Страница 24 из 32
– A dlaczego?
– Dla świętowania.
– Czego?
– Rocznicy.
– Czego?
Spojrzał na mnie i rzekł pobożnie, z dziwną jakąś troskliwością: – Czego? Największej frajdy życia mego. Lat temu dwadzieścia siedem.
Znów spojrzał na mnie i był to wzrok mistyczny świętego, czy nawet męcze
– Z kuchtą.
– Z jaką kuchtą.
– Z tą co tu wtedy była. Panie! Raz w życiu mi się udało, ale dobrze! Ja tę frajdę moją jak przenajświętszy sakrament w sobie noszę. Raz w życiu!
Ucichł, podczas gdy ja rozpatrywałem góry okrążające, góry i góry, skały i skały, las i las, drzewa i drzewa. Poślinił sobie palec, pomazał nim rękę, przyjrzał się. Zaczął z wolna, zwyczajnie, pracowicie: – Bo to, trzeba panu wiedzieć, ja młodość taką sobie miałem. Myśmy w małym miasteczku, w Sokołowie mieszkali, mój ojciec był kierownikiem spółdzielni, pan wie, trzeba ostrożnie, ludzie zaraz o wszystkich wiedzą, pan wie, w małym miasteczku żyje się, jak za szybą szklaną, każdy krok, ruch, każde spojrzenie, wszystko jak na tapecie, Boże święty, i ja się tak na widoku uchowałem, a do tego, przyznam, nigdy zbyt wielką śmiałością się nie odznaczałem, ha, cóż, nieśmiały, cichy… bo ja wiem… coś tam naturalnie sobie uszczknąłem, jak się okazja nadarzyła, człowiek sobie radził, jak mógł, ale nie powiem. Mało co. Wciąż na widoku. A potem, wie pan, cóż, jak tylko do banku wstąpiłem, ożeniłem się i, bo ja wiem, trochę tam, owszem, ale znów nie za bardzo, tak sobie, myśmy też przeważnie w miasteczkach mieszkali, jak za szybą szklaną, wszystko widać, a nawet, powiem, więcej jeszcze było przyglądania, bo w małżeństwie, wie pan, jedno drugiemu się przygląda od rana do wieczora, od wieczora do rana, i pan może sobie wyobrazić jak to mi było pod okiem przenikliwym żony mojej i potem dziecka mojego, ha, cóż, w banku też się przyglądają, ja taką przyjemność w czasie urzędowania sobie wymyśliłem, że paznokciem jedną rysę na biurku pogłębiałem, no cóż, przychodzi szef sekcji, co pan paznokciem wyrabia, ano, trudno, ale w każdym razie i w konsekwencji ja, pan rozumie, musiałem coraz bardziej do drobnych przyjemności się uciekać, takich na boczku, prawie niewidocznych, kiedyś, panie, myśmy w Drohobyczu mieszkali, przyjechała jedna aktorka na gości
Wstał, ukłonił się i zaśpiewał:
Gdy się nie ma, co się lubi
To się lubi, co się ma.
Ukłonił się i usiadł. – Nie mogę więc się skarżyć, jednak coś z życia wyciągnąłem, a że i
Wstał, ukłonił się, zaśpiewał:
Gdy się nie ma, co się lubi
To się lubi, co się ma!
Ukłonił się. Usiadł.
– Pan na pewno mnie o wariantunium myślowo pomawia?
– Cokolwiek.
– Owszem, niech pan pomawia, to ułatwia. Ja sam trochę wariata stroję, żeby ułatwić. Bo, jakbym nie ułatwił, to by to stało się za trudne. Pan lubi przyjemności?
– Lubię.
– No widzi panoczek, jakoś się dogadaliśmy. Prosta rzecz. Człowiek… lubi… co? Lubi. Lubcium. Lubusiumberg.
– Berg.
– Co?
– Berg!
– Jakto?
– Berg.
– Dość! Dość! Nie…
– Berg!
– Ha, ha, ha, ha, to mnie pan wybembergował; z pana sęk ścichapęk! Kto by pomyślał! Z pana berg-bergowiec. Bergumberg! Jazda! Na całego! Hajda! Hajdasiumberg!
Wpatrywałem się w ziemię – znowu wpatrywanie się w ziemię, z trawkami… z grudkami… Ileż miliardów!
– Polizać!
– Co?
– Polizać, mówię, polizusiumberg… albo wpluć się!
– Co pan?! Co pan?! – krzyknąłem.
– Wpluć się bembergiem w bergum!
Łąka. Drzewa. Pień. Zbieg okoliczności. Przypadek. Nie alarmować się! Przypadek, że on o tym „wpluciu się”… ale przecież nie w usta… Spokój! Nie o mnie mowa!
– Dziś w nocy święto.
– Jakie?
– Dziś w nocy pielgrzymka.
– Pan jest pobożny – zauważyłem, a on spojrzał na mnie z tą samą dziwną troskliwością, co poprzednio, i rzekł żarliwie a skromnie: – Jakżebym ja nie był pobożny, przecież pobożność jest ab-so-lut-nie i nie-u-bła-ga-nie wymagana, przecie nawet najmniejsza przyjemnostka nie może obejść się bez pobożności, oj, co to ja, sam nie wiem, nieraz się gubię jak w wielkim klasztorze, ale przecie niech pan zrozumie, że to zakon i msza św. rozkoszy mojej, amen, amen, amen. Wstał. Ukłonił się. Zaintonował.
Ite missa est!
Ukłonił się. Usiadł. – Cały cymes w tym – wyjaśnił rzeczowo – że Leoś Wojtysowiec w szarym życiu tylko jednej zaznał frajdy, rzekłbym, absolutnej… i to było dwadzieścia siedem lat temu z tą kuchtą, z tego schroniska. Dwadzieścia siedem lat temu. Rocznica. No, rocznica niezupełnie, brakuje miesiąca i trzech dni. Otóż – nachylił się ku mnie – oni myślą, że ja ich tu dla podziwiania widoków staszczyłem. A ja ich tu z pielgrzymką do miejsca gdzie ja tę kuchtę… dwadzieścia siedem lat temu, bez jednego miesiąca i trzech dni… Z pielgrzymką. Żona, dziecko, zięć, ksiądz, Lolusie, Tolusie, wszystko z pielgrzymką do rozkoszy mojej, do berg bergum frajdusiumberg i ja o północy wbemberguję ich aż pod ten kamień, gdzie ja wtedy z nią berg berg bergum berg i w berg! Niech uczestniczą! Pielgrzymkumberg rozkoszumberg, ha, ha, oni nie wiedzą! Pan wie.
Uśmiechnął się.
– Ale pan nie powie! Uśmiechnął się.
– Pan bemberguje? Ja też bemberguję. Razem będziemy sobie bembergować!
Uśmiechnął się.
– Idź pan, idź pan, sam chcę być, żeby się do mszy mojej przysposobić w skupieniu nabożnym’, w uroczystym rozpamiętywaniu i odtwarzaniu, święto, święto, hej, święto najwyższe, zostaw mnie pan żebym w poście, modlitwie oczyścił się i przysposobił do nabożeństwa rozkoszy mojej, do świętej frajdy życia mojego w owym dniu pamiętnym… idź pan! A rivederci!
Łąka, drzewa, góry, niebo ze słońcem zapadającym.
– I nie myśl pan, że ja kuku na muniu… Ja wariata stroję tylko dla ułatwienia… A naprawdę jestem mnich i biskup. Która godzina?
– Po szóstej.
Oczywiście to z tym „wpluciem się” to był zbieg okoliczności, o ustach Leny we mnie nie mógł wiedzieć, nie wiedział, ciekawe jednak, że zbiegi okoliczności zdarzają się częściej, niżby można było przypuszczać, lepkość, jak jedno z drugim się zlepia, zdarzenia, zjawiska, są jak te kulki namagnetyzowane, szukają siebie, gdy znajdą się blisko, paf… łączą się… byle jak, najczęściej… ale że wykrył moje zapały do Leny, no, nic dziwnego, musi być spec nielada, czy więc on powiesił wróbla, jego ta sprawka ze strzałką, z patykiem, może z dyszlem?… chyba jego… tak, to on… ale ciekawe, niezwykle ciekawe to, że on, czy nie on, to już wszystko jedno, to już niczego nie zmienia, tak czy owak wróbel, patyk są tam… są z równą siłą, ani trochę nie osłabione, Boże, czyżby więc już nie było ratunku? Ciekawe jednak, niezwykle ciekawe, ta jakaś zbieżność między nami, to dziwne zazębianie się, czasem prawie wyraźne, jak na przykład że i on… hołduje drobiazgom, jego sprawki jak gdyby zahaczały o moje, czyżby więc było między nami coś wspólnego – ale co? – czy on jakoś mi towarzyszy, pcha mnie, nawet uprowadza… Chwilami rzeczywiście miałem wrażenie, że z nim współpracuję, jak w ciężkim porodzie – jakbyśmy obaj mieli coś urodzić – zaraz, zaraz, ale, z drugiej strony, (z trzeciej strony? ile tych stron?) nie zapominajmy o tej „wsobności”, czyli „swój do swego po swoje”, czyżby w tym zawierał się klucz zagadki, klucz do tego, co tutaj się miesi, pietrasi, och, to „swój do swego” to jak fala narastająca od jego strony i księdza i Tolów – i coś w tym okropnie męczącego – i to coś zbliża się ku mnie jak las, och, las, mówimy „las”, ale cóż to znaczy, z iluż szczególików, drobiazgów, drobin, składa się jeden listek jednego drzewa, mówimy „las” ale to słowo zrobione jest z niewiadomego, nieznanego, nieobjętego. Ziemia. Grudki. Kamyczki. Wypoczywasz w jasnym dniu, pośród rzeczy zwykłych, codzie