Страница 59 из 94
Ar
– Zobaczyła pani coś?
– Tak. – Skrzywiła się jeszcze bardziej.
Wyglądała na kompletnie rozbitą.
– Aż tak źle?
– N… nie… Nie wiem, co się stanie – zająknęła się. – Zobaczyłam siebie samą na tej drodze poza lasem. – Wskazała kciukiem kierunek za plecami. – Siebie. Kompletnie nagą!
E… To nie żaden błysk, pomyślała Achaja. Zwykłe fantazje seksualne, a raczej „niezwykłe”, bo chodziło o dziewicę. Kompletnie goła na drodze. Podniecało ją to? Zaraz. Chloe, przynajmniej jak twierdziła Shha, też była dziewicą. Trzeba ją spytać, czy kiedykolwiek wyobrażała sobie siebie samą gołą na publicznym trakcie.
– Przepraszam na moment. – Achaja zawróciła konia. Szybko podjechała do swojego plutonu.
– Shha, załóż mi tę rękawicę.
– Chodź bliżej. – Sierżant wyjęła żelastwo z juków i zaczęła montować na lewej ręce siostry.
Achaja nachyliła się i szepnęła:
– Słuchaj, czy Chloe naprawdę jest dziewicą?
Shha jak stara, doświadczona spiskowiec nachyliła głowę, żeby ukryć usta.
– No! – tchnęła wprost do ucha. – Jest. A co?
– A mogłabyś ją delikatnie wybadać, co ona sobie wyobraża, no wiesz… Czy kiedykolwiek widziała siebie gołą na drodze, co?
– Na drodze, gołą? O, żesz ty. Pani pułkownik o to pytała?
Dziewczyna potrząsnęła głową zdziwiona.
– Nie. Ja chcę wiedzieć.
– Dobra. Sama nie spytam, bo mnie, małpa, nie lubi. Ale poślę Sharkhe. One się coś skumały ostatnio.
– Tylko, kurde, żeby cały pluton o tym nie gadał.
– No. Nie ma sprawy.
– A może lepiej Mayfed wysłać? Ona jest taka rozsądna.
– Nie. Mayfed jest skumana z Zarrakh. A jak Zarrakh się dowie, to zaraz cała armia Arkach będzie o tym gadać. A nawet w Luan, po karczmach, będą o tym śpiewać minstrele. Nawet Król Troy każe to wyryć na kamie
– Dobra.
Nie dokończyła. Oddział stanął nagle i z przodu rozległ się dźwięk trąby.
– Szlag! Później pogadamy.
Achaja szarpnęła wodzami. Galopowała do sztabu, słysząc jak herold ogłasza mieszkańcom lasu przybycie poselstwa z Arkach. Łgał jak pies. Żadnego posła nie było. Ale pułkownik miała swoje pełnomocnictwa, a Achaja (choć ukryte głęboko w torbie) swoje.
Nastrój, który panował w sztabie, nie przypominał nastroju poselstwa.
– Pani kapitan, skąd wieje wiatr?
W lesie nie można było wyczuć wiatru. Rozległy się trzy ostre, przenikliwe do granic możliwości gwizdki. Spod lasu, od pozostawionych tam oddziałów dobiegł ich i
– Z zachodu, pani pułkownik!
– Dobrze. Pani major, muły z beczkami na lewą stronę. Niech saperzy trzymają siekiery w pogotowiu!
– Tak jest!!!
– Niech zbliżą batalion piechoty do samej granicy lasu!
– Tak jest! – Nowy modulowany gwizd.
– Pierwsza kompania, wachlarz! Druga kompania, rygiel!
– Tak jest!
– Okopujemy się?
– Tu? Czy pani śni na jawie?
– No to… – odważyła się major. – To po co nam drugi batalion przy lesie?
– Żeby wyrąbać korytarz w razie czego. Nie będę ściągać ich strzał na siebie, bo i tak przez te gałęzie niewiele przeleci. – Pułkownik odwróciła głowę. – Pani major zwiadu! – zawołała. – Moja, psiamać, księżniczko!
– Tak jest! – zameldowała się Achaja.
– Czy jest pani w stanie zrobić płytkie rozpoznanie?
Kurwa! Ta głupia cipa chce wystawić jej ludzi! Niedoczekanie, krowo!
– To niemożliwe w tych warunkach, pani pułkownik.
– Znam regulamin równie dobrze jak pani. Pytam, czy może pani wysłać kilku żołnierzy do kontroli terenu?
– Tak jest! – ryknęła Achaja. – Sierżant Shha, do mnie!
Sama jednak powodowała wierzchowcem tak, żeby oddalić się od sztabu choć o kilka kroków.
– Tak jest! – wywrzeszczała Shha. – Sierżant Shha melduje się na rozkaz!
– Przekaż La
– Tak jest! – krzyknęła La
– Płytki zwiad dwójkami w trzech kierunkach. Rozpoznać teren, na sześćdziesiąt kroków!
– Tak jest!
Shha na szczęście zdążyła doskoczyć i szepnąć coś La
– Ty małpo! – syknęła pułkownik do Achai, tak, żeby i
Dobrze wiedziała, jak naprawdę wyglądał zwiad. Ale czego chciała? Sześciu niepotrzebnych trupów? Każdy, kto nie był urodzonym idiotą, wiedział, że po zapowiedzi herolda obce siły zaciskały krąg wokół. A ich liczebności dwójkowy zwiad i tak by nie odkrył.
– Saperzy! Dziesięć kroków w przód!
Porucznik pierwszego plutonu saperów pocałowała jakiś amulet i poszła pierwsza ze swoimi ludźmi. Za nią drugi pluton i ubezpieczenie.
– Harmeen.
Kapitan zwiadu podskoczyła natychmiast.
– Jak się zacznie – szepnęła Achaja – przejmiesz mój pluton. La
– Dobra, kotku.
– I jeszcze jedno. Jak tylko poczujecie dziwny zapach, wszystkie zsiadajcie z koni.
– Bogowie! To wbrew regulaminowi!
– Zamknij się, Harmeen. To ja czytałam tajne papiery, nie ty. Jak już zsiądziecie, to przyłóżcie koniom mieczami po zadach, niech ruszą w panice i zdezorganizują tamtych. Potem róbcie jak w rozkazach dla piechoty, siadajcie na ziemi, plecami do siebie, kusze i tak dalej. Nie macie tarcz. Wiem. Ale pamiętaj. Będziesz miała za plecami wyrąbany korytarz. Pułkownik się wygadała. Myślę, że są umówione z majorem z drugiego batalionu. Harmeen, pamiętaj. Drugi batalion będzie wyrąbywał korytarz cokolwiek się stanie! Tak se wcześniej piechociarki ustaliły. Więc uratuj te moje siksy z plutonu. Proszę cię.
– Dobra, kotku. Niech mnie potem pod sąd nawet za złamanie regulaminu w obliczu nieprzyjaciela.
– Harmeen. Nikt nie będzie świadczył przeciwko tobie. To są naprawdę fajne dupy. Tylko szepnij słówko La
– Nie ma sprawy, kotku. A ty?
– Ja muszę być przy tej czarownicy, której się zwiduje własny tyłek wystawiony na drodze. Ale nie bój się, nie zamierzam położyć tu głowy.
– Trzymaj się. – Harmeen zawróciła konia i dołączyła do plutonu.
Achaja pokłusowała znowu do sztabu. Robiło się coraz ciemniej, wieczór zapadał powoli. Drzewa wokół przybierały coraz bardziej fantastyczne kształty. Saperzy rozgrzewały w przenośnych piecykach żelazne pręty, które miały służyć do rozpalenia tych dziwnych świec z magnezu. Herold nawoływał znowu. Nikt w sztabie nie miał jednak wątpliwości co do skuteczności jego krzyków i trąb. Inaczej na sprawy patrzy się, siedząc w pałacu w stolicy, inaczej stojąc w lesie z mieczem w garści naprzeciw nieznanych potworów. Być może dogadanie się i układy były naprawdę jedynym rozsądnym wyjściem według praw logiki stosowanej, którą uprawiał sztab generalny. W lesie, wśród drzew, patrząc zza własnej, trzymanej coraz bardziej spotniałą dłonią tarczy, miało się wrażenie, że sprawy wyglądają jednak inaczej.
Herold umilkł w pół słowa. Zakrztusił się… od strzały tkwiącej w gardle.
– Zaczyna się – powiedziała pani pułkownik spokojnie.
– Nie – mruknęła Achaja – to tylko ich zwiad. Jakiś szczyl odpalił z łuku, bo mu nerwy zagrały.
Pułkownik zerknęła na nią spod oka.
– Może i tak. W każdym razie gadać nie chcą. Pani Ar
– Kompletnie.
– Dobra. Cofamy się.
– Rygiel w tył! Wachlarz na moją prawą! – ryknęła pani kapitan.
Pułkownik wsadziła dwa palce do ust i gwizdnęła na kapitan saperów.
– Odcinać baryłki! – krzyknęła, a potem dodała ciszej do otaczających ją oficerów. – No, drogie panie, zaraz tu się będzie ślicznie palić.
Saperzy odcięły rzemienie i baryłki ze smołą opadły z grzbietów zwierząt. Teraz łączyły je z mułami jedynie dość krótkie sznury. Siekiery i specjalne piecyki były przygotowane. Żołnierze napinały wielkie kusze z kilkoma bełtami każda, o specjalnych, palnych końcówkach zamiast grotów.
– Co tak śmierdzi? – spytała pułkownik.
– Śmierdzi? Szlag! – Achaja odruchowo pociągnęła nosem, ale niczego nie czuła od czasu, kiedy Krótki załatwił jej nos tym swoim specyfikiem. – Jednak atakują.
– Co? – Pułkownik zawahała się tylko przez króciutki moment. – Odpalać! Odpalać wszystko! – ryknęła. – Pierwsza i druga kompania… Jeż!!!
Saperzy uderzeniami siekier wybiły dziury w beczułkach, a potem zapaliły smołę. Sześćdziesiąt demonów ognia runęło w las, dając początek sześćdziesięciu płonącym potokom. Chwilę potem odpaliły z kusz ognistymi pociskami.
– Siadać, siadać! Formować jeże! – krzyczeli oficerowie do żołnierzy piechoty. – Szmaty na twarz! Spokój! Wszyscy spokój! Nic się wam nie stanie, żołnierze!
Achaja zeskoczyła z konia wraz z resztą sztabowców batalionu. Podczas kiedy adiutanci pętali konie, zawiązywała sobie na twarzy gęsto zwiniętą zmoczoną w wodzie szmatę. Stojąca tuż obok major piechoty dostała strzałą i upadła na wznak, rozkładając ręce.