Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 124 из 130

– Rychło przyjdzie i wasza kolej. – W drzwiach pokazał się łysy łeb oprawcy. – Najpierw was dobrze wypytają, a potem w ogień wrzucą. Tymczasem gościa macie. Z samej świątyni.

Zbójca wygiął się, z wysiłkiem obrócił ku wejściu do katowni i przez mgnienie oka miał nadzieję, że rudowłosa dziewczyna, z którą przewędrował Góry Żmijowe, przyszła się o niego upomnieć, że ocali go i wyprowadzi na wolność, jak zrobiła poprzedniej nocy, kiedy płonęła gospoda i ze wszech stron osaczali ich zwierzołacy. Ale nie. Jaśminowa wiedźma, rozciągnięta obok zbójcy na katowskiej szrobie, nie drgnęła nawet. Leżała bezwładnie, z głową opuszczoną na bok, oddychając ciężko przez rozbity nos, i zanim jeszcze w ościeżnicy pokazał się zarys człowieka, zbójca zrozumiał, że Szarka nie przybędzie, a te odwiedziny są bez znaczenia, w niczym bowiem nie poprawią ani nie pogorszą ich losu.

W chwilę później rozpoznał chuderlawą, przygarbioną postać i z trudem zdusił przekleństwo. Spomiędzy wszystkich możliwych gości tego się najmniej spodziewał. Zacisnął zęby do bólu, aż pobielały mu mięśnie u nasady szczęk, by ukryć zawód i gniew. Nie zdołał jednak zapanować nad ruchami palców, które przykurczały się i drgały, jakby usiłowały wymacać w powietrzu kształt ludzkiej szyi.

Drobny człek w ciemnej szacie wyrzekł kilka przyciszonych słów do oprawcy. Ten żachnął się – nie nosił cechowego stroju, tylko poplamiony juchą skórzany fartuch i pewnie był u powroźników za katowskiego pomocnika, któremu powierzano najbrudniejsze i najbardziej hańbiące zajęcia – ale wkrótce usłuchał i, mamrocząc pod nosem, umknął z izby. Wówczas przybysz postąpił naprzód. Wszedł w krąg światła pochodni pozostawionej więźniom, aby nawet przed śmiercią dobrze widzieli całą mizerię swego położenia.

Zbójca ze świstem wciągnął powietrze. Znał brunatne szaty, przykrywające chudy grzbiet Mroczka, niegdyś kupca bławatnego i jego kamrata z Przełęczy Zdechłej Krowy; w całych Krainach Wewnętrznego Morza przynależały jedynie kapłanom z Pomortu. Dziwne zatem musieli bogowie wyrzucić losy, bo przecież ledwie dzień minął, jak Twardokęsek widział Mroczka na brzegu Trwogi, gdy z resztą szajki pobierał myto u traktu. Tyle że wówczas kamrat zgoła i

– Zdziwionyś, Twardokęsek? – Gość wpatrywał się w herszta łapczywie, szukając w jego twarzy zaskoczenia i strachu.

– Czego chcesz? – warknął zbójca.

Nie oczekiwał niczego dobrego po niegdysiejszym kamracie, który w dawnych czasach, kiedy pospołu hasali po gościńcu poniżej Przełęczy Zdechłej Krowy, ten lekce sobie ważył przywódcę szajki i jątrzył przeciwko niemu, ile sił starczyło. Ani pospieszna ucieczka zbójcy z zagrabionym skarbczykiem, ani ostatnie spotkanie z pewnością nie natchnęły Mroczka przychylnością. Dlatego Twardokęsek ani myślał łasić się do niego czy też błagać o litość przez wzgląd na minione dni. Nazbyt dobrze znał Mroczka. Choć milkliwy i skryty, nieskło

– Pogawędzić. – Chudy człeczyna wyszczerzył nadpsute zęby. – Dwóch nas już tylko z całej kompanii zostało, postanowiłem więc ziomka odwiedzić i stare czasy powspominać.

A w chwilę później złożył Twardokęskowi najbardziej zaskakującą propozycję, jaką zdarzyło mu się podczas ostatnich dni usłyszeć.

Zrazu herszt żachnął się i chciał go popędzić precz – choćby grubym słowem. Jednakże wnet przypomniał sobie zadowolone i po młodzieńczemu gładkie oblicze księcia Evorintha, kiedy drwił ze zbójcy i napawał się własną przemyślnością. Od nagłego uderzenia wściekłości zaparło mu dech. Cokolwiek nastąpi i dokądkolwiek ich zaprowadzi nieoczekiwana komitywa Mroczka z pomorckimi kapłanami, zbójca nie potrafił dozwolić, aby ten butny młodzik zatriumfował. Za żadną cenę. Skoro i tak nikt się z nim nie zamierzał liczyć, tyle jeszcze mógł przed skonaniem uczynić: pokrzyżować plany Szarki i wystrychnąć na dudka spichrzańskiego księcia. Ostatecznie nic nie był im winien. Teraz już nikomu nie był nic winien.

Przełknął ślinę i zaczął mówić.

Rudowłosa dziewczyna usiłowała się wyrwać z uścisku, ale Zwajca trzymał ją dobry sążeń nad ziemią, unikając co celniej wymierzonych kopniaków.

– Nie jestem twoją córką! Nie jestem twoją przeklętą córką!

Zarzyczka przypatrywała się im rozwartymi ze strachu oczami.

Wcześniej nie oglądała z bliska Zwajców – chyba że zakutych w kajdany, wywleczonych z ładowni pomorckich statków, lecz wówczas w niczym nie przypominali wojowników, którzy teraz otaczali ją kręgiem i z jakąś dzieci

Suchywilk nie wiedział – nie mógł przecież wiedzieć, powtarzała sobie w myślach Zarzyczka – jaka zdobycz wpadła mu w ręce w osobie niepozornej, brunatnowłosej dziewczyny. Zresztą całą jego uwagę pochłaniała teraz ta druga, smukła i jasna, o włosach koloru żywego ognia. O niej – jeżeli istotnie to była ona – księżniczka również słyszała. Pewne pieśni, choćby zakazane, potrafiły przeniknąć nawet granitowe ściany wieży uścieskich alchemiczek.

– To ten kamień. – Szpakowaty uśmiechnął się szeroko. – Za mocno ją walnąłem.

Potężny wojownik zdecydował się uwolnić wreszcie dziewczynę. Ostrożnie, jak kociaka, przytrzymał ją za kubrak na karku i postawił na nogach.

– Temperament ma po matce! I zęby! Patrzajcie, jak się wgryzła!

– oznajmił z dumą. – Wyszczerbiła mi kolczugę.

Księżniczka cofnęła się nieznacznie, oparła plecami o kamie

– Z oblicza też jota w jotę Sella, każdy by ją rozpoznał – przytaknął siwawy. – I te włosy. Nie wyprzecie się.

Suchywilk serdecznie klepnął dziewczynę po plecach, aż ją przygięło do ziemi.

– A bo to zamierzam?! Przecie ja jej prawie dwa tuziny lat szukam, ptaszyny mojej!

Wojowniczka w nabijanym żelazem kubraku otrząsnęła się nareszcie z szoku.

– Zdumieliście! – rozdarła się. – Do cna zdumieliście! Wyście nie mój ojciec. Nie mam ojca!

– Pierwsze to byłoby podobne w bożym świecie dziwowisko!

– zaśmiał się jakiś Zwajca. – Bez chłopa się nie da, dziewczyno. Zresztą tutaj praktyków dosyć. Poproś ładnie, to ci który wszystko wyłoży i objaśni.

Siwowłosy pokiwał głową.

– Kamień. Ani chybi rozum się jej od kamienia obluzował.

– Pewnie ją sinoborskie mniszki przyhołubiły – rzucił i

– Dzicz! – zgodziła się wojowniczka o twarzy pokrytej sinym tatuażem.

Zarzyczka wciąż dygotała – z zimna i z powodu niedawnych jatek. Wiedziała, że jak najszybciej, póki nikt nie zwraca na nią uwagi powi

Bo – choć i

Ktoś narzucił jej na splamioną posoką suknię wspaniały, podbity futrem płaszcz z błękitnego sukna i wcisnął w rękę gliniany kubek. Kiedy się obejrzała, zobaczyła tylko jedną z Servenedyjek. Wojowniczka uśmiechała się, odsłaniając ostro spiłowane ząbki.

– Ty pić – poradziła.

Wokół Suchywilka i rudowłosej utworzył się zbity krąg. Księżniczka nie mogła się nadziwić, jak szybko wśród wyspiarzy i Servenedyjek pojawiły się rozmaite naczynia. Dwóch Zwajców przydźwigało z gospody Pod Karaskiem beczkę, a drobna Servenedyjka warząchwią czerpała okowitę i rozdzielała równie hojnie napitek, jak całusy.

Pomordowanych odciągnięto za nogi i zwalono na kupę przy brzegu traktu, tworząc miejsce dla pospólnych pląsów. Ktoś wetknął żebrakowi w garść szałamaję.

– Graj, dziadu! – Wojownik w pogiętym bechterze podsadził ślepca na okalający gościniec mur. – Graj, ile sił starczy. Kniahinkę my odnaleźli!

Pośrodku powszechnej wesołości rudowłosa przestała lżyć Suchywilka. Desperacko czegoś szukała pod nabijanym żelazem kaftanem.

– Daremny trud – objaśnił ją ktoś ciepło. – My ci szatki dobrze przetrząsnęli, ptaszyno.