Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 20 из 94

– A maruderzy i hieny?

– Shha była szybsza niż resztki maruderów. Potem La

– No – potrząsnęła głową Chloe. – Jatka. Szkoda żeście tak z jazdą nie walczyły, koleżanki.

– Zamknij się, kurde! – warknęła La

– No! – przytaknęła Shha. – A Achajka to co? Szkolona w armii Troy, przyłożyła całemu plutonowi w namiocie zanim jej deską nie uciszyłam. A też spierniczała, aż się kurzyło. Bo inaczej śmierć, kurza twarz. I w dodatku niepotrzebna.

– To ty mi deską przywaliłaś? – spytała Achaja.

– Noooo… Eeeeeee… – Shha obejrzała się, czy ma zabezpieczoną drogę ucieczki.

– Kapralu! – Zi

– Tak jest, pani porucznik! – La

– Co… co z resztą?

– Melduję, że drużyna po naszej prawej wycofała się z plutonem „B”. Stan nieznany! Drużyna po naszej lewej dostała wciry. Znaczy… Melduję, że poniosła straty na pewno w liczbie trzech, dwie są, los pozostałych nieznany – uznane za zaginione w akcji! Drużyna sierżant Me… Mmmm… Stan mojej drużyny: siedem! Cztery zabite, w tym sierżant Mea! Melduję, że zgodnie z regulaminem objęłam dowództwo!

Zi

– D… dobrze… – wysapała wreszcie. – Spróbujcie odnaleźć… punkt koncentracji… Do faktorii… albo… spróbujcie szkodzić przeciwnikowi… – umilkła, dysząc ciężko. – Albo… zróbcie cokolwiek… – Czuła, że zaraz znowu straci przytomność. – Mianuję was sierżantem! – Oczy wywróciły jej się, ukazując białka.

– Tak jest! – krzyknęła La

– Nie – mruknęła Achaja. – Ma szansę z tego wyjść, ale trzeba by ją donieść gdzieś… no… do kogoś… ja wiem?…

– No – La

– Niby, kurde, gdzie?

– Do miejsca, gdzie jest medyk.

– Ale gdzie? – Obie wstały, wkurzone coraz bardziej.

– Macie go znaleźć! To rozkaz. – La

– O, żesz ty… La

– Bo nie będę rozbijać własnej drużyny! Dostałam rozkaz.

– Kurde, jaki?

– Sama nie wiem – wyrwało się świeżo upieczonej sierżant. – No, brać ją i marsz! – ryknęła nagle, przypominając sobie metody Mei. – Reszta zbierać się, dupy, ja wam pokażę!

Shha patrzyła zszokowana. Zarrakh, Mayfed i Chloe podniosły się co prawda, ale zerkały na siebie i pukały się w czoła. Bei płakała jak przedtem, skulona pod drzewem. Achaja stała z tyłu, więc nie musiała niczego robić. La

– Kurde, co robimy?

– Toż masz rozkazy – warknęła Shha.

– No, szlag, jakie?

– No… Do faktorii, albo szkodzić, albo… mamy robić cokolwiek.

Achaja podeszła do trupa kawalerzysty leżącego pod drzewem. Podniosła jego długi miecz i zawinęła nim lekko. Obszukała ciało, ale nie miał przy sobie sztyletu. Trudno, musiał jej wystarczyć szeroki, wojskowy nóż.

– No to… – powiedziała, wracając do żołnierzy – chodźmy na Kupiecki Szlak.

– Po co?

– No, albo dojdziemy do faktorii, albo im zaszkodzimy, przecież tam całe ich wojsko musi się poruszać, albo no… zrobimy cokolwiek.

– Chcesz walczyć z całym ich wojskiem? – spytała La

– Toż wojsko po lasach się ugania. Tam tabory, służby. Zobaczymy.

La

– No to… dobra. Tylko, szlag, nie hałasować.

Shha podniosła Bei. Nawet otarła jej twarz jakąś szmatką. Mayfed ruszyła pierwsza. Zarrakh z kpiącym uśmiechem wskazała drogę La

Słońce stało wysoko, wiatr ucichł zupełnie. W lesie zaczynało się robić gorąco. Na szczęście nie był to ten duszny upał, którego Achaja doświadczała na drogach Luan. Górskie powietrze zawsze zachowywało choć jakiś cień rześkości. Miała wrażenie, że czuje zapach róż rosnących pod jej oknem pałacu w Troy. Ale nie, to tylko kępki trawy, podściółka, jakieś zioła i skąpe krzewy. O mało nie wypadła na drogę, kiedy drzewa rozstąpiły się nagle.

– Stój – syknęła Shha. Sama upadła na ziemię i podpełzła do ostatnich przed szlakiem krzewów. – Chyba spokój.

– Chyba?!!! – La

– Nic, psiamać, nie widzę!

Wybiegły na drogę, rozglądając się wokół.

– Pusto.

– A gdzie faktoria?

– Tam. – La

– To rozkaz czy pytanie? – Chloe wyjęła swój miecz i ruszyła we wskazanym kierunku. Po chwili jednak przypadła do najbliższego drzewa. – Coś jedzie!

Achaja przyskoczyła do niej. Istotnie, słychać było turkot kół ciężkich wozów podskakujących na kamieniach.

– Widzicie te skały przy drodze? – szepnęła. – Tam na nich zaczekamy.

Podbiegły kilkadziesiąt kroków. Bei została w tyle, ale otrząsnęła się jakoś i mimo ciągle załzawionych oczu dogoniła je, kiedy kryły się w cieniu wielkich kamieni zwężających drogę w tym miejscu.

– Trzy. – Shha wychyliła się i zaraz schowała. – Bez eskorty.

– No, tośmy w czepku urodzone – mruknęła Mayfed.

– Będzie bez strachu, rozkaz wykonamy i jeszcze się zasłużymy.

Roześmiały się cicho. „Wielkie” zwycięstwo armii Arkach! Trzy, psiamać, wozy z zaopatrzeniem. Wyskoczyły z kryjówki, kiedy pierwszy wóz wjeżdżał między skały. Shha zabiła woźnicę, Mayfed strzeliła do tego na drugim wozie. Strzała utkwiła mu w piersi, odchyliła do tyłu, ale tak, że nie puścił lejców. Konie wrąbały się w pierwszy wóz, tworząc zator. Trzeci woźnica zeskoczył z kozła i, wrzeszcząc ze strachu, pobiegł w las. Nie goniły go, bo i po co.

– Aleśmy dały popalić armii Luan! – mruknęła Chloe.

– Teraz to chyba cesarz sam się ubije ze sromoty.

– Co na wozach? – warknęła La

– Owies dla koni. – Zarrakh, która wskoczyła na osłoniętą płótnem pakę, przebijała mieczem worki. – Podpalimy?

– Po co podpalać? – spytała Achaja. – Zróbmy zator przy skałach, to się nie przedostaną przez jakieś trzy modlitwy.

– No!

Zatoru jednak nie udało się zrobić. Konie nie chciały ciągnąć, mając zatarasowaną drogę, a po ich wypięciu, same dziewczyny nie były w stanie nasunąć na siebie ciężkich wozów. Przewróciły więc jeden i usiłowały podpalić, ale owies, choć suchy, płonąć nie chciał. Miały właśnie znosić gałęzie na podpałkę dla wozu, kiedy znowu rozległ się tętent.

– Chodu!

– Spokojnie – Achaja narzuciła na siebie płaszcz woźnicy, kryjąc swój mundur. Szybko zawiązała na głowie chustę, żeby nie było widać jej regulaminowej fryzury. – Najwyżej dziesięciu – oceniła na słuch.

– I dziesięciu wystarczy na drodze.

– Ukryjcie się pod płótnem na wozie. I kusze w pogotowiu. – Przeciągnęła palcem po swoim tatuażu na policzkach. – Przecież nikt z nich nie będzie podejrzewał, że żołnierz Arkach może mieć coś takiego na twarzy.

Posłuchały jej. W ostatniej chwili. Achaja natomiast, widząc obcych kawalerzystów, zaczęła krzyczeć:

– Panie! Panie dowódco, ratunku! Ratunkuuuuuu!!!

– Co? – Czternastoosobowy oddział zatrzymał się przy nieudolnie zrobionej barykadzie z wozów. Dowódca, ledwie dziesiętnik, nie wyglądał na mędrca. – Co tu? Gadaj, ladacznico!

– Napadły nas! Napadły! Panie, ratuj! Nie daj zginąć biednej kurwie!

Prostytutki musiały być częstym i zwykłym widokiem w armii Luan. Nikt nie okazał zdziwienia. Dowódca spytał tylko:

– A czemu ciebie nie zasiekły suki, co?

– Taka babska solidarność. Napluły jeno, ale już sobie twarz wytarłam.

– A gdzie one teraz? Co?

Achaja tylko na to czekała.

– Tam! – krzyknęła, wyciągając rękę. – Tam, za wami stoją!

Wszyscy odwrócili głowy. Wszyscy jak jeden mąż. La