, plugawe i stroniące od ludzi. Mało kto mógł się poszczycić, że oglądał któregoś z bliska, choć kmiotkowie gadali po przysiółkach, że w jasne noce nadal zakradają się do domostw i porywają dziewki. Nienawidzono ich powszechnie, tym bardziej że nie imało się ich żelazo. Nawet dobrze poranieni przyjmowali na powrót zwierzęce kształty i chronili się pod ziemią. Podobno w dawnych czasach kapłani Mieczownika znali zaklęcia, które broniły im wstępu w ludzkie siedziby. Obecnie pamięć o tamtych remediach ze szczętem już zaginęła, lecz wysoko w górach nikt nie układał się spać, nie omotawszy wprzódy belki nad drzwiami czerwoną nicią, poświęconą w kapliczce Kii Kridnara.
Kiedy stała jeszcze Stopnica o rdzawych murach, stolica Kopie
Jednakże póki państwo kopie
Ukradkiem szli od wioski do wioski i zatruwali studnie. Kiedy pomór rozlał się szeroko i przetrzebił Kopie
Sam herszt nie miewał ze szczurakami żadnych sporów. Zbóje siedzieli na Przełęczy Zdechłej Krowy od niepamiętnych czasów i przezornie unikali zatargów z mieszkańcami Gór Sowich. Gościniec rozdzielono sprawiedliwie. Co na lewym brzegu, to zbójeckie, co na prawym – zwierzołaków, a pośrodku, na strudze, tego, kto pierwszy uderzy. Czasami Twardokęskowi zdawało się, że widzi o zmroku po drugiej stronie przygięte nad ziemią, nie całkiem ludzkie kształty, ale nie przekraczał Trwogi, więc nie wchodzili sobie ze szczurakami w drogę.