Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 57 из 130

ROZDZIAŁ 12

Przemęka z rozkoszą wciągnął w płuca woń żyznej, wilgotnej gleby. Las pachniał wiosną. Zieleń młodych liści była tak intensywna, że niemal nierzeczywista, a białe i żółte zawilce szczelnie przesłaniały ziemię. Gdzieniegdzie widział ciemne pnie i konary dębów, wciąż nagich, lecz krzepkich i dostojnych. Najemnik lekko skręcił srokacza i z lubością przesunął palcami po chropowatym pniu. Podczas długich lat wygnania zdarzało mu się wyprawiać na północ, nigdy wszakże o tej porze, zdążył więc odwyknąć od widoku wiose

Jechali w półmroku, bo choć słońce wstało, niewiele światła docierało na dno parowu. W nieckach po bokach ścieżki majaczyły krzaki dzikich śliw, niskie i przysadkowate, a konie szły spokojnym, miarowym rytmem, chlupocząc kopytami w błocie. Ostre powietrze kąsało w policzki i chłopina, co ich prowadził, wątły wiejski wyrobnik o twarzy, na której zastygł wyraz bezgranicznego niezadowolenia, aż po czubek nosa okręcił się baranicą. Wprawdzie sam zerwał ich przed świtem i w pora

Koźlarz również nie sarkał na trudy wędrówki, choć rana niezawodnie musiała mu dokuczać. Jechał tuż za przewodnikiem, a rękojeść Sorgo, przytroczonego na plecach, połyskiwała czasami nad kapturem łaciatego koziego płaszcza. Stary wojownik chętniej widziałby na ramionach wychowańca zwyczajną opończę albo baranicę, jaką przywdziewali okoliczni górale, nie protestował jednak, kiedy podczas przeprawy przez Kanał Sandalyi wygnaniec wydobył z juków znajomy, wysłużony płaszcz z koźlej skóry. Podobne rzeczy miały znaczenie – w określonym miejscu i czasie – nawet jeśli mogły ściągnąć na nich niebezpieczeństwo. Na razie, w odludnych górskich dolinach, ani wieśniak, prowadzący ich przemytniczymi traktami, ani jastrząb, który krzyknął właśnie wysoko na niebie, nie rozpoznają dziedzica żalnickiego tronu. Ale w Spichrzy, mieście targowisk i świątyń, gdzie krzyżują się szlaki, wielu może pamiętać starego Smardza. Jak zwykle w czas karnawału, łapacze zejdą się ze wszystkich stron na święto i będą siedzieli w karczmach, wyglądając przestępców, za których wyznaczono nagrodę. Najemnik westchnął ciężko. Miał nadzieję, że chłopak da się przekonać do zmiany przyodziewku, choć czasami okazywał iście koźli upór.

Brzegi parowu zbliżyły się do ścieżki i musieli teraz jechać gęsiego: Przemęka na samym końcu, strzegąc Kostropatki, bo ten bynajmniej nie przywykł do znojów wędrówki i ledwo trzymał się w siodle. Jasna czupryna księcia znikła, kiedy zaczęli opuszczać się wokół krawędzi skały, wcinającej się głęboko w dno jaru. Siwowłosy z niepokojem popędził konia, ale na wąskiej dróżce nie mógł wyminąć kapłana. Dobry nastrój wojownika prysnął w okamgnieniu. Szlak był wprawdzie odludny, a wieśniak, przemytnik z dziada pradziada, zaklinał się na głowy swych dzieci, że nawet jego ziomkowie niechętnie zapuszczają się do tej doliny, Przemęce nie podobały się jednak ukradkowe spojrzenia, jakie rzucał na juki i ekwipunek. Działoniec polecił im ludzi pewnych i przekazał tajemne hasła, którymi opowiadali się wędrowni kaznodzieje heretyków, ale tym razem trafił im się przewodnik bystrzejszy od i

Chociaż na początku było zupełnie inaczej, pomyślał Przemęka i znów uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie portowego miasta o murach z białego kamienia, gdzie zeszli ze statku na nabrzeże, nagrzane słońcem i tętniące obcą mową. Nie sądził wówczas, aby to miejsce kiedykolwiek stało się mu bliskie. W niziutkim, ciemnym sklepie, przepełnionym osobliwymi woniami, sprzedał garść rodzi

Chłopak płakał, przypomniał sobie stary, kiedy handlarz obracał w grubych palcach stylisko, wygładzone przez pokolenia panów, co zasiadali w wielkiej sali czerwienieckiego grodziska, pod belką rzeźbioną w wizerunki żmijów. Ale on sam nie uronił nawet jednej łzy – ani wtedy, ani potem, gdy wraz z wychowankiem najął się do ochrony kupieckiej karawany. Wieczorem siedział na skraju obozowiska, z dala od i

Pewne rzeczy jednak pozostały te same także pod czerwonym południowym niebem, którego nigdy nie rozjaśniała polarna zorza ani jasne smugi Iskier wędrujących w orszaku boga. Przemęka przekonał się o tym bardzo prędko. Trzy noce później gromada pusty

Nie nastąpiło to jednak szybko ani łatwo. Powoli, wyłącznie za pomocą miecza, nie zaś znaczenia rodu, posiadanych ziem czy bitnej drużyny, Przemęka budował reputację najemnika. Wynajmował się do ochrony karawan, walczył z rabusiami z pustkowi, później przewodził wojownikom z pusty

Mokra gałąź uderzyła Przemękę w twarz, płosząc wspomnienie. Stary wojownik otrząsnął się i otarł ze skóry zimne krople. Jakże dziwnym stworzeniem jest człowiek, pomyślał. Tam, na pustyni, nigdy nie próbowałbym wysunąć się przed Koźlarza i ukryć go pomiędzy wojownikami, a tutaj trzęsę się nad nim i kłopoczę jak stara kokosz. Zupełnie jakby czas zatoczył pętlę w chwili, gdy ponownie stanęliśmy w Krainach Wewnętrznego Morza. Jak gdybym znów uciekał z Czerwienieckich Grodów, wiodąc za sobą przerażonego, niedoświadczonego dzieciaka. Jakby nic się nie zmieniło.

W górze znowu krzyknął ptak. Srokacz Przemęki zastrzygł uszami i stary uspokajająco poklepał go po karku. Nie podobały mu się te konie o irytującej, jasnej maści, krępe i ciężkie w kłębie. Człapały powolnie, ze zwieszonymi łbami i do tej pory ani chybi częściej ciągnęły pług czy wóz, niż nosiły jeźdźców. Sam jednak nie mógł się wyprawić na jarmark w poszukiwaniu wierzchowców. Wcisnął więc kilka srebrników w dłoń zausznika Działońca i nakazał, aby kupił im w pobliskim miasteczku konie pod wierzch. Choć obawiał się, że chłopek czmychnie z zapłatą, ten skrupulatnie wypełnił zadanie i o zmierzchu pojawił się z trzema znużonymi wiejskimi mierzynkami. Wydawał się przy tym tak rad z siebie, że Przemęka nie miał sumienia go zganić. Teraz wszakże niepokoił się coraz bardziej. Jeśli ktoś zastawi pułapkę, na tych chłopskich konikach nie zdołają uciec, za to każdy ich wypatrzy z daleka.

Dotarli do podnóża skały, gdzie ścieżka rozszerzyła się nieco. Przewodnik zatrzymał się na niewielkiej wolnej przestrzeni pomiędzy głazami i odwrócił się ku nim, szczerząc zęby w grymasie, który zapewne miał im dodać otuchy.

– Za tamtą krzewiną – z zadowoleniem pokazał kępę olszyny – dróżkę znajdziem, co z miasteczka na północ prowadzi. Lżej będzie iść.

Przemęka zmarszczył brwi. Bezpieczniej czuł się na bezludziu, gdzie wprawdzie mogli zaczaić się na nich grasanci albo pobuntowane chłopstwo, ale zwykle nie zapuszczali się pachołkowie z okolicznych miast i zameczków. Do trudów wędrówki też przywykł tak dalece, że nawet wśród najgorszych wertepów potrafił się zdrzemnąć nad końskim karkiem. Przewodnik jednak pieszo przedzierał się przez gęstwinę i niezgorzej ucierpiał, kaftan miał mokry od rosy, a z twarzy i włosów zwieszały mu się pasma pajęczyn i drobne gałązki.

Chłopina przestąpił z nogi na nogę i popatrzał na wojownika wyczekująco. W tejże samej chwili, jakby w odpowiedzi, rozległ się kolejny krzyk, lecz tym razem nie ptasi. Przemęka szarpnął ostro wodze i nasłuchiwał moment, z której strony nadeszło wołanie. Odgłos nie powtórzył się jednak.

– Co to było? – zapytał szeptem, wychyliwszy się w siodle ku kmiotkowi, by capnąć go za kaftan. – Kamraci przy ścieżce zaczajeni wypatrują zdobyczy?