Страница 82 из 94
ROZDZIAŁ 16
Ar
– Przestań – mruknęła Achaja. – Zaraz mi głowę utniesz.
Czarownica zamknęła oczy i potrząsnęła głową.
– Jestem głodna.
– Spokojnie. Ukradłam kilka cebul i garnek. – Zaklęła brzydko.
Od kilku dni szły do Arkach, obie złe jak osy. Powodzenie negocjacji z Ke
Kiedy wyszły nareszcie na tereny, które były wypalane dawniej, obie odetchnęły. Cóż znaczyły ich skromne w takiej skali wysiłki, wobec tego, co zrobiono z Wielkim Lasem. Dopiero teraz pojęły nagłą skło
Były głodne. Kiedy dotarły do bardziej ludnych terenów, Achaja w jakiejś wsi ukradła kilka cebul z pola i zawieszony na płocie garnek. Nie mogła ukraść niczego bardziej konkretnego – psy dostawały amoku, czując jej zapach. Natomiast koty – przeciwnie. Najwyraźniej czuły jakieś – jasny szlag – „pokrewieństwo” z dziwnymi istotami. Zbierały się w coraz większe grupy i towarzyszyły im, postępując z tyłu krok w krok. Miało to swoje dobre strony. Nie musiały marznąć podczas snu, okryte ruchomym, ciepłym dywanem z futra. Małe drapieżniki spały na nich mrucząc, miaucząc, „kłócąc” się z rysiami i żbikami, które również chciały się przyłączyć. Koty jednak nie były głodne. Zawsze sobie coś upolowały. Mimo wyraźnej „sympatii” do tych dziwnych, dwunożnych kotów, nie chciały jednak dzielić się z nimi swoimi myszami.
Nie mogły zgłosić się do pierwszego napotkanego oddziału wojska. Obie wiedziały dobrze, że żołnierze, widząc dwie gołe dziewczyny z czarnymi węglami zamiast oczu, najpierw wystrzelą z kusz, a dopiero potem będą pytać. To był pas graniczny. To była wojna z potworami. Unikały więc ludzi jak mogły. Towarzyszące im w coraz większej liczbie koty były zresztą bardzo w tym przydatne. Nic na świecie nie potrafiło wyczuć człowieka z takiej odległości jak kot. Kluczyły więc, ukrywały się, aż… zajrzało im w oczy widmo głodowej śmierci. Wtedy Achaja podkradła się do najbliższej wioski.
– No, ładnie – mruknęła Ar
– Ty nie kradłaś. Nie przypisuj sobie zasługi.
– Jestem już tak zdesperowana, że zaraz zacznę grabić na drodze.
Achaja spojrzała na czarownicę z pewnym zainteresowaniem.
– No, no – mruknęła. – To ty rabuj na gościńcu, a ja tymczasem na boku ugotuję zupę. Tylko rozpal mi ogień.
Ar
– Czuję, że ktoś idzie.
Obserwowała, jak Achaja łamie małe gałązki i układa je w stos. Pomogła jej nawet wystrugać tępym mieczem kije, które miały utrzymywać stary garnek. Potem rozpaliła ogień jednym słowem. Achaja zaczęła obierać zębami cebule. Ar
– Ty tu czekaj, mała. Zaraz przyniosę i jedzenie, i ubranie.
Achaja tylko machnęła ręką. Nabrała wody z pobliskiego strumienia i zawiesiła garnek nad ogniem. Wrzuciła do środka wszystkie cebule i mieszała kijem. Zgromadzone wokół koty patrzyły na nią zdegustowane. „Co ty robisz, kocico? – zdawały się mówić. – Dlaczego psujesz jedzenie? Od czegoś takiego to tylko brzuch cię rozboli. Upoluj se i zjedz trochę surowego mięsa”. Syknęła na nie, aż się cofnęły. Potem jednak zaczęły węszyć i postawiły uszy. Achaja również pociągnęła nosem. Drogą ktoś szedł. Kilka osób. Jeden mężczyzna, kobieta, trójka dzieci. Czuła wyraźnie ich zapach.
– To jest napad! – ryknęła Ar
Przerażony chłop runął na kolana. Jego żona przygarnęła dzieci.
– Jaśnie pani potwór… – chłop tak szczękał zębami, że trudno było go zrozumieć – u nas nic nie ma. My sami głodni. Dziesięć dni idziemy bez kęsa strawy. My z Cihar! Tam Luan już. Obiecali nam ziemię tutaj. Za darmo, jaśnie pani potwór. Zmiłowania prosim.
– Dawać żarcie, chamy! – Głos czarownicy nie był jednak tak twardy jak poprzednio. – I odziewek!
– Pani! Dzieci nie jadły nic od trzech dni. My nic nie mamy.
– No, co ty? – Ar
– Ziemię nam obiecali. Bo las palą. Mówił taki jeden, tu za darmo morgi do wzięcia. No to poszlim. Ale, pani… My żebraki, naszą wieś Luan, cesarskie, wzięło. My za chlebem tutaj. Ja sam nie jadł od pięciu dni. Żonka też. My w strachu, że dziatki pomrą. Pani, zmiłuj się.
– No… – Ar
Achaja palnęła się dłonią w czoło. Koty wokół zastrzygły uszami. Czarownica przyprowadziła całą rodzinę do ogniska. Chłop ukląkł ze strachu, widząc drugiego potwora. Jego żona modliła się cicho. Dzieci jednak doskoczyły do kociołka, węsząc pierwszy prawdziwy posiłek od wielu dni. Im było wszystko jedno. Najmłodszy chłopak wziął najbliższego kota na ramię i zaczął głaskać.
– Jak tam zbójowanie? – mruknęła Achaja. – Kiedy dzielimy łupy?
Ar
– Ty się wstrzymaj z tym okrutnym rozbojem. Bo zupy nie starczy dla dalszych ofiar twoich napadów.
– Daj mi spokój. Sama słyszałaś.
Achaja roześmiała się nagle.
– Wiesz? Zbój z ciebie jak…
– Wiem – przerwała jej Ar
Po rozstaniu z chłopską rodziną Ar
Ar
– Kurde, mamy żarcie. – Achaja wdrapała się na drzewo i podzieliła zdobycz. – Możemy już kogoś napaść.
– Co?
– No, napadnijmy kogoś, sterroryzujemy mieczami, okrutnie nastraszymy, a potem nakarmimy i chodu.
– Przestań. – Czarownica zrobiła otworki w obu końcach skorupki i teraz przez jeden z nich wysysała ciągnącą się zawartość.
– Mogę przestać. – Achaja poszła za jej przykładem, dziurawiąc swoje jajko. – Dobrze, że gotowizny znaczniejszej nie mamy. Bo byśmy musiały wtedy napaść całą wieś. Żeby ofiar starczyło do obdarowania.
– Ty, patrz – przerwała jej Ar
Koty złapały jakiegoś ptaka. Może nawet tego, który złożył jaja w gnieździe.
– O, kurde! Chłopaki! Dawajcie go. Dawajcie go tutaj.
Koty nie bardzo chciały oddać zdobycz. Ptak jednak był duży. Ledwie mogły go utrzymać.
– Chłopaki! Podzielcie się z nami. – Achaja skoczyła zwi
Ar
– Panowie – tłumaczyła Achaja, usiłując oprawić zdobycz tępym mieczem. – Wy, chłopaki, macie swoje myszy. My, dziewczyny, mamy teraz ptaka. Podzielimy się tak: wy bierzecie wnętrzności, my resztę. I obiecuję wątróbkę.
– Myślisz, że nas rozumieją? – spytała Ar
– Kurde. Kto?
– No… koty. Myślisz, że zrozumiały, co do nich mówisz?
– No, coś ty? Tak tylko żartuję.
– Mmmmm… – Czarownica potrząsnęła głową. – Mam wrażenie, że możemy z nimi rozmawiać – powiedziała całkiem poważnie. – Nigdy nie czułam czegoś takiego.
Achaja wzruszyła ramionami. Oprawienie ptaka tępym narzędziem było trudne, a do tego jeszcze pierze. Ar
– Słuchaj, bracie. Jak daleko jest do obozu wojskowego? – spytała.
Achaja parsknęła śmiechem.
– Poczułaś to? – Czarownica spojrzała na nią swoimi czarnymi oczami. – Poczułaś?
– Kurde. Co?
– Do obozu dojdziemy przed świtem.
– O, żeby cię…
Ar
– Naprawdę niczego nie czułaś?
– No coś tam czułam. A raczej zobaczyłam. – Nabiła ptaka na zaostrzony patyk i umieściła nad ogniem.
– Co?
Znowu wzruszyła ramionami.
– Coś jakby palisadę za mgłą. Brzask. Zapach dymu. Zapach ludzi. – Obróciła patyk tak, żeby go nie lizały płomienie. – Mówiłaś o obozie, to go sobie wyobraziłam.
– Nie. Dojdziemy przed świtem. – Czarownica podrapała kocura za uszami. – Możemy z nimi rozmawiać.
– Ty, daj se na wstrzymanie.
Doszły przed świtem. W pora