Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 55 из 94

Harmeen roześmiała się głośno.

– Nie ma tak dobrego słuchu, jak mówiłaś. – Zerknęła na La

Achaja też się roześmiała.

– Powtórzę za swoją koleżanką: „Co to za wojsko, żeby kapitan z porucznikiem?”.

– Słyszała! – Harmeen potrząsnęła głową.

– Mówiłam – dodała La

– Ale szczur was zaatakował. Dlaczego nie wezwałaś całego plutonu?

– Słuchaj – La

– E… zalewacie, poruczniku.

– W życiu! Widziałam, jak zjadła oślizłego robala!

Harmeen spojrzała na major.

– Poważnie?

– Mhm. – Achaja schyliła się, szukając pod stołem.

Po chwili znalazła sporego karalucha. Wrzuciła go sobie na łyżkę z gulaszem i podniosła do ust.

– Ty! Przestań! – Harmeen chwyciła ją za rękę w ostatniej chwili i zmusiła do wyrzucenia zawartości na podłogę. – Jeszcze nie skończyłam jeść! – Pokręciła głową z niedowierzaniem. – Naprawdę byś to zrobiła. Bogowie! Naprawdę.

– Pewnie.

Kapitan roześmiała się znowu.

– Ot, wyrafinowane oficerskie zabawy. To mi się najbardziej podoba w wojsku.

– Myślisz o karaluchu czy o La

Ryknęły śmiechem. Spoważniały jednak, kiedy na schodach ukazała się Ar

– Drogie panie! – syknęła. – Czy to wypada, żeby oficerowie ryczeli tak, że aż gospodę roznosi?

Oniemiały wszystkie. Czarownica podeszła do stołu.

– A w ogóle to… dzień dobry paniom.

La

– Dzień dobry pani! – powiedziały chórem.

Achaja zasłoniła usta dłonią. Dwóch chłopów, którzy mimo wczesnej pory byli już w karczmie, o mało nie spadło z ławy na widok dygających liniowych oficerów zwiadu.

Ar

– Pani porucznik – Harmeen spojrzała na La

– Dziękuję uprzejmie. Jednak odmówię sobie. – La

– Skoro już pani taka uprzejma – podchwyciła Achaja. – Poprosiłabym o ten – wskazała na środek misy – smakowity kąsek.

– Ależ proszę bardzo! – La

– Dziękuję serdecznie. – Achaja nie zważała na sos cieknący po brodzie. – Mam wrażenie, że troszkę chłodny, ale…

Chłopi wybałuszyli oczy i tak już zostali. Gospodarz stał przy kuchni z otwartymi ustami. Ar

– Pozwoli pani? – Wytarła Achai brodę. – Gospodarzu!

– Eeeee… Słucham, jasna panienko! – ocknął się dopiero po dłuższej chwili.

– Poproszę o dwa jajka sadzone. Tylko bez tego świństwa, które gmin nazywa chlebem. Poproszę.

Gospodarz przełknął ślinę.

– Znaczy… jajecznicę?

– Jajka sadzone poproszę – powtórzyła czarownica. – Dwa. – Pokazała na palcach, ile to jest dwa.

Podrapał się w brodę, potem za uchem, potem w kark.

– Znaczy… surowe mam podać?

Achaja zlitowała się, bo w ten sposób mogli nie ruszyć aż do południa.

– Weź dwa jajka, rozbij skorupki, wrzuć na płytę i nie ruszaj przez jakiś czas – wyjaśniła.

– Na jaką płytę? – obruszyła się Ar

Gospodarz spojrzał na nią skonfundowany.

– To co ma być, jasna panienko? Jajka czy palatelnia? – Poskrobał się znowu w głowę. – Ale palatelni nie ma – wyjaśnił. – Myśliwi już nie dostawiają tyle dziczyzny co dawniej. Żadnej palatelni nie upolowali.

Ar

– Mogą być na miękko? – zwróciła się do czarownicy. Zerwała się lekko z ławy i podeszła do kuchni. – Masz jakiś czysty garnek?

– Mam! – uśmiechnął się, bo nareszcie coś zrozumiał. – Pewnie, że mam!

Achaja zerknęła na to coś, co podawał i dodała:

– Niech pachołek wyczyści piaskiem, ale migiem. – Wcisnęła mu do ręki złotą monetę. – Potem niech wymyje w wódce, a na koniec spłucze wodą.

Znowu nie zrozumiał, ale monetę przyjął. Pachołek albo musiał być krótko trzymany, albo mu dobrze płacono, bo uwinął się migiem. Achaja nalała do kociołka świeżej wody, wrzuciła jajka i klnąc w duchu tak wulgarnie, jak tylko potrafiła, ugotowała je sama. Zdobyła się nawet, żeby je ochłodzić w zimnej wodzie, potem przyniosła do stołu.

– W imieniu gospodarza życzę smacznego – mruknęła.

– Dziękuję. Jest pani nawet uprzejma.

Harmeen zagryzła wargi. La

Ar

Czarownica wysuszyła oba jajka jedną szmatką, potem wytarła je dokładnie drugą. Używając trzeciej zdjęła część skorupki. Chłopi popatrzyli na siebie. Gospodarz załamał ręce i wyszedł z izby. Pewnie szukać w lesie palatelni, albo wieszać się w stodole.

Na szczęście każdy posiłek ma swój koniec. Nawet taki, do którego potrzebna jest srebrna łyżeczka, kryształowa solniczka i słoiczki z ziołami.

Opuściły gospodę w grobowych nastrojach. Pluton, wściekły, czekał od dawna na koniach.

– Salut! – krzyknęła Shha, widząc swoich oficerów.

– Nie! – ryknęły Achaja i La

Wszystkie trzy wskoczyły na siodła, ale Ar

– Muszę się umyć. – Podeszła do studni.

– Kur…!

Harmeen na szczęście zakryła Achai usta. Kawalerzystki budziły się właśnie. I tak już słychać było wokół ciche docinki i kąśliwe uwagi na temat plutonu zwiadu sterczącego na koniach.

– Ciiii… Powiemy, że po drodze musiałyśmy oddać komuś ważne papiery. Ja zaświadczę, że spóźnienie nie z naszej winy.

– Papiery? Komu?

– Nie będą wnikać. Spokojnie.

Zagryzając zęby, obserwowały, jak czarownica nalewa sobie wodę do specjalnego naczynia (miała w swojej torbie nawet naczynie do mycia), powoli płucze twarz i dłonie, wyciera dokładnie, a potem… suszy szmatki!

Kawalerzystki używały sobie w najlepsze. Pluton zaciskał szczęki. Ar

Ruszyły. Ale nie od razu. Czarownica podeszła do swojego konia, z damskim siodłem oczywiście.

– Czy mógłby mi ktoś pomóc?

– Kur…!

Harmeen znowu zatkała usta Achai. Tym razem poświęciła się La

– Oddziaaaał! Za mnąąąąą…

– O, Bogowie! Nie tak głośno – przerwała jej Ar

– Kurwa! – La

– W konie! – warknęła Achaja, usiłując wycofać oddział sprzed wrogich oczu. Kawalerzystki o mało się nie posikały ze śmiechu. Radosne wycie i gwizdy goniły je jeszcze długo po tym, kiedy sama karczma znikła już za drzewami.

Nie udało się jednak utrzymać dużego tempa. Achaja zwolniła więc jeszcze bardziej.

– Mayfed, Zarrakh! Wy jesteście najbardziej rozsądne w tym plutonie. – Nachyliła się do koleżanek: – Czy możecie jechać po obu stronach tej czarownicy? Tuż obok. Jakby zaczynała spadać z siodła, to ją złapcie, co?

– Dobra.

– Nie ma sprawy.

– No. I pilnujcie jej, bo musimy naprawdę przyspieszyć.

Obie skinęły głowami. Achaja ruszyła ostrzej.

– Shha!

– Co, siostro?

– Sformuj jakąś szpicę, żeby przynajmniej jakiś przygodny generał nas nie obsobaczył, gdyby pech nam takiego zesłał.

– Się robi, mała.

Achaja powróciła na swoje miejsce w szyku, przy oficerach.

– Dotąd miałam wrażenie, że w wojsku obowiązuje regulamin – odezwała się Ar

Achaja rzuciła jej złe spojrzenie.

– Proszę zachować dla siebie uwagi w tej kwestii, proszę pani.

– Zachować, oczywiście, mogę. Jednak jeśli sierżant mówi do majora per „mała”, to mam prawo podejrzewać, że autorytet oficera tu nie istnieje. A to z kolei daje podstawę do przypuszczeń, że w razie czego nie będzie pani w stanie zapewnić mi prawidłowej ochrony.

Achaja stłumiła przekleństwo.

– Sierżant mówi do mnie per „mała”, bo sierżant jest ode mnie wyższa o pół głowy. Sierżant mówi do mnie też per „stara”, bo sierżant jest ode mnie młodsza o jakiś rok. I to wszystko, co mam do powiedzenia w tej sprawie, proszę pani.

– A który z szeregowych mówi do pani per „głupia”?

Harmeen z wrażenia o mało nie władowała się w przydrożne drzewo. Mayfed i Zarrakh zupełnie jawnie oparły dłonie na rękojeściach mieczy. Shha kilka kroków z przodu, za szpicą, wyjęła swoją kuszę i niby przypadkiem odchyliła ładującą dźwignię.

Bei oczywiście nie mogła, jadąc z tyłu, słyszeć rozmowy oficerów, ale widząc Mayfed i Zarrakh z rękami na rękojeściach mieczy i Shhę z kuszą, rozerwała szyk i podjechała bliżej, bawiąc się nożem. Za nią Chloe, Sharkhe i jeszcze kilka dziewczyn. Nie wyglądały na takie, które ulękną się czarów.