Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 22 из 32

VIII

Ludwik powiedział ospale do Leny, że trzeba by się trochę zdrzemnąć. Słusznie. Drzemka należała się nam po jeździe od świtu. Wstawano, rozglądano się za kocami.

– Ti, ri, ri!

Melodyjka Leona. Ale głośniejsza, niż zwykle i wyzywająca.

Kulka zapytała, zdziwiona.

– A tobie, Leon, co?

Siedział sam przy stole, zawalonym naczyniami i resztkami bankietu, łysina i binokle błyszczały, na czole kropelki potu.

– Berg!

– Co?

– Berg!

– Jaki berg?

– Berg!

Ani śladu dobroduszności. Faun, Cezar, Bachus, Heliogabal, Atylla. Po czym Leon poczciwie uśmiechnął się zza binokli. – Niczewo, staruniu ty ma, to tak dwóch Żydasów rozmawia… taki szpas… Kiedy indziej opowiem…

Kończyło się, rozpadało… Stół opuszczony, chaotyczny, przenoszenie krzeseł, koce, łóżka w pustych pokoikach, ociężałość, wino, etc.

Około piątej, po drzemce, wyszedłem przed dom. Większość naszej kompanii jeszcze spała – nikogo. Łąka usiana świerkami, smrekami, głazami, słoneczna, gorąca, za mną dom nabrzmiały spaniem, muchami, przede mną ta łąka i dalej te góry, góry naokoło, tak górzyste i zarośnięte lasami, niemożliwie leśne w głuszy. Miejsce nie moje, po co mi ono, jeśli tu byłem, to mogłem być i gdzie indziej, wszystko jedno, wiedziałem, że za ścianą górską są i

Obejrzałem się. O pięć kroków ode mnie Lena. Stała. Gdy ją tak znienacka zobaczyłem, wydała mi się przede wszystkim mała – dzieci

Powiedziała, bo musiała coś powiedzieć będąc o pięć kroków. Ciągle nie patrzyłem na nią, niepatrzenie mnie zabijało, czy przyszła do mnie – do mnie – czy ona chce zacząć ze mną – to mnie przerażało, nie patrzyłem i pojęcia nie miałem, co począć, nie było nic do zrobienia, stałem, nie patrzyłem.

– Co pan tak zaniemówił? Z zachwytu?

Och, tonik nieco lulusiowaty, od nich się nauczyła…

– Gdzie jest ta panorama pana Leona?

To ja powiedziałem żeby coś powiedzieć… Jej śmiech cichy, delikatny: – Skąd ja mogę wiedzieć! Znów milczenie, ale już niezbyt rażące, zważywszy, że wszystko działo się au ralenti , gorąco, wieczór nadchodzący, kamyk, żuczek, mucha, ziemia. Gdy już wyczerpywał mi się czas na odpowiedź, „niebawem się dowiemy” powiedziałem.

I ona odpowiedziała zaraz: – Tak, papa nas zaprowadzi po kolacji.

Znów nic nie mówiłem, patrzyłem na ziemię przede mną.

Ja i ziemia – a ona z boku. Było mi niewygodnie, byłem nawet znudzony, wolałbym żeby sobie poszła… Znów wypadało coś powiedzieć, ale zanim powiedziałem, zerknąłem ku niej ciut, ciut, i zobaczyłem w tym mignięciu ledwie, ledwie, że ona też na mnie nie patrzy, ze wzrokiem gdzie indziej, jak ja – i niepatrzenie wzajemne moje, i jej, zaleciało mi owym jakimś przykrym osłabieniem, wywodzącym się z oddalenia, nie byliśmy dość tutaj, ja i ona, ona i ja, byliśmy jak rzutowani skądś, stamtąd, chorzy, nie dość będący, jak we śnie owe zjawy niepatrzące, związane z czymś i

– O której godzinie mamy wyruszyć?

– Chyba koło wpół do dwunastej. Nie wiem. Dlaczego ja jej to zrobiłem?

Tak skazić sobie… Po co mnie było wtedy, pierwszej nocy, na korytarzu… zaczynać… (Ba, postępki nasze są z początku płoche i kapryśne, jak konik polny, dopiero powolutku, w miarę powracania do nich, przybierają naturę konwulsyjną, chwytającą, jak kleszczami, nie popuszczającą – więc cóż można wiedzieć? – tam, wtedy, w nocy, na korytarzu kiedy po raz pierwszy połączyły mi się jej usta z ustami Katasi, och, kaprys, fantazja, drobiazg, przelotne takie skojarzenie! Dziś? Co można zrobić teraz, Boże wielki, co robić? Teraz, kiedy ja ją już miałem sobie zepsutą i to tak dalece, że podejść, złapać, napluć w usta – dlaczego ja ją sobie tak zepsułem? Było to gorsze, niż zgwałcić małą dziewczynkę i był to gwałt mnie wyrządzony, ja ją zgwałciłem „sobie”, to słowo ukazało mi się na tle księdza, zaleciało grzechem, domyśliłem się, że jestem w stanie kościelnego grzechu śmiertelnego, to zaś nasunęło mi kota i kot się pojawił).

Ziemia… grudki… dwie grudki w odległości kilku centymetrów… ilu?… dwa, trzy… Trzeba się przejść trochę… Trzeba przyznać, że powietrze… I

– Zdrzemnęłam się po obiedzie.

Powiedziała ustami, o których wiedziałem (i już nie mogłem nie wiedzieć) że są zepsute tamtymi ustami, miała te usta…

– Ja też się zdrzemnąłem.

To nie była ona. Ona była tam, w domu, w ogrodzie z małymi drzewkami ubielonymi, przywiązanymi do palików. Mnie też tu nie było. Ale, wskutek tego właśnie, byliśmy tutaj stokroć donioślejsi. Jakbyśmy byli symbolami nas samych. Ziemia… grudki… trawa… wiedziałem, że, wskutek oddalenia, trzeba się przejść, co ja tu stoję, że wskutek oddalenia, waga dzisiejszego tutaj staje się olbrzymia. I decydująca. I ta olbrzymiość, ta jej potęga, och, dajmy temu spokój, chodźmy już! Olbrzymiość, co to za ptaszek, olbrzymiość, słońce już się zniża, spacerek… Jeśli kota zadusiłem – powiesiłem, to i ją trzeba będzie zadusić – powiesić… Sobie.

W krzakach przy drodze, on, wróbel, wisi, i wisi też patyk we wnęce muru, wiszą, ale nieruchomość w tej nieruchomości przekracza wszystkie granice nieruchomości, jedną granicę, drugą granicę, trzecią granicę, przekracza czwartą, piątą, szósty kamyk, siódmy kamyk, trawki… już chłodniej… Obejrzałem się, jej już nie było, odeszła ze swoimi ustami rozpustnymi i gdzieś tam była z ustami. Odszedłem tj. odszedłem od miejsca, w którym byłem, i szedłem po łące, w słońcu, ale już mniej dokuczliwym – i w ciszy łona gór. Pochłonęły moją uwagę drobne przypadłości terenu, głównie kamyki w trawie, utrudniające chodzenie, jaka szkoda, że ona mi nie stawia oporu, ale, z drugiej strony, jak może stawiać opór ktoś komu mówienie służy tylko za pretekst dla głosu, ha, ha, ha, jak to ona „zeznawała” wtedy, po zabiciu kota, no, cóż, nie stawia oporu, nie będzie oporu. Jakie przykre było to spotkanie nasze, bokiem, bez patrzenia, jakby ślepe – coraz więcej kwiecia w trawie, niebieskiego i żółtego, kępy świerków, jodeł, grunt zniżał się i byłem dość daleko, niepojęta substancja i

Siedział na pniu i palił papierosa.

– Co pan tu robi?

– Nic, nic, nic, nic, nic, nic – odparł i uśmiechnął się błogo.

– Co pana tak cieszy?

– Co? Nic! Właśnie to: nic! He, kalambur, proszę, hm… Cieszy mnie „nic”, uważa dobrodziejuchna, czcigodny kompan i birbant i dorożka, bo „nic” to jest właśnie to coś, co się robi przez całe życie. Człowiekuś stoi, siedzi, mówi, pisze… i nic.

Człowiekuś kupuje, sprzedaje, żeni się, nie żeni się – i nic.

Człek siedzium na pniusium – i nic. Woda sodowa.

Cedził z wolna, z nonszalancją, jak z łaski. Powiedziałem: – Mówi pan, jakby pan nigdy nie pracował. – Pracować? A juści! A jakże! A owszem! Bankuniuś! Banczek! Bankuchno głuche z firypały do brzucha! Wieloryb. Hm. Trzydzieści dwa lata! Ale co? Nic! Zastanowił się i dmuchnął na rękę.

– Przeciekło!

– Co panu przeciekło?

Odparł przez nos, monoto

Rezultat: nic. Nic.

Zaperzył się i wykrzyknął: – Złodziejstwo! Zdjął binokle i trząsł się, staruszkowaty, podobny do oburzonych starszych panów, co to protestują czasem na rogach – ulic, w tramwaju, przed kinem. Mówić do niego? Mówić? Ale co? Ja wciąż błąkałem się nie wiedząc, czy w prawo, czy w lewo, tyle, tyle wątków, powiązań, insynuacji, gdybym chciał wyliczać wszystkie od samego początku, korek, spodek, drżenie dłoni, komin, zgubiłbym się, tuman rzeczy i spraw niedorysowanych, nie dość trzymających się kupy, coraz ten i ów szczegół wiązał się z drugim, zazębiał, ale i

domku mojego… który, biedak, fantastyczne przybierał kształty… i tak bez końca… Ale ten Leon? Już od dawna mnie zastanawiało, że on jak gdyby krąży w moim pobliżu i nawet wtóruje, istniało jakieś podobieństwo, chociażby to, że on się gubił w sekundach, jak jaw drobiazgach, ba, ba, były i i

– Pan jest zdenerwowany, nic dziwnego… Po tych historiach z ostatnich dni. Z kotem i… Niby drobiazgi, ale łamigłówki, trudno się odczepić, jakby robactwo oblazło…