Страница 67 из 130
ROZDZIAŁ 14
Stary sługa przeprowadził Koźlarza i Przemękę bocznymi ścieżkami aż na samo pogranicze Gór Żmijowych. Nieopodal małej rybackiej przystani zostawili Kostropatkę – kapłan miał nająć się do flisu i tym sposobem dotrzeć do Spichrzy – po czym ruszyli ku Wiergom, roztropnie unikając co ludniejszych miasteczek.
Wjechali w dziwnie spokojną okolicę. Od ranka natknęli się na kilka wozów, ale szły pojedynczo, bez obstawy zbrojnych, furmani zaś nie wydawali się zbytnio wylęknieni. Owszem, grzecznie życzyli Przemęce i Koźlarzowi dobrego dnia, lecz ani nie zachęcali do pogawędki, ani nie ciekawił ich nadmiernie widok wędrowców.
Szlak wił się po dnie wąskiego parowu i za kolejnym zakrętem drogę zagrodziła im przyprzężona do siwej kobyłki dwukółka. Wóz wyładowano po brzegi i nakryto burą płachtą, szczelnie przesłaniającą ładunek. Z kozła dobiegały odgłosy sprzeczki. Zrazu Przemęka widział tylko dwa szpiczaste kaptury ze zwieszającymi się na uszy ozdobnymi chwostami, a musiały owe chwosty nieźle słuch przytępiać, bo ich właściciele darli się straszliwie.
– Krochmalu trzeba! – wrzeszczał cytrynowy kaptur. – Krochmalu więcej, powiadam!
– Sam krochmal nie poradzi! – odkrzykiwał raźno brunatny. – Obciążać trza! Obciążać, ile wlezie!
Kiedy wojownicy się przybliżyli, dostrzegli, że powoził niewielki człowieczek w wypchanym paździerzami kaftanie. Obok niego siedział grubas w krótkiej, żółciutkiej kurcie. W ręce dzierżył kawałek pergaminu i tak zajadle coś towarzyszowi klarował, że zrazu żaden nie odpowiedział na pozdrowienie.
– Co to za okolica? – zagadnął Przemęka, którego spotkanie tych osobliwych jegomościów natchnęło zgoła krotochwilnym nastrojem.
Książęce Wiergi. – Grubas w szafra
– A miasto czyje?
– A nasze.
– Chyba nie waszmości? – zdziwił się z głupia frant najemnik.
– E, nie. – Grubas aż pokraśniał z zadowolenia, że go tytułują „waszmością”. – Nasze, znaczy się, pospólne.
Koźlarz zaśmiał się.
– Jakże tak? Książęce Wiergi, powiadacie, to i książę być powinien.
– Z daleka, widzę, jedziecie, boście tutejszych spraw nic nieznajomi. Nie książę tu panował, jeno księżna, pani świątobliwa. A raczej panienka, bo ona nigdy za chłopem nie była.
– Żeby ją z jej świątobliwością wespół zaraza zżarła! – żachnął się woźnica. – Paskudna baba, gębę całą miała ognipiórem stoczoną, słodkim wrzodem. Gniło to, cuchnęło tak okrutnie, że tęgie chłopy w jej przytomności mdlały. A te, co nie mdlały, rwały ze dwora ile sił w nogach, bo w pa
– I co? Wychłodła? – zaciekawił się Przemęka.
– Nie, za to zmarło się księciu nieborakowi, jej ojcu – podjął z uciechą ten odziany na kanarkowo. – Synowie po nim dziedzinę rozdrapali. Pięciu ich było, tedy każdy tyle ziemi ledwo dostał, żeby tyłek porządnie usadzić. O wianie dla panienki ani który zamyślał. Uradzili, że u Bad Bidmone za mniszkę ostanie i precz ją popędzili.
– Ano – przytaknął woźnica. – Stąd się jej świątobliwość wzięła. Ze szpetności i braterskiego skąpstwa.
– Tęgo im potem za owo skąpstwo odpłaciła. – Grubas odął wargi. – Ale z początku my się za głowy brali, jak ona tu po okolicy łaziła. Brudna, bosa, w samej konopnej koszulinie na grzbiecie. Głodna taka, że świńskie pomyje z koryta żarła. Straszne nastało w narodzie zgorszenie.
– My się jej, panie, bali. Łeb sobie ogoliła, gadała, że na znak pokuty. Lazła od wsi do wsi, batogami się po plecach ćwiczyła, aż krew szła. A jak bluźniła! Szykujcie się, wołała. Podeptani będą bogowie w swej nikczemności, jeden po drugim. Powróci ostrze w otchłani wykute i posłaniec już naznaczon. Szykujcie się, bowiem nie sczezła Biała Kniahini. Czysta wariatka!
– Biała Kniahini? – spytał Koźlarz.
Grubas skrzywił się z przyganą.
– Ano, tak tu A
Woźnica splunął.
– Tyle że ich pospolicie wójtowie wyłapują i w co głębszych piwnicach zamykają. Ale kto by księżniczkę w ciemnicy zawarł? Co było robić? Nim my się obejrzeli, wielka gromada rozmaitej chanai uczepiła się naszej jaśnie panienki. Prorokinią ją obwołali. Pono cuda czyniła, chorych uzdrawiała, wodę z kamieni wypuszczała…
– Co i byle wiedźma potrafi! – przerwał mu z oburzeniem tłuścioch. – Ale żadna wiedźma nie śmiałaby bogom zagłady zwiastować i A
– I wypełniły się przepowiednie – zgadł Koźlarz. – Okazało się, że szczerą prawdę głosiła. A tych, co wciąż nie dowierzali, Pomorcy migiem w pobożności wyćwiczyli. Począwszy od wyrodnych braci.
Rozbawiony Przemęka zerknął na wychowanka, który z wyraźnym trudem maskował wesołość. Stary wojownik słyszał już wcześniej o świątobliwej wiergowskiej dziedziczce, ale opowieść o jej nabożnym żywocie i licznych cudach zgoła inaczej smakowała, kiedy snuli ją wdzięczni poddani.
– Bystrzyście, panie – przytaknął grubas. – Choć nie do końca. Owszem, Pomorcy poczęli do księżniczki posyłać, ale ona ich precz popędziła. Przeklęty wasz pan i wyście przeklęci, rzekła, rychły kres wam pisany. Ona, panie, jak ta wściekła suka, wszystkim po sprawiedliwości szczekała. A i tak zewsząd do niej ściągali po poradę. Bo widzicie, panie, ona wieszczyła. Najpierw my myślelim, że nam oczy mydli. Ale gdzie tam! Prawdę wieszczyła! Sami Pomorcy się jej lękali.
– Co tam o Pomorcach gadać! – żachnął się woźnica. – Ot, wjedziem na górkę, obaczycie waszmościowie, jaki klasztor naszym kosztem wystawiła, potężny niby zamczysko. I tam pokutowała…
– A my wszyscy z nią pospołu – wtrącił drugi. – Bo nasza księżna założyła trzy legiony pokutników. Tylko że ci pokutnicy to najgorsze szumowiny były! Tak nas przydusili, że i zbój lepiej by nie potrafił. Po wsiach jeździli, kurwie syny, i wszelką chudobę przepatrywali. Niech jeno kto nowy dom pobuduje, a już podatek od zbytku. Obrodziło pole, nuże daninę płacić. Nasza świątobliwa panienka okazała się łakoma jak pleban, ale bardziej uczona, cholera, i przemyślna. Spisy porobiła, panie! – Z irytacji począł wymachiwać rękami, aż mu pergamin spadł na dno wozu. – Spisy, rozumiecie?! Przyłaziły te jej pokutniki, po trzech – bo już wtedy w ludziach taka złość była, że za kłonice chwytali – i po obejściu węszyli. Spisywali!
Grubas wyrzucił w górę ramiona, jak gdyby wzywał niebiosa na świadka swych krzywd. Jego spotniała i odęta z gniewu twarz jawnie wskazywała, jak dogłębne oburzenie wzbudzali w nim nikczemnicy, którzy śmieli mu wyliczać i spisywać majątek.
– Wszelka radość w oczy ich kłuła – gadał woźnica. – Niech jeno niewiasta z odkrytą głową z domu wyjdzie, wnet ją ze szczętem golą. Trafi się weselisko, kapela kapkę głośno przygrywa, zaraz drzwi zaprą i ogień podłożą. W kości grać nie Iza ani dziewek na sianie obracać, ani gorzałki pędzić… To po co żyć, panie? – dokończył z żałością.
– Iście. – westchnął grubas. – Szczęściem od ustawicznych postów i batożenia nasza świątobliwa pani coraz bardziej słabowała. Aż razu jednego, jak na rynku prorokowała, jucha jej z gęby buchnęła. Bez życia ją w klasztor ponieśli i przed świtem sczezła.
Woźnica wyraźnie poweselał na wzmiankę o zgonie księżniczki.
– Jako my natenczas owych pokutników pognali! – Zaśmiał się. – Serce roście! Zewsząd chłopy szły. Jedni z cepami, i
– Na trzeci dzień poselstwo od księcia zjechało, naszej świątobliwej pani brata. W opiekę nas brać obiecywał, relikwie po najdroższej siostrze chronić. A zaraz następnego dzionka od Wężymorda z Zalników przysłano. Takoż chciał nas przyhołubić. Ażeśmy się nadziwić nie mogli, ile po świecie mamy przyjaciół.
– Ale widzę, żeście postro
Jegomość w szafranowym kubraku podrapał się po brzuchu.
– Widzicie, panie – rzekł z ostrożna – myśmy się z tą świątobliwą cholerą bez mała tuzin zim męczyli. Zatem uradziliśmy, że słusznie nam się wreszcie należy pociecha. Zeszliśmy się, wszyscy co znaczniejsi, w refektarzu i postanowiliśmy, że odtąd nie będziem znać inszego pana. Naszą pobożną księżniczkę – splunął potężnie – weźmiem za świętą a prawdziwą patronkę tej ziemi.
– A nie próbowali was gwałtem do i
– Z początku próbowali – przytaknął tłuścioch. – Miasto raz nawet podpalili. Ale że my tu pomiędzy Żalnickimi a książętami siedzimy, tedy jedni drugim bruździli. A my się znowuż w refektarzu zeszlim i ustalili, że zdałaby się nam opieka, co by nas przed opiekunami broniła. Jedni chcieli milicję powołać. Ale głupia była rada, bo tu ludek pracowity i, za przeproszeniem waszmościów, nadto roztropny, by z sulicami po krzakach ganiać. Od słowa do słowa ugodziliśmy po Servenedyjki słać.
Przemęka ze zrozumieniem pokiwał głową.
– Dlatego droga spokojna, jak książęcy szlak. Bogate musi być miasteczko, skoro się południowym wojowniczkom opłaca.
Grubas w żółtym hybercuchu uśmiechnął się chytrze.
– Ano, miniem jar, sami się waszmościowie przyjrzycie.
Nim jednak jeszcze wyjechali z wąwozu, Przemękę owionął dotkliwszy z każdym krokiem smród.
– No, można rzec, żeśmy u samych bram Książęcych Wiergów – oznajmił z dumą furman. – Patrzajcie, waszmościowie, już folusz mój widać i farbiarnię.