Страница 30 из 40
– Czymże więc jest w rzeczywistości cud? – ponaglił go Markiz.
– Nie ma cudów.
Delabranche stanął przy oknie i założył ręce do tyłu.
– Nie ma cudów w dosłownym rozumieniu. Skoro wszystko zawiera wszystko, skoro jasne jest, że każda rzecz może zamienić się w i
Wyciągnął zaraz kilka tomów oprawnych w skórę i położył je przed Markizem.
– To jest cała moja dokumentacja. Każde zjawisko, czyli tak zwany cud, opisany, połączony z jemu podobnymi i – co najważniejsze – objaśniony prawami natury. Ponad tysiąc tajemnic!
Markiz brał kolejno do rąk ciężkie księgi i przewracał ich karty. Wszystkie tomy były zapełnione, strona po stronie, drobniutkim, ale czytelnym pismem.
Księga, którą wziął najpierw, zaczynała się od „Traktatu o magnesie”. Zawierała głównie opisy doświadczeń, w podsumowaniu zaś Delabranche wyjaśnił na podstawie tych eksperymentów, czym magnes jest, a czym nie jest. W ten sposób skonstruowane były wszystkie rozdziały. „Naturalne przepowiednie przyszłości”, „Określenie charakteru jednostki ludzkiej na podstawie jej twarzy”, „O widzeniu w ciemności”,
„Przyrząd do słyszenia na odległość”, „O uzdrawianiu za pomocą piękna”, „O uzdatnianiu wody morskiej”. W rozdziale „O samorództwie” Delabranche udowadniał na podstawie doświadczeń, że robactwo bierze się z ekskrementów, skarabeusze – z gnijących ciał orłów i psów, a żaby z błota i siebie samych. Zaznaczył też, że dzieworództwo u ludzi występuje raz na sto dwadzieścia lat i zawsze wiosną. Dalej było o pielęgnowaniu urody, likwidowaniu piegów i przywracaniu wąskiej pochwy po porodach. A potem o sprawianiu bólu na odległość, o produkcji opali i ametystów, o otrzymywaniu barwników w procesach alchemicznych, o hodowli bazyliszka, a jeden z ostatnich rozdziałów poświęcony został homunkulusowi. Ten był opracowany szczególnie dokładnie. Marginesy zdobiły odręczne rysunki i wykresy, a pismo było jeszcze stara
Markiz odłożył księgi. Czuł suchość w ustach. Złożył głowę na wysokim oparciu fotela i przymknął oczy. Znowu zaczynały go szczypać.
– To rzeczywiście zrobiło na mnie wrażenie, panie Delabranche – powiedział.
– Cały świat zmieszczony na stronicach kilku ksiąg.
– Coraz częściej podejrzewam, niestety, że to, co udało mi się tu przedstawić, to tylko cień prawdziwego świata, pojedynczy refleks, nie sądzi pan?
– Każde ludzkie dzieło będzie zawsze tylko refleksem czegoś doskonalszego. Każda księga napisana przez człowieka jest odbiciem tamtej Księgi. Żyjemy w świecie odbić, cieni, niedoskonałości, co nie znaczy, że czysta doskonałość nie istnieje.
Nagle zgasła wypalona świeca. Zanim Delabranche zapalił nową, siedzieli przez chwilę w gęstych ciemnościach, w których słychać było tylko jego człapanie i spokojny oddech Weroniki. Kiedy rozbłysła nowa świeca, zrobiło się dużo jaśniej niż przedtem. Delabranche pochylił się wtedy do Markiza i ściszył głos:
– Jestem pewien, że istnieje. Niech pan spojrzy – powiedział świszczącym szeptem i pokazał palcem na śpiącą Weronikę.
Tego wieczora Markiz podjął decyzję o wyruszeniu w dalszą drogę, lecz chętnie by jeszcze pozostał kilka dni w tym dziwnym domu. Ciągnęło go do biblioteki, do podziemi, gdzie w słoju pływał sztuczny człowiek. Bał się jednak nagłej zmiany pogody i tego, że po tylu trudach będą musieli zawrócić. Delabranche chciał z początku towarzyszyć im do granicy, lecz Markiz przekonał go, że nie byłoby to ani ostrożne, ani bezpieczne. Trudna droga przez góry byłaby dla niego zbyt uciążliwa i opóźniałby tempo podróży. Cały wieczór Delabranche przygotowywał im więc mapy terenów przygranicznych z zaznaczonymi bocznymi szlakami, rzadziej uczęszczanymi przez podróżnych i mniej pilnowanymi przez straże graniczne, które z pewnością zażądałyby zaświadczenia o przebytej kwaranta
– Wyglądasz, pani, na zaczarowaną – zażartował zaglądając jej w oczy. – Bladość skóry, zamglony, błyszczący wzrok, powolność gestów. Czy rozmawialiście z kimś, jadąc do mnie?
– Tak, z jakimś człowiekiem w mieście, ale było ciemno – odpowiedziała. Delabranche kazał jej wypić gorące wino, do którego nasypał sproszkowanych ziół, a potem dał jej flakonik z chininą do profilaktycznego zażywania rano i wieczorem.
Po tych wszystkich przygotowaniach, gdzieś koło północy, zeszli na prośbę Markiza zobaczyć jeszcze raz człowieczka w szklanej butli.
– Ty, panie też nie wyglądasz najlepiej – powiedział na schodach Delabranche do Markiza. – Masz na twarzy cień Saturna. Mogę się domyślić, na co cierpisz. Melancholia, ciężkie sny… Wybory, które podejmujesz, kawałkują twoje życie, a żyjesz tak, jakbyś miał kamień przywiązany do stóp.
– To choroba naszych czasów – odpowiedział Markiz. – Mówią, że wszyscy żyjemy teraz pod znakiem tej planety.
– Ale mówią też, że Saturn nie jest ostatnią z krążących wokół Słońca planet, że są za nim jeszcze i
– I zaczną się nowe kłopoty – uśmiechnął się Markiz.
Stanęli przed drzwiami prowadzącymi do ostatniego z pomieszczeń.
– Czy go nie obudzimy? – zapytała Weronika.
– On nigdy nie śpi – rzekł Delabranche, otwierając drzwi.
Markiz podszedł do szklanej granicy dwóch światów i długo patrzył w spokojną i piękną twarz stworzenia. Wydawało mu się, że niepotrzebujące powiek czarne oczy patrzą na niego z obojętną wyniosłością, w której jest także ironia… Zamrugał w końcu, bo nie wytrzymał tego przenikliwego spojrzenia.
– Do zobaczenia – powiedział zmieszany.
Nocą wtulił się w ciepłe, uległe ciało Weroniki. Szukał w nim ludzkiego zapachu, zapachu, którym przesycona jest rzeczywistość. W roztargnieniu gładził gładką i gorącą skórę.
– Boję się – powiedziała cicho Weronika.
Markiz drgnął, bo przez chwilę zdawało mu się, że powiedział to on sam.
– Czego się boisz, milutka? Wszystko idzie dobrze…
– Boję się, że się nam nie uda. Nic nie wyjdzie z wyprawy. Przytulił ją.
– Czy miłość może być zaczarowaniem? – spytała w ciemnościach leżąca przy nim kobieta.
Nie odpowiedział. Jest chorobą, pomyślał.