Страница 15 из 130
Przemęka znów uśmiechnął się półgębkiem, kiedy Koźlarz skręcił ostrze i ustawił je poziomo, kierując prosto w stół. Weszło bez wysiłku; cios, choć potężny, nie szarpnął nawet ramieniem. Prysły drzazgi z desek, rozpłatanych dokładnie w połowie, a miski zachybotały się z grzechotem, ale nie spadły. Robotnicy portowi patrzyli z wytrzeszczonymi oczami, w niedowierzaniu, jak płat blatu, gruby na dwa palce, przesuwa się lekko w przód, odsłaniając wąski pasek jasnego drewna. Zapał do bitki minął im całkowicie. Nawet popędliwy młodzik stał z opuszczonymi ramionami, oniemiały. Przemęka rozumiał go; Sorgo zazwyczaj tak właśnie działał na ludzi. Wzbudzał szacunek nawet u wojowników z odległych pusty
W głuchej ciszy Koźlarz schował miecz i sięgnął do sakiewki.
– Ot, poswawoliliśmy nieco w wesołej kompanii – rzekł – ale zda się dalej ruszać, ogrody bogini nawiedzić w to niezwykle święto. Może tam przychylniej spojrzą na przybyszów z dalekich stron. I ich srebro – dodał znacząco, rzucając na stół lichego, oberżniętego grosza.
Karczmarz pochwycił monetę, lecz kiedy przyjrzał się jej z bliska, na jego twarzy rozlał się wyraz wzburzenia.
– A kto moje straty policzy? – zakrzyknął falsetem. – Stół na nic rozpłatany! Po dwakroć tyle za waszą przyczyną zapłacę.
– Straży tedy wołajcie – oznajmił sucho Przemęka, dobrze wiedząc, że do portowych tawern niechętnie wzywano świąty
Odeszli spokojnie, choć oberżysta odprowadzał ich nienawistnym wzrokiem. Kostropatka dreptał tyłem na swych kabłąkowatych nóżkach i zdawał się zupełnie nie pojmować, na jaki hazard wystawiły ich jego nieostrożne słowa. Przemęka walczył z przemożnym pragnieniem, aby potrząsnąć nim jak słomianą kukłą. Widział go wcześniej w Wilczych Jarach, lecz wówczas, choć butny i nierozważny w swej nienawiści do pomorckiego boga, kapłan nie wydał mu się równie zaślepiony. Potrzebowali pomocy zakonu Bad Bidmone, dlatego wojownik cierpliwie wysłuchiwał, jak owo wspólnie pognębią Pomorców i ich władcę, i nawet zgodził się na to nierozumne spotkanie na Tragance. Teraz wszakże z głębi serca żałował swej lekkomyślności.
Wtem rozległ się dźwięk portowego dzwonu. Koźlarz przystanął i obrócił się ku Kostropatce.
– Nigdy więcej nie wystawiaj mnie na próbę – odezwał się sucho.
Kapłan nie skłopotał się bynajmniej.
– Chciałem… – zaczął, ale jasnowłosy przerwał mu w pół zdania:
– Wiem, czego chciałeś. Zobaczyć Sorgo i przekonać się, kim jestem. Zgoła niepotrzebnie, bo dość się jeszcze trafi okazji, kiedy stąd odpłyniemy, w Górach Żmijowych i później w Spichrzy.
– W Spichrzy? – powtórzył kapłan ze zmieszaniem. – Dlaczegóż wybieracie się do Spichrzy, panie?
Koźlarz ściągnął brwi.
– Bo taką mam wolę. Pragnę się rozmówić z księciem. I nie tylko z nim.
Kostropatka zrobił minę, jakby wyczuł na języku smak zgnilizny.
– Heretycy! – zaskrzeczał. – Nie zamierzacie się chyba zmawiać z tymi bezbożnikami?
Przemęka uczynił krótki, karcący gest dłonią. Z okna nad nimi wychynęła niewiasta w zielonej, nazbyt wydekoltowanej bluzce i uśmiechała się zachęcająco, wietrząc możliwość zarobku. Był pewien, że w razie czego chętnie dorobi i donosem, gdyż rozmowa stawała się zbyt głośna i zbyt nieostrożna.
– Jutro się poswarzymy, na wodzie – powiedział cicho. – Zgodziłem statek. Szyper płynie łowić w Ślazowej Zatoce, więc nie nadłoży mocno drogi.
– A nie wyda nas aby? – zaniepokoił się Kostropatka.
– Nie zdaje mi się. Bystrzeńki z niego człowieczek, chyba i z przemytem obeznany. Kiedy mu rzekłem o trzech podróżnych, co się bez zbędnych pytań pragną z wyspy wydobyć, ani językiem nie mlasnął, tylko o zapłatę pytał.
Przemęka przeczuwał, że poznaczony bliznami człowieczek wolałby raczej wracać do domu z większą paradą, może nawet obwieścić sługom Zaraźnicy, kogo nieoczekiwanie przyszło im gościć w swojej krainie, pochwalić się rychłą a nieuniknioną odmianą losu, który niegdyś skazał jego i jemu podobnych na banicję i poniewierkę. Tak długo czekał na ten dzień, a teraz oto miał wymykać się z miasta ukradkiem, niczym zbrodzień. Nic dziwnego, że wydawał się rozgoryczony.
– Nie lękajcie się. – Koźlarz chyba wyczuł jego żal, bo odezwał się nad podziw łagodnie. – Przed nami już prosta ścieżka. Za kilka tygodni staniemy na Półwyspie Lipnickim i sprawy potoczą się jak trzeba. Nie zdarzy się nic zaskakującego. Najwyżej spotkamy kilku celników, których trzeba będzie przekupić sowitym wziątkiem, i kilku opryszków na trakcie, co nie odstąpią, póki nie wygarbujemy im grzbietu. Ale nic więcej. Nic nieoczekiwanego.
Kostropatka zmienił się na twarzy.
– Nigdy tak nie mówcie, panie! – wykrzyknął przerażony. – Takie słowa są jak wyzwanie rzucone bogom.
Przemęka potrząsnął głową. Mógł się spodziewać, że kiedy przyjdzie co do czego, kapłan okaże się równie przesądny i strachliwy, jak wszyscy jego konfratrzy.
– To tylko słowa. – Koźlarz uśmiechnął się nieznacznie.
– Słowa są ważne, panie – zaprzeczył żywo Kostropatka. – Słowa stwarzają świat. Obyśmy nie musieli się o tym przekonać.
– Na razie przekonamy się tylko, czy te wszystkie opowieści o ogrodach bogini w noc wyniesienia nowego dri deonema są prawdą – odrzekł Koźlarz.
Kostropatka nie ośmielił się oponować, ale przeniósł zaniepokojone spojrzenie na Przemękę, jakby u niego szukał roztropniejszej rady. Najemnik aż odchrząknął, aby zdusić śmiech – zaiste, wizja rozpasania, któremu wkrótce oddadzą się wyznawcy Fei Flisyon, mogła przerazić bogobojnego kapłana. Ale Koźlarz miał rację, nigdzie nie ukryją się lepiej niż wśród rozbuchanej tłuszczy, jutro zaś wsiądą na statek i odtąd każdy krok będzie przezorny i z góry obmyślany. O poranku mieli prócz Kanału Sandalyi przekroczyć jeszcze i
– Kapłani mogli się już o nas wywiedzieć – zdecydował. – Bezpieczniej będzie zatem trzymać się z dala od gościnicy. Sakwy wydobędziemy przed świtem, na razie zaś chodźcie za mną. Znam drogę.
Ciemność zapadła już na dobre i w ogrodach bogini kłębiła się nieprzebrana ciżba, jak gdyby wszyscy mieszkańcy wylegli z domów, by uczcić nowe gody władczyni wyspy. Z kęp cyprysów i magnolii dobiegały gardłowe śmiechy i przekomarzania, zagłuszane raz po raz przez bębnienie i dźwięk piszczałek od strony głównego placu, gdzie rozsiadła się orkiestra. Przy fonta
Im dalej od marmurowego traktu prowadzącego na Białogórę, tym dziksza stawała się zabawa i pomiędzy rozradowanym tłumem częściej trafiali się ludzie zgoła nikczemnego autoramentu. Jak zwykle bowiem, kiedy nadarzała się okazja łatwego zarobku, do ogrodów bogini ściągnęło w tę noc mrowie złodziei, dziwek i rabusiów. Taki był miejscowy obyczaj i tubylcy znali go bardzo dobrze, trzymali się więc ludnych alejek, gdzie co najwyżej człek mógł być zelżony przez podpitego szkolarza. Ale nawet straż miejska nie zapuszczała się głęboko w chaszcze, aby nie narażać się na niepotrzebne cięgi.
– Kędy leziesz, zarazo? – kwiknął pryszczaty wyrostek, z wyglądu żeglarz z północy, który zapewne pierwszy raz zapuścił się tak daleko od domu, i wyrwał połę kubraka spod buta Szarki.
Ladacznica w żółtej telejce zajadle obmacywała jego sakiewkę, zupełnie obojętna na mijających ich ludzi, a młodzian był zbyt pijany, by pilnować dobytku. Wciąż chichocząc zalotnie, dziwka wywinęła się z jego uścisku. Dobyła zza paska krótki nożyk i odcięła mieszek, poderwała się z ziemi, błyskawicznie podciągnęła stan sukni, by osłonić bujne wdzięki, i ze zdobyczą w ręku umknęła w mrok. Chłopak usiadł i potrząsnął głową, jakby chciał pojąć, co się przed chwilą wydarzyło.
– Hej, dokąd to, turkaweczko? – Dźwignął się z wysiłkiem, przytrzymując portki.
Niewiasta nosząca obręcz dri deonema uniosła brew, kiedy ją minął, i chybotliwym truchtem ruszył za ladacznicą. Zionął winem i czosnkiem, obżarty i opity do granic, oszołomiony tym niezrozumiałym świętem, rozrzutnością kapłanów, przychylnością niewiast, jakże odmie