Страница 27 из 32
– Co by tam miało się wydarzyć! Chcesz wiedzieć? Moje zdanie, że gdybyśmy się tak nie zanudzali u państwa Wojtysów na wilegiaturze, toby w ogóle nic się nie wydarzyło. Nuda, bracie, ma jeszcze większe oczy niż strach! Jak się nudzisz, to Bóg wie co sobie wyobrażasz! Chodźmy!… Na dole było czarniawo, ale przede wszystkim ciasno, sionka była nieporęczna a w dodatku stół musiał stać „w samym kącie – ze względu na dwie ławki wpuszczone w ściany, gdzie już umieszczała się część towarzystwa – naturalnie ze śmieszkami, że „ciemno i ciasno, w sam raz dla miodowych parek”, wtem Kulka wniosła dwie latarnie naftowe, wytwarzające coś w rodzaju mętów świetlnych. Po chwili, gdy postawiono jedną na półce, drugą na szafie, rozpaliły się lepiej i wtedy blaski ukośne wywołały zogromnienie cielesności naszej wokół stołu, ufantastycznienie, obłoki drżące cieniów olbrzymich omiatały ścianę, blask wydobywał ostro na wierzch wycinki twarzy i torsów, reszta była zatracona, tłok się wzmógł od tego i ciasnota, był to gąszcz, tak, gęsto i jeszcze gęściej, w rozprzestrzenieniu i spotężnieniu rąk, rękawów, szyj, sięgano po mięso, nalewano wódki i zarysowała się możliwość fantasmagorii z hipopotamami. Z mastodontami. Lampy wywołały też zagęszczenie ciemności na dworze i jej zdziczenie. Usiadłem obok Lulusi, Lena siedziała między Jadziulą i Fuksem, dość daleko, po drugiej stronie, w fantastyczności, łączyły się głowy, zlewały się rozgałęzienia ście
– Jedenastego.
– Jedenastego wypada we wtorek.
– …pseudosrebrne okucia od dołu, można wytrzymać…
– …do Czerwonego Krzyża, ale powiedzieli… Rozmówki. Słowa różnorodne, tu, tam „albo orzeszki, te takie słonawe”, „jeszcze by nie, weź pan i spokój”, „prawo, jedzie, nie ustępuje”, „czyj?”, „wczoraj wieczorem”…narastał gąszcz i myślałem, że gąszcz toczy się nieprzerwanie, byłem w toczącej się chmarze, gdzie wciąż co i
Skończył z jedzeniem i siedział z twarzą przytwierdzoną do czaszki kopulastej… jakby zwisała z czaszki ta twarz… Mówiono tyle pewnie dlatego, że milczał. Jego milczenie wytwarzało lukę.
Przycisnął palcem kruszynkę soli aby się przylepiła i podniósł palec – przypatrywał się – wysunął język – dotknął językiem palca – zamknął usta, – smakował.
Jadeczka nabijała na widelec plasterki ogórka. Nic nie mówiła.
Ksiądz pochylony, z rękami pod stołem. Suta
Lena. Siedzi spokojnie, w tym nawiedza ją faza drobnych czy
Luluś podskoczył: – Pac!
Kulka wchodzi, postała chwilkę, krępa, popatrzyła na stół, zawróciła do kuchni.
Notuję fakty. Te, nie i
Leon podniósł powieki, spojrzał na mnie zamyślony, ale bardzo uważnie, nawet pracowicie – i sięgnął po szklankę z winem, podniósł do ust.
Ta praca jego, ta jego uwaga, mnie się udzieliły. Podniosłem szklankę do ust. Wypiłem.
Drgnęły mu brwi.
Ja opuściłem powieki.
– Nasze kawalerskie! – Potwór, jak śmiesz, co za kawalerskie w miodowym miesiącu! – No to nasze ekskawalerskie! – Dać mu, niech zaleje robaka! – Lulo, co ty! – Lula, co ty!
Leon w lśnieniu binokli pod czaszką wyciągnął palec, przylepił kruszynkę soli, wsadził do ust – miał w ustach.
Jadeczka podniosła szklankę do ust.
Ksiądz wydał z siebie dźwięk dość dziwny, gulgoczący. Poruszył się.
Okienko małe… z haczykiem.
Napiłem się.
Drgnęły mu brwi.
Ja opuściłem powieki.
– Panie Leonie, co pan taki zamyślony?
– Panie Leonie, o czym pan myśli? Lulusiowie.
Wtedy Kulka zapytała:
– Leon, o czym ty myślisz?
Zapytała przerażająco stojąc w drzwiach kuchni z rękami opuszczonymi, nie chciała ukrywać grozy, zapytała tak jakoś jakby przerażenie zastrzykiwała nam szprycą, a ja myślałem, myślałem, najgłębiej, najsilniej, ale bez jakiejkolwiek myśli.
Leon skomentował jak gdyby na stronie: – Ona pyta, o czym ja myślę.
Miód.
Koniuszek języka ukazał się w rowku jego cienkich warg, różowy, ten język pozostał między wargami, język starszego pana w binoklach, język, napluć w usta, w odmęcie i wirze piorunującym usta Leny z ustami Katasi wydobyły się na wierzch, był to moment, ujrzałem je na wierzchu samym, jak się widzi kawałki papieru we wrącym kotle wodospadu… przeminęło.
Złapałem się ręką za nogę krzesła żeby mnie gwałtownością swoją nie porwało. Gest spóźniony. Retoryczny, zresztą. Blaga.
Ksiądz.
Kulka nic. Leon. Lulusia zagadnęła trochę płaczliwie, panie Leonie, co to z tą wycieczką? Po co? W nocy, po ciemku? Co my za krajobrazy mamy oglądać?
– Po ciemku niewiele widać – wtrącił Fuks niecierpliwie i niezbyt grzecznie.
– Moja żona, powiedział (on to wymawia, a ptak i patyk tam są!), moja żona, dodał (Jezus, Maria!), moja żona (złapałem się ręką za rękę!)…
– Ależ proszę się nie denerwusium! – wykrzyknął jowialnie. – Nie ma powodów do nerwsiusium! Wszystkosium en ordre, bitte, proszę, siedzimy sobie jak Bóg przykazał, każdy na pupli swojej, wgryzamy się w dary boże, gul gul gul do tego sznapsem i winiusium, a za godzinkę małą marszusium pod przewodem moim ku delektacji jedynej tam gdzie cud panoramusium otwiera się wskutek, jak powiedziałem, cudu księżycowego rozpląsanego oj dana wśród pagórków, górek, gór, rozłogów, dolin, hejha, hejżeha… jak mnie się to zobaczyło lat temu dwadzieścia i siedem, bez jednego miesiąca i czterech dzionków, proszę panoczkostwa mego, kiedym to przypadkiem o tej właśnie godzinie nocnej zabłąkał się w to miejsce jedyne i ujrzał…