Страница 128 из 130
ROZDZIAŁ 27
– Nie puszczę! – Starosta dolnego zamku obro
Zafrasowany kniaź poskrobał się po głowie. Potyczka z biurokracją ciągnęła się nieznośnie. Co prawda Suchywilk przerastał starostę prawie o łokieć i był pewien, że mógłby przełamać każdą z jego krzywych, obciągniętych żółtymi rajtuzami nóg równie łatwo, jak zeschnięty patyk. Ale na razie biurokracja zwyciężała.
– Człeka naszego w wieży więzicie – powtórzył nieco defensywnie. – Tedy go nam wróćcie, bo ani wy, ani wasz książę mocy nad nim nie macie.
– W wieży? – zainteresował się nagle starosta. – A w której?
– W Wiedźmiej Wieży – podpowiedziała Szarka.
Zwajeccy wojownicy poczynali już wymownie postukiwać toporami w posadzkę.
Urzędnik rozpromienił się, że podsunięto mu jakże dogodne rozwiązanie sporu.
– Do Wiedźmiej Wieży to nijak nie wejdziecie. I
– Znaczy się, co? Nie puścicie nas?
– Toż powiadam, że i
– Ale klucze macie? – upewnił się Suchywilk.
– Mam – cierpliwie tłumaczył starosta – lecz nie dam. Bo one jeno dla samego księcia. Każdy i
Zza ławy poderwał się pyzaty pisarczyk, wielce już zniecierpliwiony przedłużającą się wymianą zdań.
– Ja was lepiej objaśnię! Wyście w książęcej gościnie, tedy was jaśnie pan starosta bez ceregieli odpędzić nie może. Ale dopiąć to wy niczego nie dopniecie. Ani w cytadeli, ani w powroźnickim cechu. Nazbyt skrupulatnie kapłani strzegą swych sekretów. Książę zaś cechowym się prawem zasłoni, a cechowi do księcia was odeślą. I kiedy będziecie tak od jednego do drugiego wędrować, powroźnicy po cichońku człeka wam umorzą.
– Zamilcz, gówniarzu! – oburzył się urzędnik.
– Wszak szczerą prawdę gadam! – Chłopiec zamaszyście odgarnął spadającą na oczy grzywkę. – Wy z nimi zanadto politycznie, panie starosto. Musiał się ten ich człowiek w jakieś wiedźmie sprawy uwikłać. I nie dziwota, wszak to Zwajcy! Może i oni w jakim spisku z plugastwem szczuraków nam na kark ściągnęli? Z nimi żadna polityka nie pomoże, niech precz idą!
– Polityka? – złowrogo powtórzył Suchywilk. – Ja ci politykę pokażę! Zwajecką! – I zdzielił starostę na plask toporem. – Idziemy, córuchna!
– Co robią?! – Książę Evorinth rozpaczliwie usiłował wyplątać się z opuszczonych do kostek niebieskich nogawic. Wieść o napaści na Wiedźmią Wieżę doszła go podczas końcowych przygotowań do wieczerzy. W skrytości ducha uznał to za osobistą zniewagę.
– Co robią?!
– Idą do Wiedźmiej Wieży – skwapliwie powtórzył pokojowiec.
– Horda Zwajców, żalnicka księżniczka i jeszcze jedna niewiasta. Wszyscy idą do Wiedźmiej Wieży. Pobili starostę, zabrali klucze i idą do wieży…
– Mówiłeś już! – ryknął oswobodzony wreszcie książę. – Mówiłeś, dokąd! Ale po jaką cholerę tam lezą?!
Powroźników nie udało się zaskoczyć. W przeciwieństwie do pachołków, którzy rozleniwili się i utyli na książęcym wikcie, łowcy plugastwa pieczołowicie strzegli swego bezpieczeństwa. Kiedy więc pierwsi Zwajcy podkradali się cichaczem do okutych żelazem drzwi, z okienka wychynął łysy łeb. Powroźnik poświecił sobie kagankiem, zlustrował majstrującego przy zamku wojownika. I bez zwłoki podniósł wrzask.
– Możecie sobie ninie te klucze w rzyć wetknąć – zauważył siwowłosy Zwajca, kiedy ze środka zaszczekały pospiesznie zakładane sztaby. – Dobrze się, ścierwa, pilnują – pokazał oprawcę zaczajonego w okienku nad drzwiami z pokaźnym mosiężnym kociołkiem. – Widać wrzątek mieli nagotowany. Bardzo roztropnie.
– Niech no który dyla wynajdzie! – rozkazał Suchywilk. – A tego mądralę z wrzątkiem strzałą przepłoszyć.
Od strony górnej cytadeli dały się słyszeć rześkie okrzyki. Z bram górnego muru wysypywało się mrowie pochodni. Zarzyczka słyszała rozjuszonego księcia Evorintha, który popędzał co bardziej opornych pachołków.
Księżniczka niespokojnie przygryzła wargę. Jedna rzecz odnalezienie z dawna utraconej córki, pomyślała, a zgolą i
– Co to?! – wrzasnął zadyszany książę. – Co to za napaść? Czemuście moich ludzi pobili?
Otaczająca go gromada wyglądała na zbieraninę pałacowych strażników, wścibskich dworzan i najzupełniej przypadkowych gapiów. Ale nawet uzbrojeni w wielkie pałasze pachołkowie nie kwapili się bynajmniej do starcia ze Zwajcami. I książę Evorinth doskonale to rozumiał.
Nieoczekiwanie dla samej siebie księżniczka wystąpiła pomiędzy dwie grupy zbrojnych, którzy mierzyli się wzrokiem jak wraże stada psów nad krowią padliną.
– Ano to, że mnie wasi ludzie życia próbowali zbawić. Ot, jeszcze krew mam na sukni. – Rozchyliła płaszcz: na spódnicy zakrzepły rdzawe plamy.
To chyba ten chłopiec, przypomniała sobie. Chłopiec z rozprutym brzuchem.
Wstrząs, który odbił siew oczach spichrzańskiego włodarza, nie mógł być udawany. Nie wiedział, pomyślała. Ktokolwiek usiłował mnie zabić, uczynił to bez zgody i wiedzy księcia Evorintha.
– Niepodobna… – zaprzeczył słabym głosem.
– Jak nam nie dowierzacie, idźcie ścierwa na schodach cytadeli obejrzeć – prychnął któryś ze Zwajców. – O ile ich jeszcze kamraci ukradkiem nie uprzątnęli. Całe mrowie nasza kniahinka ubiła.
Rudowłosa wojowniczka uśmiechnęła się miło. Za plecami księcia Evorintha ktoś głośno wciągnął powietrze.
– Kniahinka – powtórzył bezmyślnie książę. – Jaka kniahinka?
– Moja córka. – Suchywilk znacząco bawił się toporem. – Jej człowieka do wieży wtrąciliście, tedy go z powrotem bierzem. Każcie drzwi odewrzeć albo sami rozbijemy.
Jakby dla potwierdzenia groźby, zza wieży wysypało się truchcikiem paru wojowników, niosących imponujący i najpewniej wyłamany z ostrokołu słup.
Książę przymrużył oczy. Nie chciał bijatyki ze Zwajcami, która mogłaby się okazać nazbyt brzemie
– Starego, wiernego sługę – wyczekująco powtórzył kniaź.
Jego córka zasłoniła usta dłonią. Dłonie miała bardzo ładne, choć umorusane, o długich, wąskich palcach. Złotorude włosy nosiła nieskromnie rozpuszczone na ramionach, a nabijany żelazem kubrak – dość nieświeży, jak mimowolnie spostrzegł książę – zupełnie nie przystawał niewieściej godności.
– Musiał was ktoś niecnie w błąd wprowadzić – oznajmił cierpko. – W wieży samo plugastwo zamknięte. Wiedźmy i ich pomocnicy. Tych chyba na świat dobywać nie zamyślacie.
– Skoro w wieży samo plugastwo – odezwała się zuchwale rudowłosa – to chyba nie będzie wam wadzić, jeśli tam zajrzymy?
Rzucił jej nieprzychylne spojrzenie.
– Zdałoby się najpierw Krawęska o zgodę spytać, bo wieża świątyni przynależy.
– Jednak was, włodarza, zapewne do środka wpuszczą – nalegała dziewczyna.
Książę Evorinth wahał się jeszcze krótką chwilę.
– Nie godzi się, by za równie marną przyczyną między nami urazy powstały – zdecydował niechętnie. – Ale to złowieszcze miejsce, krwią naznaczone. Niechaj więc straż niewiasty do zamku odprowadzi, bezpieczniej tam i opieka lepsza.
– Krwi dość dzisiaj widziałam – sprzeciwiła się księżniczka. – Gdy zaś o bezpieczeństwie mowa, nie wydaje mi się, bym mogła polegać na opiece waszych poddanych.
Kilku Zwajców uśmiechnęło się półgębkiem. Suchywilk politycznie popatrzał w bok.
– Skądże pewność, że właśnie moi ludzie was napadli? – Książę się zniecierpliwił. – Chyba się z imion nie opowiadali?
– Nie, nie opowiadali – wtrąciła znów córka Suchywilka. – Ale ja w żebraczej gospodzie słyszałam, jak się kilku szubrawców naradzało. Pani zapłaciła, gadali, żeby kuternóżkę ubić, byle z cicha i ukradkiem. Nie przyglądałam się, i
Za plecami oniemiałego księcia dworzanie wymieniali znaczące spojrzenia. Książę posiniał.
– Chodźcie – rzucił oschle, zdusiwszy nieszlachetne pragnienie spytania, czego też zwajecka kniahinka szukała w żebrackiej tawernie. – Pokażę wam Wiedźmią Wieżę. Dobrze się przypatrujcie, bo tam jeszcze cudzoziemska noga nie postała. Otwierajcie, zacni mistrzowie! – rozkazał łysemu, który obserwował zajście z okienka nad wrotami.
Zarzyczka niepewnie rozglądała się po wnętrzu wieży. Na zawilgłych, poznaczonych zaciekami porostów ścianach wisiały wianki śmierdzących ziół, czosnek i coś, co wedle księżniczki musiało być jakimś zasuszonym, pierzastym truchłem. Zgadywała, że owe dziwaczne remedia osłabiały magię wiedźm. Nie miała jednak z nimi prawie żadnego doświadczenia, Wężymord zadbał, by w Żalnikach nie zostało ich zbyt wiele.
Książę Evorinth z przekąsem pokazał szereg bliźniaczych, małych drzwiczek.
– Skąd zaczniemy? Bylebyśmy przed świtem zdążyli, bo tu prawie w każdej komnatce wiedźma siedzi. Pracowity dzień mistrzowie mieli.
Suchywilk oparł się o pokrytą czerwonymi zaciekami ścianę.
– Niemiły zakątek. Choć waszych ludzi widno zadowala, nawet biesiadować gotowi. Co to za śpiewy?
– Pewnie mistrzowie sprowadzili kapłanów – zgadł książę. – Żeby świątobliwymi pieśniami plugastwu moc odbierali.
Kniaź przyłożył ucho do drzwi.
– E, ci to chyba nie bardzo pobożnie śpiewają – zauważył. – Wszak to jest znana śpiewka o tym, jak dwie kopie