Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 77 из 94

– O, mamo! – Achaja ukryła twarz w dłoniach. – I to ma być prosta obsługa broni? Naprawdę nazywasz to prostą obsługą???

Popatrzył na nią trochę skonfundowany. Wzruszył ramionami.

– No, wiesz… Tego nie trzeba rozumieć do końca, wystarczy zapamiętać.

– Szlag! I wyobrażasz sobie żołnierza ze wsi, który uderzając jednostajnie rękami, mnoży przez tysiąc sto, wynik dzieli przez trzy, ustawia ramkę w najniższym położeniu, żeby mierzyć w uda?

– O, widzisz? Zapamiętałaś! – roześmiał się. – Nie, nie… – żachnął się po chwili. – Chłop to ma wiedzieć, jak się ładuje i jak czyści. Bo teraz ci powiem jeszcze sporo o czyszczeniu broni.

– Przestań!

Znowu wzruszył ramionami.

– Pewnie, że to nie jest broń dla armii Luan, na przykład. To wszystko powinien wiedzieć nie żołnierz, a oficer. A nie da rady, żeby oficer wykrzykiwał komendy w huku bitwy dla stu żołnierzy. Musi być więcej oficerów. Musi być więcej wyszkolonych podoficerów.

Spojrzała na niego gwałtownie.

– Co? Co powiedziałeś?

– Nie może być jeden niskiej rangi oficer na stu ludzi.

Zagryzła wargi. O, kurde! Armia Biafry. To była broń dla armii Biafry! Gdzie jeden oficer przypadał na trzydziestu żołnierzy. A do tego chorążowie, wyszkoleni sierżanci. Doskonałe zdyscyplinowane oddziały z przerostem kadry, z gotowym systemem przejmowania dowodzenia w razie strat wśród dowództwa. I z dziewczynami, które nie mogły dorównać mężczyznom w gołym polu. Ale teraz? Dla żołnierza kilkanaście prostych ruchów, a oficerowie niech obliczają, przecież po to się uczyli, niech wydają rozkazy. Szlag! Szlag! Szlag!!! To była broń dla armii Biafry! Idealna.

– Ty… Ile tego możecie dostarczyć?

– A ile chcesz? – uśmiechnął się radośnie.

Odpowiedziała mu uśmiechem.

– Jak z celnością?

– Sama spróbuj. – Podał jej naładowany karabin. – Przy twoim mistrzostwie w łuku – wskazał zabite zwierzęta w swoim obozie – pewnie nie zrobi na tobie wrażenia, ale…

– Strzelam z łuku kiepsko. A z kuszy jak ostatnia noga. Nie miałam czasu się nauczyć porządnie.

– A w takim razie ci się spodoba. – Pomógł jej przyłożyć kolbę do ramienia, ustawił jej ręce. Powiedział, że musi widzieć wyraźnie tylko muszkę. Ramka i cel mogą pozostać niewyraźne, i że ważniejsze jest zgranie ramki i muszki, a nie muszki i celu. Ostrzegł, że kolba uderzy ją w ramię. Powiedział, że ma naciskać spust inaczej niż w kuszy. Nie wolno nacisnąć lekko aż na spuście poczuje opór, a potem ściągnąć mocno. Ma zginać palce jednostajnym ruchem tak, żeby nie wiedzieć, kiedy padnie strzał.

Lufa drżała i chwiała się lekko. Nawet ona nie mogła utrzymać jej kompletnie nieruchomo. Powiedział, żeby się nie przejmować. Najważniejsze to jednostajnie ściągać spust, bez wyczuwania oporu, tak, żeby nie wiedzieć, w którym momencie padnie strzał. Ma nie myśleć za dużo. Ma wykonywać instrukcję.

Wybrała cel, drzewo w odległości, jak jej się wydawało, sześćdziesięciu kroków. Ustawiła muszkę i cel pośrodku ramki i zwarła palce. Huk nie był taki straszny. Kopnięcie również.

Pocisk uderzył w bok drzewa, odłupując ogromny kawał kory. Wstrząs sprawił, że opadały z niego liście. Kurde. Poczuła moc tej broni, jej nieprawdopodobną siłę. Przypomniała sobie jak długo, jeszcze w Troy, uczyła się strzelać z łuku. Jak długo trzeba się uczyć strzelania z kuszy. A tu? Wystarczyło kilka słów. Zrozumiała nagle, że coś się kończy. To była broń, która sprawiała, że niepiśmie

Zrozumiała, że dzięki tej rurze kończył się czas rycerzy i herosów. Zaczynał się czas zwykłych ludzi. Teraz każdy… Teraz każdy przemówi głośno. Bogowie! Czas zwykłych ludzi. Właśnie zaczyna się epoka dla każdego. Odtąd zwykły człowiek będzie mógł, w dymie prochu, w huku wystrzału, porażać mocą gromu. Będzie mógł pokazać, co on sądzi o tym, gdzie czyje miejsce. Bogowie! Jaki teraz będzie świat? Mille

Zagryzła wagi.

– Chcesz mieć szlak? – spytała.

Popatrzył jak na kogoś niespełna rozumu.

– Kurde… No, co ty? – Potrząsnął głową. – Pewnie! Jasne, że chcę!

– Dobra. Stworzę szlak przez Wielki Las. Na raz może nim podążać tylko jedna karawana. Kto zrobi krok w bok, już po nim. Noclegi tylko w wyznaczonych miejscach otoczonych ostrokołem. Żadnych wypaleń. Żadnej wojskowej eskorty. W każdej chwili towar może być skontrolowany.

Nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Przecierał oczy, zupełnie jakby chciał się upewnić, że nie śpi.

– Kurde…

– I żadnych wypaleń.

– No… no… wypalenia się skończą dokładnie w chwili, kiedy tylko dotrę do swojego króla! No, co ty myślisz?

– Sprzedasz nam wszystkie karabiny, które masz ze sobą. Potem przywieziesz więcej. Tu na pewno jest sporo złota zabranego i

Zacisnął zęby. To był najpiękniejszy dzień w jego życiu.

– Przyjmuję wszystkie twoje warunki!

– No i jeszcze cło. – Uśmiechnęła się. – Powiedzmy, trzydzieści pięć od sta.

– Myślałem, że siedem od sta – odważył się wtrącić.

– Ty se policz, ile by cię kosztowało, gdybyś musiał to wieźć morzem. Najpierw puszcza, budowa łodzi, piraci, odległość, zaopatrzenie, opłaty portowe, cła kilku królestw.

– No… jedenaście od sta? – uśmiechnął się przymilnie.

– Trzydzieści od sta i jesteśmy dogadani.

– Myślę, że piętnaście byłoby godną zapłatą.

– Jak kupiec zaczyna gadać o godności, znaczy, da dwadzieścia pięć.

– Osiemnaście! Osiemnaście i zapominam o godności.

– Dwadzieścia.

– No nieeeeee… Tyle to nigdy w życiu. Nie, nie.

– Dwadzieścia. A do tego daruję ci życie, wypuszczę z Lasu, odkupię wszystkie karabiny i będziesz miał pierwszeństwo w dostawach broni do Arkach potwierdzone przez królową.

– Dziewiętnaście i niech mnie oplują w karczmach, że dałem się wystrychnąć w interesach. Że dałem się wypuścić goły i bosy. Że zdradziłem w wojnie celnej własne królestwo. Że jestem naiwny jak dziecko.

Popatrzyła mu prosto w oczy. Uśmiechnęła się.

– Dwadzieścia. I dam ci dupy. Tu i teraz.

Przełknął ślinę. Wytarł spotniałe nagle czoło.

– Ty… Ty… zaczekaj chwilę. O, kurde, zaczekaj, zaraz będę z powrotem!

Zostawił pochodnię i karabin. Pobiegł do swoich ludzi. Achaja odwróciła się do swoich i pokazała gestem, że w porządku. Żeby nie strzelali. Nie musiała czekać długo. Ke

Ke

– Napijesz się? – szepnął zdenerwowany. Lekko drżały mu ręce. – Bardzo porządna wódka – dodał zachęcająco.

Skinęła głową. Pociągnęła wielki łyk. Nic nie kłamał. Klarowny płyn zapiekł w gardło, kopnął z mocą jętrznia przy wodnym młynie i rozjaśnił jej myśli. Ke

– Dwadzieścia! Dwadzieścia od sta! – powiedział głośno.

Roześmiała się. Usiadła na kocu. Podobał jej się. Kiedy usiadł obok, chwyciła go za ramiona i przewróciła na siebie, śmiejąc się cały czas. Przykryła ich oboje dokładnie, potem zaczęła rozpinać jego kurtkę. Była tak strasznie ciekawa jego ciała.

O trzydzieści kroków dalej, w zaimprowizowanym obozie, Chorzy Ludzie wstawali zza juków, za którymi dotąd się ukrywali.

– Kurde, ludzie – Najgrubszy z nich, z długą, rudą brodą, wytrzeszczał oczy jak mógł, by dostrzec jakieś szczegóły w świetle wbitej w ziemię pochodni. – Czy wy widzicie to co ja?

– Nie wiem, co ty widzisz – jęknął niski blondyn z długolufym karabinem w garści. – Ale po mojemu to szef… szlag… chędoży właśnie potwora.